- Była żołnierką Powstania Warszawskiego, psycholożką i nauczycielką, ale także strażniczką pamięci o tych, którzy zginęli.
- Jej gniew nigdy nie był pustą złością - wynikał z troski o Warszawę, Polskę, słabszych i młodych.
- Do ostatnich dni przypominała, że pamięć ma sens wtedy, gdy uczy nas odpowiedzialności za drugiego człowieka.
Nigdy nie odpuszczała
18 sierpnia przyniósł smutną wiadomość - odeszła Wanda Traczyk-Stawska ps. „Pączek”. Miała 99 lat. Dziewczyna z wojny, żołnierka Powstania Warszawskiego, psycholożka, nauczycielka, opiekunka pamięci o poległych. A dla wielu z nas po prostu: Pani Wandzia. Ta, która potrafiła mówić do tłumu tak, że nagle każdy czuł się osobiście odpowiedzialny za Polskę. Ta, która wywalczyła pamięć o cywilnych ofiarach Powstania Warszawskiego, ustawienie Izby Pamięci przy Cmentarzu Powstańców na Woli. Ta, która kilka lat temu nie przebierając w słowach zganiła Roberta Bąkiewicza.
Mam przed oczami jej sylwetkę - krępą, niewysoką, a przecież jakąś niezwykle silną. Poznałam panią Wandzię prawie 30 lat temu. Pierwszy kontakt miałyśmy przez telefon. Byłam wtedy początkującą dziennikarką „Expressu Wieczornego” i po prostu odebrałam redakcyjny telefon. Mocny kobiecy głos zażądał rozmowy z redaktorem, który pisze o historii Warszawy, a gdy nieopatrznie zapytałam, „ale o co chodzi?” Pani Wandzia przedstawiła się i wyrzuciła z siebie salwę słów jak z karabinu, z pretensją, dlaczego nikt z redakcji nie napisał o Pomniku Polegli Niepokonani?! Mówiła o krzyżach, kotwicy, koronie… Czułam, że krzyczy na mnie (choć byłam wtedy bogu ducha winna). Potem, gdy już się poznałyśmy osobiście, rozpoznałam, że to był zaledwie „delikatny atak”. To był ten charakterystyczny ton, w którym gniew nigdy nie był pustą złością, był troską. O Warszawę. O Polskę. O słabszych. O młodych. O cywilne ofiary Powstania, ale też tych, którzy nie potrafili sami się upomnieć o swoje prawa. I o tych, których już nie było.
„Ja od 1947 roku wykonuję rozkaz”
Pani Wandzia nie odpuszczała. Wandzie Traczyk-Stawskiej nigdy nie było wszystko jedno. Wymagała zaangażowania. Domagała się konkretów: „Przyjdzie pani? O której? Do zobaczenia! Pokażę, co trzeba zrobić na Cmentarzu Powstańców Warszawskich” - tak się umówiłyśmy na pierwsze spotkanie. Potem usłyszałam to, co słyszeli wszyscy, gdy ją poznali: - Ja od 1947 r. wykonuję roku rozkaz, który brzmiał: „odnaleźć poległych kolegów, z pierwotnych mogił, płytkich wykopanych i zaginionych” - tłumaczyła swoje zaangażowanie. Myślałam wtedy: ileż ta kobieta ma energii! A ona tą energią zarażała!
Przez lata obserwowałam, jak była skuteczna i waleczna. Dla mnie była bohaterką - czasów wojny i czasów pokoju. Całe jej życie było opowieścią o tym, że pamięć nie jest po to, żeby rozdrapywać rany. Pamięć ma nas uczulać na cudze cierpienie. Nie znosiła wielkich słów, ale jak motto brzmią dziś jej słowa: „Jak się człowiek bije o godność, o prawo do życia w godności, to może góry przenosić!”.
Ostatni raz przemówiła na Woli
Jej mocny głos zostanie ze mną. Spotykałyśmy się co roku na uroczystościach na Woli. Niestety, na ostatnich jej zabrakło, już głównie leżała w łóżku. Choć jej ciało było słabe, Muzeum Powstania Warszawskiego nagrało na tegoroczną uroczystość wypowiedź Pani Wandy. I 5 sierpnia przemówiła przed pomnikiem Polegli Niepokonani po raz ostatni. - Oni oddali wszystko, co najcenniejsze ma człowiek. Życie mamy jedno, jedyne - słyszeliśmy ten charakterystyczny mocny głos.
Wierzę, że gdzieś tam, po drugiej stronie spotka Pani swoich przyjaciół. Tych, których zachowała Pani w pamięci Warszawy. I że wreszcie nie trzeba będzie już nikogo upominać, przekonywać, prosić o pamięć.
Izabela Kraj