- Ania poznaje Tomka w aplikacji i po dwóch tygodniach zgadza się na kolację
- Tomek wybiera restaurację i zamawia butelkę wina za sto sześćdziesiąt złotych
- Przy rachunku Tomek na kalkulatorze w telefonie dzieli całą kwotę na pół, po sto dziewięćdziesiąt złotych
- Przyjaciółka przypomina Ani jej deklarację o niezależności i partnerskim związku
- Tomek zaprasza ją ponownie, a Ania długo nie potrafi wysłać odpowiedzi
„Założyłam aplikację po namowach Magdy”
Konto w aplikacji założyłam po trzecim piwie u Magdy. Siedziałyśmy wtedy w jej kuchni, a ona przekonywała mnie, że po roku od rozstania powinnam wreszcie przestać wszystkim powtarzać, że mam dużo pracy. Pracuję jako księgowa w hurtowni, więc rzeczywiście miałam dużo pracy, ale nie aż tyle, żeby przez dwanaście miesięcy nie wyjść z nikim na kawę.
Tomek napisał pierwszy. Nie zaczął od serduszka ani pytania, czy mam dziś plany, tylko zapytał, dlaczego na zdjęciu trzymam książkę o roślinach, skoro w opisie przyznaję, że ususzyłam nawet kaktusa. Odpisałam, że książka była prezentem, a kaktus usechł śmiercią naturalną.
Pisaliśmy prawie dwa tygodnie. Wiedziałam, że pracuje przy projektach wnętrz, ma młodszą siostrę i nie znosi rodzynek w serniku. Kiedy zaproponował kolację w piątek, odruchowo chciałam odmówić, ale Magda kazała mi przestać traktować jedno wyjście jak rozmowę kwalifikacyjną.
„Tomek wybrał restaurację w centrum”
Restauracja mieściła się przy jednej z ulic odchodzących od rynku. Miała ciemne ściany, małe lampki nad stolikami i kartę bez cen widocznych z daleka. Tomek już czekał przy wejściu w granatowej koszuli, dokładnie takiej, jaką miał na jednym ze zdjęć.
Na początku było zaskakująco łatwo. Opowiedział mi o kliencie, który kazał zamontować w salonie sztuczny kominek, a potem narzekał, że nie daje ciepła. Ja opowiedziałam o kierowcy z naszej hurtowni, który co miesiąc gubi faktury, ale zawsze pamięta, w której piekarni kupuje drożdżówki.
Kiedy kelner podszedł z kartą win, Tomek spojrzał na mnie i zapytał, czy weźmiemy butelkę czerwonego. Powiedział, że pasuje do makaronu, zobaczyłam cenę, sto sześćdziesiąt złotych, ale nawet jej nie skomentowałam. „Może być” odpowiedziałam, bo nie chciałam wyjść na osobę, która na randce analizuje każdą pozycję w menu.
„Wypiłam jeden kieliszek, on resztę butelki”
Wino było dobre, choć po pierwszym kieliszku przestałam je pić. Następnego dnia miałam rano zamykać miesiąc i wiedziałam, że nawet niewielki ból głowy doprowadzi mnie przy tabelkach do szału. Tomek wzruszył ramionami, nalał sobie trochę więcej i powiedział, że szkoda zostawiać.
Nie przeszkadzało mi to specjalnie. Jedliśmy, śmialiśmy się i przez chwilę naprawdę pomyślałam, że Magda będzie zachwycona, gdy jej napiszę, że aplikacje nie są jednak zbiorowiskiem dziwaków. Tomek pamiętał nawet, że nie lubię oliwek, choć wspomniałam o tym tylko raz.
Rachunek przyszedł po deserze. Kelner położył skórzaną okładkę przy brzegu stolika, a Tomek od razu sięgnął po telefon. Otworzył kalkulator, wpisał 380, nacisnął znak dzielenia i położył ekran między nami, tuż obok papierowego rachunku.
„Kalkulator pokazał 190 złotych i nagle przestałam się śmiać”
Tomek spojrzał na wynik i spokojnie zapytał: „To po sto dziewięćdziesiąt, dobrze?” Powiedział to takim tonem, jakby pytał, czy wolę wodę gazowaną. Przez sekundę patrzyłam na cyfry, a potem na prawie pustą butelkę, w której zostało może pół kieliszka.
Mogłam powiedzieć, że wypiłam jeden kieliszek, a on resztę. Mogłam też zapytać, po co wybiera restaurację i zamawia wino, skoro potem chce dzielić wszystko po równo. Zamiast tego wyjęłam kartę i odpowiedziałam: „Jasne”.
Przy terminalu lekko zadrżała mi ręka, choć kelner chyba tego nie zauważył. Tomek zapłacił zaraz po mnie, uśmiechnął się i rzucił, że świetnie się bawił. Ja też się uśmiechnęłam, włożyłam płaszcz i pożegnałam się szybciej, niż planowałam.
„Magda przeczytała mój opis i nie stanęła po mojej stronie”
W domu zdjęłam buty w przedpokoju i nawet nie zapaliłam światła w salonie. Zadzwoniłam do Magdy, bo byłam pewna, że usłyszę dokładnie to, co sama chciałam sobie powiedzieć. Że facet był drobiazgowy, że wino zamówił dla siebie i że kolejnej randki nie będzie.
Magda wysłuchała mnie do końca, a potem poprosiła, żebym weszła w aplikację. Kazała mi otworzyć profil, który kiedyś pomagała mi ułożyć, i przeczytać na głos zdanie spod zdjęcia z kawą: „Jestem niezależna i szukam partnerskiego związku, nie sponsora”. Poczułam, jak robi mi się gorąco, choć siedziałam sama przy otwartym oknie.
„No i zrobił dokładnie to, o co prosiłaś” powiedziała bez złośliwości. Odburknęłam, że partnersko nie znaczy po równo co do złotówki, zwłaszcza gdy jedna osoba wypija prawie całe wino za sto sześćdziesiąt złotych. Magda przyznała mi rację, ale po chwili dodała, że może Tomek zwyczajnie uznaje wspólną kolację za wspólny koszt.
„Nie wiedziałam, czy mu odpisać”
Rano w pracy rozliczałam faktury i łapałam się na tym, że liczę w głowie różne wersje tamtego rachunku. Mój makaron, woda, jeden kieliszek wina i kawa kosztowałyby wyraźnie mniej niż sto dziewięćdziesiąt złotych. Tylko że im dłużej to liczyłam, tym bardziej czułam się absurdalnie, bo nie chodziło przecież wyłącznie o kwotę.
Po południu przyszła wiadomość od Tomka. Napisał, że bardzo dobrze mu się ze mną rozmawiało i że następnym razem może ugotować kolację u siebie. Dodał, że robi świetne risotto i ma w domu wino, więc nie będzie trzeba wybierać go z karty.
Kilka razy zaczynałam odpowiedź. Pisałam, że chętnie, potem kasowałam. Pisałam też, że zanim spotkamy się drugi raz, chciałabym wyjaśnić sprawę rachunku, ale brzmiało to zbyt służbowo. Wieczorem telefon leżał na stole obok kubka herbaty, a ja nadal nie wiedziałam, czy bardziej drażni mnie Tomek, czy to, że liczyłam na coś, czego nigdy nie powiedziałam mu wprost.
Przedstawione historie są inspirowane prawdziwymi zdarzeniami. Nie odzwierciedlają jednak konkretnych wydarzeń ani rzeczywistych osób, a wszelkie podobieństwa do nich mają charakter przypadkowy.