Michał Łysek miał niespełna 25 lat. Był studentem piątego roku matematyki na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Talent do liczb objawiał się u niego już za czasów szkolnych: wygrywał różne zawody i olimpiady, stał się stypendystą ministerstwa, wreszcie otrzymał staż na Uniwersytecie Oksfordzkim, jednej z najbardziej prestiżowych uczelni na świecie. Mówiło się, że jest geniuszem matematycznym, że to nadzieja polskiej nauki. Nikomu nie wadził, nie miał wrogów i nie wdawał się w niepotrzebne sprzeczki. Był wybitny, niezwykły, wyróżniający się na tle rówieśników – tak mówili o nim ci, którzy go znali. Niestety, okrutny los postawił na drodze młodego mężczyzny dwóch agresywnych, znudzonych 15-latków, którzy dla zabawy urządzili mu piekło na ziemi.
15-latkowie byli pod wpływem alkoholu. Wyszli na polowanie, trafili na wybitnego studenta
14 marca 1997 roku Michał Łysek przebywał od rana w domu rodzinnym. Zjadł obiad przygotowany przez ojca, ugościł również swojego kolegę. Po krótkiej wizycie postanowił odprowadzić go do domu. Trzy godziny później, około 19:00, wsiadł na rower i ruszył z powrotem do siebie. Uwielbiał tego typu przejażdżki, rodzina wspominała w mediach, że kiedyś wybrał się w podróż na rowerze z Krakowa do Paryża, oczywiście z wieloma przystankami. W mieście miłości poznał zresztą dziewczynę, którą niedługo miał przedstawić rodzicom. Kochał poezję, którą sam również tworzył, tłumaczył zagraniczne teksty piosenek i oddawał się fotografii. Nie tylko matematyka i fizyka były więc jego pasją. Znajomym opowiadał, że zaczyna się jeden z najpiękniejszych okresów w życiu: był bliski zakończenia studiów, ale rozważał zrobienie doktoratu. Te wszystkie plany legły w gruzach, gdy przy ulicy Do Wilgi w Krakowie natknął się na dwóch 15-latków, uczniów jednego z nowohuckich techników.
Poznaj więcej historii: Pokój Zbrodni
Wojciech K. i Paweł T. byli tego dnia pod wpływem alkoholu. Wypili kilka piw, które w jakiś sposób zdobyli ze sklepu – ktoś im je kupił, albo sprzedawca nie zapytał o dowody osobiste. Spacerowali po okolicy, w jednej ręce trzymając butelkę, a w drugiej kij bejsbolowy, którym planowali coś zdemolować. Wtedy nikt nie sądził, że za cel obiorą człowieka z krwi i kości, nieznanego im rowerzystę, który chciał tylko wrócić bezpiecznie do domu.
Z ustaleń śledczych w tamtym okresie wynikało, że wcześniej nastolatkowie chcieli zaatakować przypadkową kobietę, której udało się jednak schować na terenie pobliskiej posesji. Prawdopodobnie nawet nie wiedziała, że mogła zginąć z rąk chłopaków, przed którymi w ostatniej chwili skręciła. Niedługo później na rowerze miał przeciąć im drogę Michał Łysek. Stwierdzili, że jest łatwym celem. Gdy zbliżył się na jednośladzie, szybkim ruchem strącili go z pojazdu. Potem bez opamiętania zaczęli okładać Michała drewnianym kijem po głowie. Nie zadawali żadnych pytań, nie znali swojej ofiary. Po prostu chcieli się „zabawić” i rozładować emocje. Gdy Paweł T. zadawał ciosy, Wojciech K. stał na czatach, by nikt im nie przeszkodził. Po wszystkim agresorzy zostawili Michała na pastwę losu i uciekli z miejsca zdarzenia.
Ale 25-latek przeżył napaść. Nie stracił przytomności, podniósł się z ziemi i resztkami sił dotarł do bloku, w którym mieszkał z rodzicami. Budynek znajdował się kilkaset metrów od miejsca ataku. Pan Aleksander, ojciec chłopaka, dokładnie zapamiętał ten moment. - Tato, napadli na mnie. Tak mi powiedział – wspominał mężczyzna w rozmowach z dziennikarzami. Michał Łysek był cały we krwi, wykończony i poobijany. Jego rodzina wezwała karetkę pogotowia, ale on stracił przytomność jeszcze zanim przyjechali medycy. Już nigdy się nie wybudził. Po dwóch dniach intensywnej walki o życie młodego mężczyzny, Michał Łysek zmarł.
"Przyszedłeś do domu, bo wiedziałeś, że tam będę, szukałeś mnie. Pewnie wierzyłeś, że tata Ci pomoże, że coś zrobi. A tata był kompletnie bezradny, całkowicie! Nawet nie zdajesz sobie sprawy, jakie to straszne uczucie: bezsilność. (...) Nawet gdy w łazience straciłeś przytomność, a ja podłożyłem Ci poduszkę pod głowę. I kiedy czekałem na pogotowie, a minuty wydawały się godzinami” – to fragment listu, który do syna po śmierci napisał jego ojciec, pan Aleksander. Poruszające słowa kazały sądzić, że dryg do poezji i sztuki pisanej, a nie tylko matematycznych obliczeń i skomplikowanych działań, Michał mógł odziedziczyć po tacie. A może był to pewnego rodzaju hołd ojca ku pamięci o synu. Hołd, który został opublikowany na łamach „Gazety Krakowskiej” po latach od śmierci Michała, w 2016 roku.
- Twierdzili, że zabili, bo chcieli się wyszaleć – to słowa, które padły z ust funkcjonariuszy zajmujących się sprawą. 15-letni napastnicy mieli wypowiedzieć podobne zdanie podczas przesłuchania w policyjnej izbie dziecka. Ale gdy otrzymali ankiety, w których konieczne było wskazane powodów ataku, zostawili puste kartki. Więcej się nie odezwali.
Dziennikarz "Super Expressu" znalazł sprawców brutalnego pobicia. Policjanci mu dziękowali. "Nie chciał nagrody"
W 1997 roku, jeszcze przed zatrzymaniem nastolatków, trwały ich intensywne poszukiwania. Ministerstwo Sprawiedliwości wyznaczyło nawet nagrodę za wskazanie zabójców studenta. 15-latkowie długo pozostawali jednak nieuchwytni, aż dziennikarz „Super Expressu”, Mirosław Koźmin, swoimi kanałami poznał tożsamość potencjalnych zbrodniarzy. Dotarły do niego informacje o dwóch chłopakach, którzy chwalą się w szkole kolegom, że dokonali makabrycznego pobicia. Młodociani nie sądzili, że zamordowali Michała, przynajmniej tak wynikało z ich przechwałek. Opowiadali rówieśnikom, że tylko „nieźle pobili bejsbolem jakiegoś długowłosego”. Chodziło o charakterystyczną fryzurę Michała, która była jego znakiem rozpoznawczym.
Czytaj także: Przez 8 dni więzili i grupowo wykorzystywali Monikę. Wkładali w nią kij od szczotki! 26-latka nie żyje
Reporter przekazał swoje ustalenia policji, a ta postanowiła sprawdzić ten trop. - Rzeczywiście zadzwonił do mnie dziennikarz „Super Expressu”, nieżyjący już dziś Mirosław Koźmin, i podał nazwiska zabójców. Nie chciał nagrody. Informacja pochodziła ze środowiska jednego z nowohuckich techników, do którego uczęszczali sprawcy – relacjonował Dariusz Nowak, wieloletni rzecznik prasowy Komendy Wojewódzkiej Policji w Krakowie.
Dziennikarskie śledztwo okazało się skuteczniejsze od tego, które prowadzili mundurowi. 15-latkowie zostali zatrzymali i okazało się, że faktycznie są sprawcami tej zbrodni. W międzyczasie, kilka dni po zabójstwie Michała, przez miasto przeszedł Marsz Milczenia przeciwko przemocy, który zgromadził ponad 50 tysięcy uczestników i stał się jednym z najliczniejszych protestów, które wydarzyły się w Polsce pod koniec XX wieku. Na pogrzebie genialnego matematyka także pojawiły się tłumy osób, które towarzyszyły mu w jego ostatniej drodze.
Paweł T. i Wojciech K. stanęli natomiast przed sądem rodzinnym, a wyrok w ich sprawie zapadł 30 stycznia 1998 roku. - Oskarżeni działali wspólnie i w porozumieniu z zamiarem zabójstwa, dokonywali podziału ról, szukali potencjalnej ofiary, myśleli o zatarciu śladów. Nie mieli zamiaru zabić, jednak liczyli się z tym, że uderzenie kijem baseballowym może spowodować śmierć — uzasadniał decyzję Sąd Rejonowy Wydziału Rodzinnego i dla Nieletnich dla Krakowa Podgórza.
Zobacz galerię zdjęć. Dalsza część materiału znajduje się pod nią.
Zgodnie z wyrokiem, 15-latkowie mieli trafić jedynie do poprawczaków, na stosunkowo krótki okres, co tylko potęgowało wzmożone emocje opinii publicznej. Ludzie protestowali przeciwko tak niskiej karze, ale wymiar sprawiedliwości miał związane ręce: w tamtym okresie kodeks karny nie przewidywał surowszego wyroku dla osób w tak młodym wieku. Co ciekawe, sprawa Michała stała się potem przyczynkiem do zmian w prawie, a przepisy znowelizowano zaledwie rok później.
Tutaj jednak poczucie sprawiedliwości nigdy nie nadeszło. Tym bardziej, że sprawcy napaści nawet nie przeprosili rodziców zamordowanego Michała, nie wykazali też szczerej skruchy. Zachowywali się tak, jakby morderstwo było częścią zabawy, którą sobie wymyślili.
- Budzę się i zasypiam z myślą o tym, co się stało. Nie ma na to lekarstwa. Zostałem skazany na dożywocie. A mordercy? Oni już chodzą na wolności, nie ponieśli prawdziwej kary. Byli nieletni. Wiem, że jeden z nich się ożenił, założył rodzinę. Ty też tak mogłeś – pisał po latach ojciec Michała w liście opublikowanym na łamach „Gazety Krakowskiej”.
Oprawcy Michała szybko wyszli na wolność. Rodzina była wstrząśnięta. "Jakby mi ktoś splunął w twarz"
I rzeczywiście, Wojciech K. wyszedł na wolność już w maju 2002 roku. Kilka miesięcy później zakład poprawczy opuścił Paweł T., na mocy wniosku rodziny, która prosiła o jego wcześniejsze uwolnienie. - Jakby mi ktoś splunął mi w twarz... Rodzina tego chłopaka nie ma poczucia przyzwoitości. Jak można starać się o coś takiego dokładnie w pięć lat po zabójstwie?! - mówił wówczas oburzony pan Aleksander. Oprawcy Michała dostali szansę na ułożenie sobie na nowo życia, mając zaledwie 21 lat. Wtedy też wyszli na wolność. Dostali szansę, którą bezpowrotnie odebrali swojej przypadkowo wybranej ofierze. Ojciec Michała nigdy im tego nie wybaczył. - Oni o to nawet nie prosili. Nigdy nie wyrazili też żadnej skruchy – mówił w rozmowie z Anitą Leszaj, reporterką „Super Expressu”. Jakiś czas później pan Aleksander stracił kolejną bliską osobę. Jego żona i mama Michała, pani Emilia, zmarła w 2015 roku. Została pochowana w jednej mogile z synem na Cmentarzu Batowickim w Krakowie.
Zobacz również: Nikodem skatował Oliwię w jej 18. urodziny, bo rozmawiała z kolegą. 28 ciosów, w tym 19 w głowę. "Cudem przeżyła"
Pamięć o Michale nadal trwa. Za jego sprawą, wiele istnień zostało uratowanych. Po śmierci studenta zgodzono się bowiem na transplantację jego organów. Przekazano między innymi nerki, serce i twardówki oczu, które pomogły w leczeniu chorych pacjentów. Rodzina wspominała, że ich syn często podkreślał, że chciałby po śmierci w ten sposób ratować innych.
O chłopaku pamięta też nadal Uniwersytet Jagielloński, który ufundował coroczne stypendium dla najlepszego matematyka, przyznawane w rocznicę tragicznej śmierci Michała. Profesor Wojciech Słomczyński z tej uczelni nie wyobrażał sobie, by mogło być inaczej. - Poznałem Michała, gdy rozpoczął trzeci rok studiów matematycznych. Już na pierwszych ćwiczeniach zauważyłem, że jest nieprzeciętnym studentem i dlatego ucieszyłem się bardzo, gdy parę miesięcy później poprosił, abym został jego opiekunem naukowym – wspominał w 25. rocznicę śmierci pokrzywdzonego. - Był moim uczniem, ale jednocześnie i młodszym kolegą, z którym rozmawiałem o najróżniejszych sprawach, najbardziej chyba niezwykłym studentem spośród wielu z którymi się w życiu zetknąłem, o różnorodnych, daleko wykraczających poza matematykę zainteresowaniach. Zapalony turysta rowerowy, inną jego pasję stanowiła fotografia, jeszcze inną muzyką. Bardzo wiele czytał i sam również pisał wiersze oraz niebanalne opowiadania. Był dobrym, przyjacielskim, uśmiechniętym, kolorowym człowiekiem – wyliczał profesor Słomczyński.
Michał byłby jego pierwszym magistrantem, potem 25-latek chciał jeszcze rozpocząć studia doktoranckie i prowadzić ćwiczenia do wykładu profesora z układów dynamicznych. - Tak to wspólnie planowaliśmy w czasie naszej ostatniej rozmowy, niecały tydzień przed jego śmiercią. Zły, okrutny los zrządził inaczej – dodawał profesor. W 50. rocznicę urodzin Michała, która wypadała w 2023 roku, Uniwersytet Jagielloński zorganizował wystawę poświęconą swojemu studentowi. Cieszyła się ona niezwykłą popularnością wśród mieszkańców.
I choć rodzina Michała Łyska nigdy nie doczekała prawdziwej sprawiedliwości wobec oprawców ich syna, to pewnym pocieszeniem pozostaje fakt, że w czasie swojego krótkiego życia ten młody mężczyzna zdążył poruszyć wiele serc. I w tych sercach pozostanie już na zawsze.