Do dramatu doszło pod koniec lipca w Szpitalu Wojewódzkim przy ul. Lutyckiej w Poznaniu. Sprawę opisała „Gazeta Wyborcza”, powołując się na relację syna zmarłej kobiety oraz dokumentację medyczną.
Pani Maria od marca 2026 roku chorowała na szpiczaka mnogiego i przechodziła chemioterapię. Choroba doprowadziła u niej do porażenia dolnej części ciała oraz znacznego ograniczenia sprawności rąk. Kobieta była więc zależna od pomocy innych.
Jak relacjonował jej syn Artur, jeszcze przed przyjęciem do szpitala była w logicznym kontakcie, rozmawiała i żartowała. Do szpitala trafiła 22 lipca z powodu trwających od kilku dni wymiotów i biegunki. Rodzina obawiała się odwodnienia i zakażenia układu pokarmowego.
Trafiła do pomieszczenia, które miało być magazynem
Na SOR-ze pacjentkę zakwalifikowano do kategorii ESI 3, oznaczającej stan pilny, ale stabilny. Stwierdzono m.in. odwodnienie, gorączkę i przyspieszony puls. Ze względu na podejrzenie zakażenia kobieta została umieszczona w izolatce.
Według jej syna nie było to jednak standardowe pomieszczenie dla pacjenta. Rodzina zwracała także uwagę na twardą kozetkę, na której leżała sparaliżowana kobieta.
– Mama, leżąc na niej na wznak, jęczała z bólu – relacjonował jej syn, cytowany przez „Gazetę Wyborczą”.
„Było coraz gorzej, ale nikt nie reagował”
Największe zastrzeżenia Artura dotyczą jednak nie samych warunków, ale opieki medycznej. Według jego relacji matka miała otrzymywać elektrolity, glukozę, pyralginę oraz doustną wankomycynę.
Syn kobiety twierdzi również, że pacjentka nie była stale monitorowana, a jej stan miał się stopniowo pogarszać. Problemem miał być także dostęp do żyły. Jak twierdzi Artur, wenflon wysunął się, a ponowne założenie miało nastąpić dopiero po jego interwencji. Później personel miał mieć trudności z ponownym uzyskaniem dostępu żylnego z powodu odwodnienia pacjentki.
24 lipca rano syn Marii zdecydował się napisać do dyrektora szpitala, urzędu marszałkowskiego, NFZ i Rzecznika Praw Pacjenta. Prosił o pomoc i interwencję. Według jego relacji nie spowodowało to jednak przyspieszenia przyjęcia kobiety na oddział.
Miejsce na oddziale chorób wewnętrznych znalazło się dopiero 24 lipca po południu. Pani Maria spędziła na SOR-ze 46 godzin i 20 minut.
Jak relacjonował jej syn, po przeniesieniu lekarz ocenił jej stan jako skrajnie krytyczny. Na oddziale natychmiast założono dwa wenflony, podano noradrenalinę, płyny, antybiotyk i tlen. Następnie pacjentkę zaintubowano i przewieziono na OIOM.
Kobieta zmarła następnego dnia rano...
Syn zawiadomił prokuraturę
Jeszcze tego samego dnia Artur złożył zawiadomienie do Prokuratury Rejonowej Poznań-Grunwald o podejrzeniu popełnienia przestępstwa. Chodzi o – jak wskazuje – brak odpowiedniej reakcji na pogarszający się stan jego mamy podczas pobytu na SOR-ze. Sekcja zwłok kobiety odbyła się w zakładzie medycyny sądowej.
Szpital nie widzi błędów w leczeniu
Jak opisuje „Gazeta Wyborcza”, szpital przeprowadził własne postępowanie wyjaśniające. W odpowiedzi dla rodziny przedstawicielka placówki wskazała, że pani Maria od początku pobytu na SOR-ze była w ciężkim stanie ogólnym.
Sprawę śmierci kobiety bada prokuratura. Ostateczna ocena tego, czy podczas pobytu Marii na SOR-ze doszło do nieprawidłowości, będzie należała do śledczych i biegłych.
Źródło: "Gazeta Wyborcza"