Mijają cztery lata od momentu, gdy świat wstrzymał oddech, a nasi sąsiedzi stanęli w obliczu niewyobrażalnego koszmaru. Polska natychmiast stała się bezpieczną przystanią dla tysięcy uchodźców szukających schronienia przed rosyjską agresją.
Anastasiya Plakhtiy, współzałożycielka i prezeska Fundacji Ukraiński DIM - Dom Integracji Międzynarodowej rozmawia z reporterem Radia Eska, Tomaszem Widakiem.
T.W.: Proszę powiedzieć, jak wyglądał dzień, w którym dowiedziała się pani o rozpoczęciu inwazji Rosji na Ukrainę. Gdzie wtedy pani była i jakie emocje pani towarzyszyły?
A.P.: Ten dzień, kiedy zaczęła się pełnoskalowa wojna Rosji przeciwko Ukrainie, to jest najgorszy dzień mojego życia. I mimo tego, że przeszło już cztery lata, ja do tej pory pamiętam emocje, odczucia w swoim ciele i taką, po prostu trudność uwierzenia w to, że coś takiego naprawdę się stało. I ja sprawdzałam w internecie, ja oglądałam wiadomości i marzyłam o tym, że to jest jakiś żart, że ktoś za chwilę mi powie, że to jest po prostu jakaś błędna informacja i nic takiego się nie dzieje. Ale potem przychodzi już takie zrozumienie, że to jest prawda.
To było bardzo wcześnie rano, zbieraliśmy się do pracy i córcia miałaby iść do przedszkola. Na wszystkich czatach, ze wszystkich kont zaczęliśmy dostawać wiadomości, że pracy nie będzie, (ja pracuję jako lekarz), że przedszkole jest zamknięte i zaczynasz wtedy rozumieć, że twoje życie na pewno się zmienia, że mimo tego, że nie ma jeszcze bombardowania w tej chwili u nas, bo ja jestem ze Lwowa, ale już zaczynasz rozumieć, że nie jesteś takim człowiekiem, jakim byłeś wcześniej. I te emocje byli bardzo ostre, byli bardzo ciężkie i ja do tej pory je pamiętam tak, jakby to było wczoraj.
T.W.: Czy była pani świadkiem bombardowań lub bezpośrednich działań wojennych? A jeśli tak, to jak te doświadczenia wpłynęły na pani decyzję o wyjeździe z kraju?
A.P.: Nie miałam doświadczenia z bombardowaniami, ponieważ wyjechałam prawie na samym początku, jak tylko ta pełnoskalowa inwazja się zaczęła. Ja zebrałam kilka toreb, z najważniejszymi rzeczami. Zebrałam swoją córcię, kilka zabawek, wsiadłam do samochodu i pojechałam.To był taki pierwszy odruch, żeby uratować swoje dziecko od najstraszniejszego, co może być w życiu dla mamy. I jechałam w niewiadomość. Nie wiedziałam, co mnie czeka, nie wiedziałam, dokąd ja jadę. To jest taki przerażający stres, że nie można analizować na 100% wszystkiego, co ty robisz, po prostu szukasz ratunku.
Jak już dojechałam do Rzeszowa, jak zaczęłam patrzeć, co spakowałam w tą torbę i oprócz dokumentów, jakieś tam lekarstwa, jakieś tam rzeczy takie typowo na podróż, to miałam tam taką wyszywaną bluzę starą, którą kiedyś jeszcze, jak ja byłam młodsza, przekazała mi moja babcia. I to jest taka rodzinna relikwia i zaczęłam płakać, bo zrozumiałam, że nie potrzebuję niczego, tylko chciałam wziąć ze sobą coś takiego, co łączy mnie z moją rodziną, z moim krajem. Do tej pory tę bluzę trzymam, pilnuję i gdy biorą ją do rąk, to pamiętam ten dzień.
T.W.: Jak wyglądała pani droga wyjazdu z Ukrainy? Czy była to nagła decyzja, czy planowana?
A.P.: Mój wyjazd to była bardzo nagła, bardzo pilna decyzja, całkiem nieplanowana. Wtedy na granicach był straszny kolaps, bo w jednej chwili, o jednej porze wyjeżdżało wiele ludzi. Były straszne kolejki na przejściach granicznych i ja pamiętam ten stres, to napięcie, które było odczuwalne nawet w tej kolejce, w której staliśmy.
Ja pamiętam tych dorosłych, tych kierowców, tych dzieci, które płaczą i nie wiedzą, co ich czeka i nie wiedzą, czemu czemu tak się życie zmienia w jednej chwili. Również pamiętam ogromną ilość wolontariuszy, którzy zaczęli pomagać od razu na tych przejściach granicznych, bo ludzie wjeżdżali samochodami, ale również po prostu pieszo i ja pamiętam tą pomoc, ja pamiętam tą współpracę i tą solidarność, która już wtedy zaczęła się budować.
T.W.: Czy zostawiła pani na Ukrainie rodzinę lub znajomych? Jeśli tak, to proszę powiedzieć, jak wygląda z nimi kontakt w chwili obecnej.
A.P.: Ja zostawiłam na Ukrainie najpierw swoje serce. Na Ukrainie została moja mama, mój ojciec, dwie moje babcie i całe grono moich najbliższych znajomych, z którymi spędzaliśmy bardzo dużo czasu i z którymi mamy najlepsze pamiątki z dawnych czasów - z jakichś urodzin, uroczystości. Ja zawsze mówię "z tego czasu do", czyli do wojny, bo wtedy, jak jak wcześniej byliśmy młodsi, nie wyobrażaliśmy sobie całkiem, że coś takiego może się stać, że u nas wszystko się zmieni.
U każdego zmieniło się wszystko. Oczywiście i u tych, którzy opuścili swój dom, ale również na większą skalę wszystko zmieniło się u tych, którzy zostali w Ukrainie, którzy mieszkają w takiej ciężkiej rzeczywistości.
Ja rozumiem na przykład, że ja teraz jestem już cztery lata tutaj, a oni zostali tam i oprócz tego, że my staramy się jeden drugiego wspierać, ale już na pewno nie do końca rozumiemy się wzajemnie, bo mieszkamy w różnych rzeczywistościach. I to jest też taka bardzo trudna myśl dla mnie, bo my zawsze mamy nadzieję, że my wrócimy do domu, zawsze mamy nadzieję, że to będzie szybko, że to będzie za kilka tygodni, czy za za kilka miesięcy. Pragniemy, żeby żeby to było jak najszybciej, że my możemy wrócić, że tam będzie spokój, że tam można będzie przywieźć dziecko i nie martwić się, co będzie jutro.I my staramy się oczywiście kontaktować ze wszystkimi, z kim byliśmy bliscy, ale rozumiem, że każdy jest zajęty. Każdy ma swoje przeżycia, każdy ma swój poziom stresu i już ten kontakt nie jest takim, na tyle bliskim, jakby bardzo byśmy się nie starali. Bardzo się staram kontaktować z moimi rodzicami i pytać się ich, jak się mają. Jest im też trudno, bo ja jestem ich jedyną córką i teraz mieszkam tak daleko. Jesteśmy bardzo blisko i zawsze tak było, więc trudno im to oczywiście przeżyć, ale ja wiem, że ich uspokaja to, że jesteśmy bezpieczni i to, że ja jeszcze mogę działać dla dobra gromady ukraińskiej, która mieszka teraz w Polsce.
Moja mama bardzo się stara przyjeżdżać, jak tylko jest możliwość, żeby zobaczyć jednego, drugiego, żeby spędzić troszkę czasu razem. Oprócz tego ona zawsze stara się przyjeżdżać na wydarzenia albo akcje, które organizujemy wspólnie z fundacją Ukraiński DIM, w której ja jestem prezeską i współzałożycielką.
Nie zapominamy, skąd my jesteśmy i to jest najważniejsze, że oprócz tego, że moja córcia na przykład już większość swojego życia mieszka poza swoim krajem, to ona pamięta nasz język, naszą kulturę i dla mnie, i dla mojej rodziny, która została w Ukrainie, to jest również bardzo ważne.
T.W.: Jak zmieniło się pani życie przez te cztery lata? Zarówno zawodowo, jak i prywatnie. Co było najtrudniejsze? A co pomogło odnaleźć się w nowej rzeczywistości?
A.P.: Bardzo się zmieniło, ale starałam się odnaleźć siebie w nowej rzeczywistości, a gdy już troszeczkę stanęłam na nogi, no to oczywiście zrozumiałam, że trzeba pomagać innym. Ja pracuję jako lekarz-dentysta zawodowo. Udało mi się kontynuować tutaj pracę w swoim zawodzie, co jest dla mnie bardzo ważne, bo czuję, że nawet w nowym miejscu mogę pomagać ludziom. Oprócz tego było dla mnie bardzo ważne mieć wspólnotę, budować i szukać, a potem już budować tą wspólnotę dla siebie. Dla siebie i dla swojej córci, bo to jest bardzo dobre, jesteśmy w takim otwartym kraju.Jest tutaj dobrze mieszkać, uczyć się, powiększać jakiś poziom swojej znajomości życia w państwie europejskim, ale również ważne jest, żeby pamiętać, skąd ty jesteś, pamiętać swoje korzenie i trzymać się za nich. Dlatego właśnie została stworzona Fundacja Ukraiński DIM, to jest Dom Ukraiński w Rzeszowie, gdzie my współtworzymy przestrzeń edukacji, kultury i rozwoju międzykulturowego i tworzymy mosty pomiędzy polską a ukraińską kulturą.Najtrudniejsze dla mnie było, gdy nie wiedziałam, kim ja jestem, gdy nie wiedziałam, co ja tutaj robię i kto jest ze mną. I ja uważam, że bardzo ważne jest szukać kogoś, kto cię zrozumie, kto jest w podobnej sytuacji życiowej. I właśnie szukać, jeżeli nie wspólnoty, to przynajmniej jakiegoś znajomego, łączyć się, rozmawiać, starać się być otwartym i wspierać się nawzajem.