"Mówił, że się czuje bardzo dobrze". Kierowca ujawnia, co się działo tuż przed wypadkiem

2026-08-19 17:05

Grzegorz Wojtoń, doświadczony kierowca i pilot wycieczek siedział za kierownicą autokaru, wiozącego polskich pielgrzymów z Medjugorie. Przed tragedią zmienił go drugi kierowca. Pan Grzegorz opowiedział nam, co się działo tuż przed wypadkiem. "Robert mówił, że wszystko jest w porządku. Że czuje się bardzo dobrze".

Czerwony autokar leżący na boku po wypadku. Na miniaturze Grzegorz Wojtoń. O tragedii na Węgrzech przeczytasz na SE.
Autor: Archiwum prywatne; Zoltan Mathe/MTI via AP/ Associated Press
  • Wstrząsający wypadek polskiego autokaru na Węgrzech, w którym zginęło 12 pielgrzymów, doprowadził do aresztowania i oskarżenia kierowcy.
  • Świadek i drugi kierowca ujawnia, że autokar był zaledwie 2 kilometry od planowanego postoju, gdzie miała nastąpić zmiana kierowcy.
  • Dowiedz się, co naprawdę wydarzyło się na autostradzie M3 i dlaczego kierowca, mimo zapewnień o dobrym samopoczuciu, nie zdołał dotrzeć do celu.

Ten wypadek wstrząsnął całą Polską. W niedzielę około godz. 1 na węgierskiej autostradzie M3, w rejonie miejscowości Mezokeresztes, doszło do tragicznego wypadku polskiego autokaru, którym podróżowało 59 polskich obywateli. Wszyscy wracali z pielgrzymki do Medjugorie. Zginęło 12 osób - wszyscy byli dorosłymi mieszkańcami województwa podkarpackiego. Kierowca, który w chwili wypadku prowadził autokar, usłyszał zarzuty nieumyślnego spowodowania wypadku drogowego, skutkującego śmiercią wielu osób. Węgierski sąd aresztował mężczyznę na 30 dni. Wstępna hipoteza głosi, że mężczyzna zasnął za kierownicą.

Udało nam się porozmawiać z Grzegorzem Wojtoniem, doświadczonym kierowcą i pilotem wycieczek, który siedział za kierownicą autobusu podczas powrotu grupy z Bałkanów. Przed tragedią zmienił go drugi kierowca, Robert. Pan Grzegorz opowiedział, co dokładnie działo się przed samym wypadkiem. Mówi, że zapytał swojego zmiennika, czy wszystko jest w porządku. "Mówił, że się czuje bardzo dobrze, że wszystko jest w porządku. Odpowiedziałem mu, że na spokojnie jedziemy tak, żeby do Barwinka dotrzeć w swoim czasie, bo czasu pracy naprawdę mieliśmy wystarczającą ilość, także bez problemu byśmy dotarli do Polski" - relacjonuje.

"Brakło 2 kilometrów, żeby dojechać do parkingu"

Z tego, co mówi, pan Robert wsiadł za kółko około godz. 21-22. Zgodnie z przepisami mógł jechać cztery i pół godziny. Tuż przed wypadkiem miał zjeżdżać na parking, gdzie zastąpiłby go pan Grzegorz. Nie udało się. "Tuż po wypadku, kiedy te służby przybyły, mówił: »No, już miałem zjeżdżać. 2 km pokazywało«. Chciał do tego parkingu dociągnąć i miał tego świadomość, że chce do tego miejsca dojechać. Brakło tych 2 km, żeby dojechać" - mówi nam. 

Dodaje, że już po tragedii pan Robert nie umiał powiedzieć, co się stało. "Mówił »nie wiem, nie wiem«. Zresztą nie było czasu na rozmowy, bo cały czas trwała akcja. Cały czas aktywnie pomagałem ludziom. Donosiło się koce i wodę, a jeśli ktoś był brudny czy okrwawiony, przemywało mu się twarz. Jeden z kolegów miał podejrzenie problemów z sercem, bo wcześniej miał operację. Było podejrzenie zawału, więc pobiegłem po służby, żeby do niego zeszli, podłączyli go do urządzenia, podali jakiś zastrzyk, coś zrobili. I cały czas, cały czas coś się działo" - opisuje. 

"Insynuacje i domysły trzeba zostawić na boku"

Zapytany o to, czy pan Robert był na coś chory, czy uskarżał się na jakieś dolegliwości, które mogłyby spowodować np. jego zasłabnięcie, odpowiada: "Nic mi na ten temat nie wiadomo i absolutnie nie mogę tutaj nic stwierdzić. Taka informacja do mnie nie dotarła. Ale skoro miał wszelkie uprawnienia, badania psychotechniczne i badania lekarskie, i wszystko miał aktualne, czyli lekarz podbił, a jego stan zdrowia nie wskazywał na to, że ma zakaz prowadzenia, to takie insynuacje i domysły trzeba zostawić na boku".

Wójt gminy Lubenia o wypadku na Węgrzech

Player otwiera się w nowej karcie przeglądarki