Upadek znanego prokuratora. Sukcesy, korupcja i śmierć. Jak zginął Jerzy Hop i jego syn? Nowe hipotezy szokują

2026-03-19 5:25

Jerzy Hop miał wszystko: pasję, sukcesy, a później wysokie stanowisko i pieniądze. Były szef Prokuratury Apelacyjnej w Katowicach wplątał się jednak w jeden z największych skandali korupcyjnych w swojej jednostce, za co trafił przed sąd. Nigdy nie przyznał się do winy, lecz wymiar sprawiedliwości, którego był wówczas częścią, nie potraktował go łagodnie. Wymierzono surową karę, a znany prokurator stracił dobrobyt. Niedawno, w jego domu w Rybniku, odnaleziono ciało mężczyzny. Zginął razem z synem Łukaszem. Co się stało? Hipotez jest co najmniej kilka. Szczegóły poniżej.

Dokładnie w sobotę, 7 marca 2026 roku, około godziny 13:00 w jednym z domów przy ulicy Platanowej w Rybniku znaleziono zwłoki dwóch mężczyzn. Szybko okazało się, że to ciała 68-letniego, byłego prokuratora Jerzego Hopa, oraz jego 41-letniego syna Łukasza. Komenda Miejska Policji, którą wezwano na miejsce, od razu przekazywała, że na ciałach pokrzywdzonych nie odnotowano żadnych obrażeń, natomiast przyczyna ich śmierci pozostaje zagadkowa. Prokuratura zleciła sekcję zwłok, by ustalić, co doprowadziło do zgonu, lecz do tej pory – w momencie przygotowywania tego materiału – nie poznaliśmy na to pytanie odpowiedzi.

Czytaj także:  Znany prokurator i jego syn nie żyją! Ich ciała znaleziono w domu. Makabryczne sceny na Śląsku

Budynek, w którym Jerzy Hop od dłuższego czasu przebywał wraz z synem Łukaszem, od dawna sprawiał wrażenie zaniedbanego. Niektórzy mieszkańcy myśleli nawet, że nikt tam nie mieszka. W domu miały być wyłączone prąd i gaz. - Żona pana Łukasza zmarła już jakiś czas temu i od tego momentu wszystko zaczęło podupadać. Jesienią wzywaliśmy nawet policję. Powodem były otwarte przez dłuższy czas drzwi wejściowe u pana Jerzego - stwierdziła jedna z kobiet w rozmowie z dziennikiem „Fakt”. - Było tam bardzo dużo śmieci, butelek i ogólnego bałaganu. Podobno było naprawdę źle – dodawała sąsiadka zmarłych mężczyzn.

Bez śladów włamania, brak udziału osób trzecich. Jak zginął Jerzy Hop i jego syn Łukasz?

Sąsiedzi na co dzień nie byli świadkami hałasów czy awantur, dochodzących z domu, lecz niedługo przed tragedią miało dojść do jakiejś kłótni. Świadek, który mieszkał najbliżej ofiar, opowiadał o kobiecie krzyczącej do młodszego mężczyzny, że "niczego w życiu nie osiągnie". Zapamiętał to bardzo dobrze. - To mnie zdziwiło, bo na tej ulicy zwykle jest bardzo spokojnie – relacjonował. Nie wiadomo jednak, czy ma to jakikolwiek związek ze sprawą, wbrew nieoficjalnym doniesieniom medialnym. To, co udało się ustalić śledczym, to fakt, że na miejscu zdarzenia nie odnotowano żadnych śladów, mogących na przykład wskazywać na włamanie do domu lub udział osób trzecich, które mogłyby przyczynić się do śmierci Jerzego Hopa i jego syn. Przy żadnym z nich nie odnotowano też widocznych obrażeń fizycznych. Formalnie nie oznacza to z góry przyjęcia jakiejś konkretnej przyczyny śmierci, jak na przykład zgonu w wyniku uduszenia tlenkiem węgla lub obrażeń wewnętrznych, ale możliwe, że któraś z tych hipotez okaże się prawdziwa. 

Z relacji sąsiadów wynika, że Jerzy Hop po wyjściu z więzienia bardzo się zmienił. Wcześniej zawsze odpowiadał na „dzień dobry”, uśmiechał się. Teraz podupadł na zdrowiu, rzadko wychodził z domu, utrzymywał kontakt niemal tylko z synem. - Coraz bardziej wyglądał na zmęczonego życiem. Wszystko stracił, łącznie z twarzą. Nikt z sąsiadów go nie wytykał palcami, ale on bardzo się załamał. Od kilku miesięcy niemal nie widywaliśmy ani pana Jerzego, ani jego syna. Nie wiem, czy na zimę mieszkali gdzie indziej, bo ludzie mówią, że mieli w tym domu odcięte wszystkie media, w tym gaz oraz prąd – zastanawiała się mieszkanka osiedla w rozmowie z „Faktem”.

- Żona chodziła do klasy z młodym Hopem i dobrze go wspominała. (...) Pan Jerzy to bardzo miły człowiek był, miałam z nim dobry kontakt. Nigdy nie spotykałam go w żadnym "wskazującym" ani dziwnym stanie. (...) Miałem okazję rozmawiać z panem Jerzym, wydawał się niezwykle sympatyczny - to z kolei opinie sąsiadów, wygłoszone w rozmowie z reporterem "Super Expressu". 

Oprócz Jerzego Hopa, również jego syn Łukasz znalazł się pod społeczną lupą. Mieszkańcy mówią, że po śmierci matki i skazaniu ojca też mocno się zmienił. Niektóre nieoficjalne doniesienia mówią o problemach z używkami, lecz funkcjonariusze ani nie potwierdzają, ani nie dementują tych wieści. Zdecydowano o braku jakiegokolwiek komentarza, z uwagi na dobro prowadzonego śledztwa.

Czytaj również:  Jak zginął znany prokurator i jego syn? Kłótnia przed tragedią w Rybniku. Wygląd ciał zdradza jedno

Wśród najnowszych teorii, podejmujących temat przyczyn śmierci ofiar, pojawiają się te mówiące o zatruciu, do którego mógł się przyczynić nie tylko tlenek węgla, ale być może jakieś substancje psychoaktywne lub alkohol pochodzący z nieznanego źródła. Jak ustalił nasz reporter Dariusz Brombosz, mogły to być trunki sprowadzone z Czech. To ponoć główne hipotezy badane obecnie przez prokuraturę.

- Tego nie możemy potwierdzić - mówi nam Agnieszka Bukowska z Prokuratury Okręgowej w Gliwicach.

Pogłębiona sekcja zwłok ma przynieść odpowiedzi, czy którakolwiek z tych teorii okaże się prawdziwa. Wyniki badań nadal nie zostały podane do wiadomości publicznej. Wiadomo natomiast, że będą one rozszerzone o badania histopatologiczne oraz toksykologiczne, skoro na ciałach nie ujawniono śladów fizycznych obrażeń. Z naszych ustaleń wynika, że prawdopodobnie w piątek (20 marca 2026 roku) poznamy przyczynę śmierci byłego szefa Prokuratury Apelacyjnej w Katowicach Jerzego Hopa i jego 41-letniego syna.

Zobacz galerię zdjęć. Dalsza część materiału znajduje się pod nią.

Odcięli mu w domu prąd i gaz, próbował podkradać energię od sąsiada. "Nie zgłosiłem tego, i tak już miał sporo za uszami"

Pan Andreas, sąsiad Jerzego Hopa, w „Fakcie” ujawniał również, że prokurator miał przez cztery dni kraść prąd z jego posesji. To było dwa tygodnie przed makabrycznym odkryciem w domu. Mężczyzna zorientował się, że coś jest nie tak, kiedy zniknął podgląd z kamery, którą zamontował w ogródku. Okazało się, że została przez kogoś wypięta z gniazdka. W jej miejscu pojawił się jakiś dziwny, pomarańczowy kabel, wychodzący z posesji byłego prawnika.

- Tym pomarańczowym kablem podłączyli się do mojego gniazdka. Nie zgłaszałem tego na policję, bo i tak już on miał sporo za uszami. Odciąłem im ten kabel. Następnego dnia widziałem, że kopci się im z komina. Zimno było, pomyślałem, że napalili w kominku. Kto wie, czy tlenek węgla ich nie zabił? – zastanawiał się sąsiad.

Mieszkańcy dobrze znali Jerzego Hopa. Do dziś pamiętają, jak w ich okolicy roiło się od policyjnych kogutów i telewizyjnych kamer. Znany prokurator został bowiem zatrzymany w związku z podejrzeniami o udział w głębokiej korupcji. Prawnik najpierw uchodził za wschodzącą gwiazdę wymiaru sprawiedliwości. Zaczynał w Prokuraturze Rejonowej w Katowicach, by następnie stanąć na czele Prokuratury Apelacyjnej. Skandal z jego udziałem ujrzał światło dzienne w 2002 roku. Po publikacji tygodnika „Newsweek”, który ujawnił, że Jerzy Hop żył jak pączek w maśle, mimo że nie powinny mu na to pozwalać zarobki, jego sprawą zainteresowało się Ministerstwo Sprawiedliwości. Prokurator jeździł luksusowymi samochodami, miał ogromny dom w Rybniku, a pieniądze wręcz wysypywały mu się z kieszeni. Wieloetapowe śledztwo wykazało, że w latach 1993-2002 miał przyjmować środki, rzekomo zbierane w ramach finansowego wsparcia prokuratury, które w rzeczywistości trafiały do jego prywatnej kieszeni. 

Dymisja Jerzego Hopa i załamanie w życiu prywatnym. Pogrzeb odbył się w tajemnicy

Jerzy Hop prędko doczekał się dymisji, nie pomogły jego tłumaczenia, próby odpierania zarzutów i liczne znajomości, ponieważ sąd nie uwierzył w wersję wydarzeń, jakoby otrzymał wsparcie finansowe od zamożnej teściowej. Twierdził bowiem, że pieniądze pochodziły z ogromnego spadku, który otrzymał. Wymiar sprawiedliwości w wielowątkowym procesie udowodnił mu wyłudzanie pieniędzy od prywatnych biznesmenów, czego miał się dopuszczać przez niemal dekadę. Zgodnie z wyrokiem, Jerzy Hop został skazany na 8 lat pozbawienia wolności za wyłudzenie kwoty łącznej w wysokości 1,7 miliona złotych.

Czytaj więcej: Tajemnicza śmierć, sekretny pogrzeb. Prokurator Jerzy Hop i jego syn nie żyją. "Nic nie można było mówić"

Po wyjściu na wolność, próbował ułożyć sobie życie na nowo, ale – jak już wiemy z relacji sąsiadów – nie do końca udało mu się wszystko dobrze poukładać. Z pewnością nie pomogły też problemy w życiu prywatnym, w tym strata ukochanej żony, która trzymała go w ryzach. Podczas gdy funkcjonariusze prowadzą swoje śledztwo w celu ustalenia szczegółów przebiegu zdarzenia, Jerzy Hop i jego syn Łukasz zostali pożegnani przez najbliższych. Co ciekawe, pogrzeb odbył się w całkowitej tajemnicy. Nasz fotoreporter był na miejscu, wskazując na nagrobek, w którego rogach znalazły się niewielkie tabliczki informujące o śmierci Jerzego Hopa i Łukasza. Nikt z sąsiadów nie odnotował klepsydry informującej o pogrzebie. Uroczystość miała miejsce w sobotę, 14 marca 2026 roku, a pokrzywdzeni spoczęli w rodzinnym grobie. 

- To byli bardzo skryci ludzie - mówi jeden z sąsiadów w rozmowie z "Super Expressem". - [O pogrzebie - red.] nic nie można było mówić. Wszystko było ściśle tajne, nie wiadomo dlaczego - twierdzi osoba znająca kulisy ostatniego pożegnania Jerzego Hopa, która zgodziła się anonimowo porozmawiać z „Faktem”. - Pochówek był bardzo skromny. Wszystko zaczęło się o godz. 10:00 i trwało może niecałe pół godziny - dodaje rozmówca.

Pogrzeb miał charakter świecki, bez mszy świętej i tłumów. Na jednym z wieńców widniała szarfa z napisem: „Byłeś moim wszystkim”. Gdy przygotowywaliśmy ten materiał, prokuratura wciąż prowadziła swoje postępowanie. 

Sonda
Jak oceniacie działanie wymiaru sprawiedliwości?
Szok, co zrobił byly partner ofiary! | Pokój Zbrodni

Player otwiera się w nowej karcie przeglądarki