- W krakowskim sądzie ruszył proces Witolda B., który jest oskarżony o znęcanie się ze szczególnym okrucieństwem nad swoim kotem Pandkiem.
- Mężczyzna miał bić, przypalać, oskórować i ciąć zwierzę, ponieważ zjadło ono plaster boczku. Prokuratura przedstawiła w sądzie długą listę obrażeń kota.
- Oskarżony nie przyznał się do winy, tłumacząc się niepamięcią. Kot Pandek przeżył dzięki interwencji sąsiada, przeszedł długie leczenie i znalazł nowy dom.
Ruszył proces oprawcy kota Pandka. Lista obrażeń zwierzaka przyprawia o palpitacje serca
Dobrze zbudowany, w średnim wieku, Witold B. pojawił się przed obliczem sędziego w towarzystwie dwóch obrońców z wyboru. W skupieniu wysłuchał aktu oskarżenia odczytanego przez prokuratora. A lista obrażeń, które miał zadać swojemu kotu była bardzo długa: bił, przypalał, oskórował, aż w końcu pociął. Jak się potem okazało, za to, że zwierzę zjadło plaster boczku, podczas gdy Witold B. przygotowywał dla siebie jedzenie.
– Poprzez pobicie i zadawanie ran ostrym narzędziem spowodował u niego obrażenia w postaci rany ciętej na głowie w okolicy kości czołowej i rozcięcia lewej powieki górnej, rany ciętej rogówki oka lewego, złamania lewego kła szczęki, naderwania dystalnej części języka, przypalania wibrysów, uszkodzenia rogówki oka prawego, oskórowania przedramienia i okolic łokcia kończyny piersiowej lewej, ran kłutych na kończynie piersiowej lewej, rany ciętej na prawym boku o długości 15 centymetrów, uszkadzającej skórę, tkankę podskórną oraz mięśnie, rany ciętej nad ogonem o długości 10 centymetrów, co stanowiło zagrożenie dla życia oraz zdrowia zwierzęcia – wyliczała prokurator na sali sądowej podczas formalnego otwarcia przewodu sądowego.
Przeraźliwy krzyk katowanego kota usłyszał sąsiad Witolda G. i to on zawiadomił policję. Prawdopodobnie to uratowało Pandkowi życie.
Pandek przeszedł długotrwałe leczenie. Teraz ma nowy dom
Kot został przewieziony do lecznicy, gdzie przeszedł ponad trzygodzinną operację, wiele miesięcy dochodził do zdrowia. Obecnie ma nowy dom i żyje w dobrostanie. Obrońcy Witolda B. wnosili o wyłączenie jawności rozprawy oraz o uniemożliwienie dziennikarzom wykonywania fotografii i relacji z sali sądowej. Sam oskarżony nie przyznał się do zarzucanych mu czynów, twierdząc, że ich nie pamięta. Potwierdził natomiast swoją obecność w mieszkaniu.
– Przyznaję się do sytuacji, że byłem tam obecny, ale nie przyznaje się do zarzutów. Ja fragmentarycznie pamiętam ten dzień. Przygotowywałem jedzenie sobie w kuchni, potem usłyszałem pukanie policjantów do drzwi. Wpuściłem ich. Miałem krew na rękach. Rozmawiałem z policjantami, ale nie pamiętam, co im mówiłem. Nie chciałem nigdy zrobić mojemu kotu krzywdy, jest mi przykro i żałuję, że do czegoś takiego doszło – powiedział.