"Krew spływała mi do oczu". Rozmawialiśmy z kierowcą autobusu o tragedii na Węgrzech. Wskazał ważny szczegół

2026-08-19 14:07

Grzegorz Wojtoń, doświadczony kierowca i pilot wycieczek, siedział za kierownicą autobusu podczas powrotu grupy z Bałkanów. Przed tragedią zmienił go drugi kierowca. Jak mówi, Robert czuł się dobrze, a po około trzech i pół godzinach jazdy miał zjechać na parking i ponownie przekazać mu kierownicę. „Mówił, że chciał do tego miejsca dojechać. Brakło tych 2 km” - relacjonuje.

  • Drugi kierowca miał przejąć autobus po odpoczynku Grzegorza.
  • Według jego relacji autobus nie koziołkował, lecz zsunął się ze stromego nasypu.
  • Po wypadku pasażerom pomagali kierowca, służby i wolontariusze, w tym Polonia węgierska.
Wójt gminy Lubenia o wypadku na Węgrzech

Tragiczny wypadek na Węgrzech

W niedzielę około godz. 1 na węgierskiej autostradzie M3, w rejonie miejscowości Mezokeresztes, doszło do tragicznego wypadku polskiego autokaru. Pojazdem wracało z pielgrzymki do Medziugorie 59 obywateli Polski. Zginęło 12 osób - wszyscy byli dorosłymi mieszkańcami województwa podkarpackiego.

W środę trwał transport poszkodowanych do Polski. Po południu na lotnisku w Jasionce wylądował kolejny samolot Lotniczego Pogotowia Ratunkowego z trzecią grupą rannych. Łącznie tego dnia do kraju miało wrócić 12 osób. Wcześniej, w poniedziałek wieczorem, do Polski przyleciało 21 poszkodowanych.

Pięć osób nadal przebywało w węgierskich szpitalach - dwie w Egerze i trzy w Miszkolcu. Cztery, ze względu na stan zdrowia, nie mogły jeszcze zostać przetransportowane do kraju. Wszystkie ofiary śmiertelne zostały zidentyfikowane, jednak w środę wciąż oczekiwano na dwa dokumenty niezbędne do rozpoczęcia transportu ciał do Polski. Na miejscu oraz w Polsce zapewniana jest pomoc psychologiczna poszkodowanym i ich rodzinom. Śledztwo prowadzi Prokuratura Okręgowa w Krośnie we współpracy ze stroną węgierską.

Udało nam się porozmawiać z kierowcą autobusu.

Grzegorz Wojtoń - doświadczony kierowca, a zarazem pilot wycieczki i właściciel biura podróży organizującego wyjazd.

Panie Grzegorzu, jak wyglądała sobota, 15 sierpnia, czyli dzień, w którym już wracaliście? Siedzieliście w jednym miejscu w hotelu czy jeszcze zwiedzaliście?

Grzegorz: Rano mieliśmy mszę świętą, potem śniadanie i po śniadaniu pakowanie, bagaż i wyjazd już w kierunku domu, przez Sarajewo. Droga zajęła mniej więcej trzy godziny. Potem w Sarajewie była przerwa, około dwóch godzin.

I wtedy po południu to pan prowadził autobus?

Tak. Potem dojechaliśmy na obiad. Na obiedzie byliśmy około godziny 15:30. Obiad potrwał godzinę, może godzinę z minutami, i potem ja siadłem za kierownicą. Dojechałem do granicy bośniacko-chorwackiej. Tam była odprawa po jednej stronie, odprawa po chorwackiej stronie, potem toaleta, która zajęła pewnie z pół godzinki. Ruszyłem dalej w dalszą drogę za kierownicą. Kiedy mój czas pracy dobiegał końca, zjechałem na parking.

To było jeszcze w Chorwacji czy już na terenie Węgier?

To już było na Węgrzech. Przejechałem przez całą Chorwację - to akurat krótki odcinek, godzinka jazdy, pewnie nawet niecała - potem przerwa. Nie wiem, ile ta przerwa potrwała, pewnie też z pół godziny, bo toaleta dla grupy. Wtedy za kierownicą siadł Robert.

Kiedy jechaliście, Robert odpoczywał, spał w tym samym miejscu, w którym pan później odpoczywał?

Nie, on siedział, miał dwa siedzenia do dyspozycji za mną. Tam miał koc, miał poduszkę, odpoczywał sobie. Nawet przez chwileczkę chyba zasnął, bo taka cisza się zrobiła w autobusie. Potem siadł, czuł się dobrze.

O której mniej więcej Robert siadł za kierownicą? O 20, 21, 22?

Już było ciemno. Po 21 na pewno, może około 22.

Pan mówi, że spał na miejscu przeznaczonym dla odpoczywającego kierowcy. To było zaraz za Robertem czy gdzieś obok, w innym miejscu autobusu?

Ja spałem w specjalnej kabinie przeznaczonej przez producenta. Konstrukcja autokaru jest tak stworzona, że tam jest właśnie przygotowane miejsce dla kierowcy, który może odpocząć.

To jest takie miejsce do leżenia, łóżko?

Leżące łóżko. Ogrzewanie, wentylowane, wszystko jest. Także to jest takie fabrycznie przygotowane miejsce dla kierowcy do odpoczynku.

I wypadek zastał pana właśnie w tym miejscu?

Tak, tak.

Jak pan prowadził, z autobusem nic się nie działo? Wszystko było w porządku?

Nie, nie, absolutnie. Wie pan co, ja już tyle lat jeżdżę, praktycznie wychowałem się w transporcie, bo od najmłodszych lat, wiedziałbym. 

A czy ta trasa była dla Roberta nowością, czy jechał nią już wcześniej?

Jechał, około trzy tygodnie wcześniej.

Tą samą trasą?

Tak, tak. Tą samą trasą.

A pan wtedy spał?

Tak, ja spałem.

Kiedy się wymienialiście, Robert mówił, że jest w dobrej formie? Nic mu nie było, czuł się wypoczęty?

Tak, tak. Mówił, że się czuje bardzo dobrze. Ja pytałem się, jak tam. On mówi: „Nie no, wszystko w porządku. Czuję się bardzo dobrze”. Ja mówię: „No to na spokojnie jedziemy, tak żeby do Barwinka dotrzeć w swoim czasie”, bo czasu pracy naprawdę mieliśmy wystarczającą ilość, także bez problemu byśmy dotarli do Polski. I jeśli by była potrzeba, to wtedy trzeci kierowca, który by nas zmienił, świeży, wypoczęty rano bierze grupę, rozwozi ludzi do poszczególnych miejsc, tam, gdzie wysiadają.

A według przepisów, ile godzin Robert mógł prowadzić?

Cztery i pół godziny.

Czyli jeśli wsiadł około 21–22, to do której mógł prowadzić?

Jechał chyba koło trzy i pół godziny. Także miał wkrótce zjeżdżać na parking.

I wtedy miał się z panem wymienić?

Tak. Tuż po wypadku, kiedy te służby przybyły, mówił: „No, już miałem zjeżdżać. 2 km pokazywało". Chciał do tego parkingu dociągnąć i miał tego świadomość, że chce do tego miejsca dojechać. Brakło tych 2 km, żeby dojechać

Panie Grzegorzu, co Robert powiedział panu po wypadku? Opowiadał, co się wydarzyło? Czy mówił, że może strzeliło koło, zjechał na pobocze albo zasłabł?

Nie potrafił. Mówił: „Nie wiem, nie wiem”. Zresztą nie było czasu na rozmowy między sobą, bo cały czas trwała akcja. Cały czas aktywnie pomagałem ludziom. Donosiło się koce i wodę, a jeśli ktoś był brudny czy okrwawiony, przemywało mu się twarz. Jeden z kolegów miał podejrzenie problemów z sercem, bo wcześniej miał operację. Było podejrzenie zawału, więc pobiegłem po służby, żeby do niego zeszli, podłączyli go do urządzenia, podali jakiś zastrzyk, coś zrobili. I cały czas, wie pan, cały czas coś się działo. To nie było tak, że mogliśmy sobie stanąć i pogawędzić.

Czyli nie ma takiej sytuacji, że na przykład strzeliło koło?

Raczej nie strzeliło, bo z tego, co tam widziałem, na tych obrazach, które później było widać, i na autokarze, który potem był ustawiany na platformie, nie było widać, żeby koło było w jakiś sposób uszkodzone. Tylko wie pan, ja tam oględzin nie robiłem, nie dotykałem tego koła, więc trudno mi powiedzieć, jak było naprawdę. Myślę, że biegli na pewno się wypowiedzą. Na miejscu były też polskie służby.

Panie Grzegorzu, pamiętamy obrazki, na których autokar leży na prawym boku. Czy on rzeczywiście koziołkował kilka razy?

Absolutnie nie. Nie.

Czyli co się stało? Jechał prostą drogą, zjechał na pobocze, przechylił się i zsunął na dół?

Przewrócił się na bok, ponieważ był bardzo stromy i bardzo głęboki nasyp, który moim zdaniem powinien być zabezpieczony barierkami ochronnymi. W tym miejscu tych barierek nie było i kto wie, jak potoczyłaby się sytuacja, gdyby tam były.

Autokar zsunął się na dół i przejechał jeszcze dosyć spory odcinek - myślę, że około 10, może 15 metrów. Zsunął się siłą rozpędu po rowie. Czyli zjechał na dół, przewrócił się i jeszcze zsunął po rowie. Wybite szkło z szyby było widać kilkanaście metrów za autokarem, więc myślę, że było uderzenie boczne, szyby się wybiły i autokar jeszcze przez chwilę, z wybitymi szybami, zsuwał się po rowie, siłą rozpędu.

Myślę, że to była główna przyczyna tego, że było tyle ofiar. Po prostu ludzie, którzy byli przy szybie, ponieśli największe obrażenia.

Pojawia się jednak wersja, że autokar koziołkował.

Absolutnie nie. Proszę tego nie słuchać.

Czy Robert uskarżał się na jakieś choroby? Miał na przykład cukrzycę i mógł zasłabnąć, bo spadł mu cukier?

Wie pan co? Nic mi na ten temat nie wiadomo i absolutnie nie mogę tutaj nic stwierdzić. Taka informacja do mnie nie dotarła. Ale skoro miał wszelkie uprawnienia, badania psychotechniczne i badania lekarskie, i wszystko miał aktualne, czyli lekarz podbił, a jego stan zdrowia nie wskazywał na to, że ma zakaz prowadzenia, to takie insynuacje i domysły trzeba zostawić na boku.

A czy pasażerowie zapinali pasy? W autobusie były pasy bezpieczeństwa.

Przepis mówi jednoznacznie, że w pojeździe wyposażonym w pasy bezpieczeństwa jest obowiązek ich zapinania. Czy to jest samochód osobowy, czy inny pojazd. To jest przepis, który obowiązuje już od lat. Każdy człowiek, który wsiada do pojazdu, ma tego świadomość i tutaj nie ma jakiegoś przymusu czy specjalnego wymagania, bo taka świadomość u każdego człowieka jest.

Ale czy pasażerowie faktycznie zapinali pasy?

Wie pan co, bardzo, bardzo rzadko się zapinali. Można powiedzieć, że sporadycznie, chociaż mówi się, prosi się.. W wycieczkach szkolnych nawet się tego wymaga, ale kiedy przejdziesz, sprawdzisz, to za chwileczkę są wszyscy powypinani. Jest nieustanne upominanie i proszenie.

Czy gdyby byli zapięci, także ci, którzy siedzieli przy szybie, ich szanse na przeżycie byłyby większe?

Wie pan co, to jest pytanie do fachowców, do specjalistów.

Akcja ratunkowa zaczęła tak naprawdę bardzo szybko, wolontariusze pomagali.

To były służby, ale i wolontariusze. Przyjechał też jeden tłumacz. Miałem z nim potem cały czas kontakt i był też moim tłumaczem podczas przesłuchania przez węgierskich oficerów. Pomagał, też wolontariusz, z tego, co wiem, poproszony przez policję węgierską. I to było bardzo, bardzo pomocne.

Po prostu ludzie mogli powiedzieć, jakie mają urazy, co ich boli, a to było tłumaczone i służby ratunkowe mogły podjąć odpowiednie działania, żeby pomóc poszkodowanym. Także to było naprawdę bardzo ważne. 

Kiedy wyciągaliście tych ludzi z autokaru, jakie mieli obrażenia?

To, co było widać, to obrażenia głowy. Krew była na nogach, na stopach. Wie pan co, było ciemno, wszystko działo się szybko i wszystko było pod wpływem emocji. Nie potrafię powiedzieć, jakie były główne obrażenia. Coś jednak było widać. Były zakrwawione głowy. Tak jak zresztą moja głowa - krew spływała mi po twarzy. Musiałem ją wycierać, bo kiedy byłem pochylony do przodu i próbowałem wyciągać ludzi, pomagać im wydostać się z autokaru, ta krew po prostu spływała mi do oczu.

Autokar leżał na boku. Jak w takiej sytuacji wyciągaliście ludzi?

Przez otwory w dachu, czyli dwa wyjścia bezpieczeństwa. Potem także dołem autokaru, pod spodem. Kiedy leżał na boku, tył autokaru był lekko uniesiony nad rowem. Było tam miejsce, mniej więcej pół metra, i było widać osoby od spodu, które wypadły przez boczne szyby albo były w środku autokaru. Pomagaliśmy im po prostu wydostać się stamtąd i wysunąć spod autokaru na skarpę, na nasyp.

Pojawiła się też informacja, że siedzenia były powyrywane. Jak to wyglądało w środku?

Moim zdaniem nie. Były wszystkie na miejscu. Może w wyniku uderzenia, kiedy podłoga czy coś się zdeformowało, mogły się gdzieś przesunąć, ale ja nie widziałem, żeby leżały gdzieś luzem. Może powypadały fotele, na których ludzie siedzieli, ale to jest rzecz ruchoma w autokarze. Całe konstrukcje, moim zdaniem, były na miejscu. 

A sama pomoc ze strony polskich służb? Czy później wszystko przebiegało sprawnie?

Można powiedzieć, że była za późna reakcja służb, które są stworzone przez organy do pomocy w takich sytuacjach. Praktycznie z naszych władz pierwsze osoby pojawiły się drugiego dnia w szpitalu po południu. Tak naprawdę niewiele tam pomogły, z punktu widzenia zwykłego poszkodowanego.

Najpierw byli po prostu wolontariusze, którzy gdzieś szybko się skrzyknęli - Polonia Węgierska, która przysłała osoby, które umiały tłumaczyć, bo są bardzo dobrzy, znają polski i węgierski. I one pierwszego dnia, kiedy było najwięcej wymaganej pomocy i zaangażowania, pomagały, tłumaczyły, opisywały.

Ekipa z Polski przyjechała dopiero wieczorem?

Z Polski nie wiem kiedy, ale mamy przecież ambasadę, która tam powinna być w czasie, który wymagany jest do przejechania samochodem z Budapesztu do Egeru, czy do Miszkolca, czy nawet do Debreczyna, który jest najdalej, czy Nyíregyházy. No, oni tam powinni być szybko. Oni powinni być w tym dniu, kiedy zdarzyła się tragedia.

Rozmawiał Marek Balawajder.

Player otwiera się w nowej karcie przeglądarki