Do szokującego znaleziska doszło 11 lutego 2026 roku. Pani Julia zauważyła wówczas pod krzakami małego króliczka, który był w fatalnym stanie. Kobieta bez wahania zabezpieczyła zwierzę i zawiozła je do lecznicy weterynaryjnej, dzięki czemu udało się uratować malucha. Nadano mu imię Marcyś. Niestety, jego stan od samego początku był określany jako ciężki: miał obcięte uszy, dużą ranę ciętą na grzbiecie z widocznymi mięśniami, rany na wargach, złamaną prawą tylną kończynę, zwichnięcie stawu skokowego w lewej kończynie, skrajną kacheksję - wyczuwalne były wszystkie kości. Wiek zwierzęcia oszacowano na około 4-5 miesięcy. Lekarze nie mieli wątpliwości, że do takiego stanu nie mogło doprowadzić go inne zwierzę: zrobił to człowiek. O podejrzeniach została powiadomiona policja, która rozpoczęła swoje śledztwo w tej sprawie. Dwa tygodnie później, 25 lutego, udało się wytypować podejrzanego. Okazał się nim 21-letni mężczyzna, który początkowo zaprzeczał, że ma z tym zdarzeniem cokolwiek wspólnego, ale dowody przemawiały przeciwko niemu, więc w końcu się przyznał, że w przeszłości "opiekował się" królikiem. Podczas przeszukania jego mieszkania natrafiono jeszcze na marihuanę oraz narzędzie, któremu zadawano cierpienie zwierzęciu.
Czytaj także: Ojciec wydał synów policji. Oni odpłacili mu tym samym. Policja odkryła mroczne tajemnice rodziny
- W trakcie dalszych czynności procesowych 21-latek przyznał się do spowodowania drastycznych obrażeń u zwierzęcia oraz do porzucenia go w zaroślach niedaleko swojego domu - przekazali przedstawiciele służb. - Podejrzany pozostaje w dyspozycji organów ścigania i trafił na konsultację lekarską. Wiele wskazuje na to, że wkrótce usłyszy prokuratorskie zarzuty dotyczące znęcania się nad zwierzętami, za co kodeks karny przewiduje karę do 3 lat pozbawienia wolności. Dodatkowo mężczyzna może odpowiedzieć za posiadanie nielegalnych substancji psychoaktywnych - dodawali.
To jednak nie koniec sprawy, ponieważ - niestety - po kilku miesiącach leczenia Marcysia finał okazał się tragiczny. Szczegóły poniżej.
"Nasz mały wojownik odszedł". Kilka miesięcy walki o królika Marcysia i smutny finał
Profil "Zakróliczony dom u Kasi", który relacjonował kilkumiesięczną walkę o życie królika Marcysia przekazał właśnie smutne wieści. Zwierzę ostatecznie nie przeżyło. - Nasz mały wojownik odszedł - przekazano w mediach społecznościowych.
- Marcynio stał się najbardziej rozpoznawalnym królikiem w Polsce, a wszystko przez to, jakiego okrucieństwa zaznał. Zrobił mu to człowiek i to za jego decyzje my ponosiliśmy konsekwencje, bo wszystkie problemy były ich pokłosiem. Marcyń był wojownikiem, ale też niepełnosprawnym królikiem. (...) Każda decyzja, jaką podejmowaliśmy była kierowana jego dobrem, ostatnie miesiące były dostosowane do niego i pod niego. Marcyń stał się symbolem tego, że wobec tych mniejszych zwierząt też jest stosowana przemoc, ich bezdomność osiąga ogromną skalę. Marcyń stał się także symbolem walki i siły ale także wielkiej empatii i dobra - czytamy w poście "Zakróliczony dom u Kasi".
Kobieta podziękowała za ogrom dobroci, z jaką się spotkała przy okazji wspierania królika, i prosiła o zwiększenie świadomości w zakresie walki o prawa zwierząt, nie tylko psów i kotów.
- Należą się Wam wyjaśnienia, co się stało. Marcyś poczuł się gorzej, okazało się, że problemem jest pęcherz, mimo pilnej interwencji, a także operacji ratującej życie, która była obarczona ryzykiem, gdy myśleliśmy, że możemy odetchnąć z ulgą i Marcyś może wracać do nas, jego serduszko się zatrzymało. Nadal w to wszystko nie dowierzamy, że jego już z nami nie ma - przekazano. - To będzie ciężki czas, ale nie znikamy w pełni, poza Marcyniem mamy inne uszaki, które nas potrzebują - podsumowano.
W komentarzach pojawiła się fala reakcji od ludzi, którzy śledzili walkę o życia tego uroczego zwierzęcia.