- Emilia spędziła piątkowy wieczór na pieczeniu pierwszego tortu urodzinowego dla męża.
- Teściowa przyszła wcześniej pomóc i bez pytania zmieniła dekorację wypieku
- W zlewie Emilia znalazła talerzyk ze zeskrobanym napisem dla Szymona
- Przy gościach teściowa pokazała zdjęcie tortu sprzed swoich poprawek
- Szymon śmiał się z tortu, a Emilia przestała odbierać telefony od teściowej.
„Pisałam ten napis drżącą ręką, ale byłam z siebie dumna”
Mam trzydzieści trzy lata, pracuję w kadrach w szpitalu i na co dzień wolę robić rzeczy, na których się znam. Tortów nie umiem. Zwykle kupuję ciasto w cukierni obok pracy, zamawiam je dwa dni wcześniej i odbieram w pudełku, które wygląda lepiej niż moje własne pomysły.
W tym roku chciałam jednak zrobić Szymonowi niespodziankę. Kończył trzydzieści pięć lat, a ja chciałam zrobić mu coś własnego, a nie po prostu kupić kolejny tort w cukierni. Pomyślałam, że własny tort będzie trochę śmieszny, trochę nieporadny, ale właśnie nasz.
W piątek po pracy kupiłam jajka, mascarpone, gorzką czekoladę i gotowe blaty biszkoptowe, bo aż tak odważna nie byłam. Szymon miał wieczorem trening, więc w kuchni grało radio, a ja mieszałam krem i co chwilę sprawdzałam przepis w telefonie. Kiedy wrócił, tort stał już w lodówce, przykryty dużą miską.
„Upiekłam go dla Szymona, nie dla gości”
Biszkopt rzeczywiście trochę uciekł na jedną stronę. Krem przy bokach nie wyglądał jak z cukierni, a czekoladowy napis wyszedł mi za gruby, bo ręka drżała przy literze „S”. Mimo to patrzyłam na niego z dumą. Napisałam: „Sto lat, Szymek”.
Szymon zajrzał do lodówki dopiero rano, kiedy szukał mleka do kawy. Szybko zamknęłam drzwiczki i powiedziałam, że ma nie oszukiwać przed własnym przyjęciem. Zaśmiał się, pocałował mnie w policzek i poszedł rozwieszać lampki w pokoju.
Jego mama, pani Irena, miała przyjść o czternastej. Zapowiedziała, że pomoże mi przy sałatkach, bo przecież na osiem osób nie warto się zajeżdżać. Jest świetną kucharką, tego nigdy jej nie odbierałam. Na rodzinnych obiadach wszyscy czekają na jej sernik i rosół.
„Wyszłam spod prysznica, a mój tort był już cudzy”
Pani Irena przyszła punktualnie z dwiema siatkami i własnym nożem do krojenia warzyw. Od razu przesunęła moje miski na blacie, sprawdziła, czy ziemniaki są wystudzone, i zapytała, gdzie trzymam większą deskę. Nie zdziwiło mnie to, bo ona zawsze przestawia rzeczy w kuchni po swojemu, nawet gdy wpada do nas tylko na kawę.
Poszłam pod prysznic, bo chciałam jeszcze umyć włosy i spokojnie się ubrać. Z kuchni dochodził stuk talerzy i głos pani Ireny, która coś nuciła. Byłam przekonana, że nakłada sałatkę albo poprawia serwetki.
Kiedy wróciłam, pierwsze osoby już zdejmowały kurtki w przedpokoju. Otworzyłam lodówkę, żeby wyjąć tort, i przez chwilę tylko patrzyłam. Boki były wygładzone, na wierzchu leżały plasterki brzoskwiń, a zamiast mojego napisu widniało równe, lukrowe „Dla Szymona”.
„W zlewie znalazłam mój zeskrobany napis”
Przez chwilę miałam nadzieję, że pani Irena tylko dołożyła brzoskwinie. Potem zobaczyłam w zlewie mały talerzyk, a na nim ciemne smugi i kawałki czekolady. Między nimi dało się jeszcze rozpoznać fragment słowa „Szymek”.
Pani Irena stała przy stole i układała sztućce. Powiedziałam cicho, że przecież tort był gotowy. Spojrzała na mnie z pobłażaniem i powiedziała: „Emilko, tort się rozjeżdżał. Ja tylko go uratowałam”.
Nie chciałam robić sceny przed ludźmi, którzy właśnie wchodzili do pokoju. Wzięłam talerzyk, wyrzuciłam czekoladę do kosza i umyłam ręce, chociaż nie były brudne. Pani Irena mówiła jeszcze, że brzoskwinie ożywiły całość, ale ja słyszałam głównie szum wody.
„Przy gościach pokazała zdjęcie mojego tortu”
Po kolacji Szymon zgasił światło, a jego kolega przyniósł tort z kuchni. Goście od razu zaczęli mówić, że wygląda pięknie i że aż szkoda go kroić. Stałam obok z nożem w dłoni, próbując uśmiechnąć się tak, żeby nikt nie pytał, czemu milczę.
Wtedy pani Irena powiedziała głośno, że Emilka piekła, a ona tylko trochę poprawiła, bo inaczej tort by się rozjechał. Wyjęła telefon i znalazła zdjęcie zrobione przed poprawkami. Na ekranie mój krem spływał po bokach, górny blat zsunął się lekko w lewo, a napis był rozmazany.
Kilka osób zaśmiało się nerwowo. Szymon też parsknął i powiedział, że wyglądało to „bardzo domowo”. Patrzył na ekran, nie na mnie, a ja nadal trzymałam nóż do tortu i nie mogłam się zmusić, żeby zacząć kroić.
„Nie prosiłam, żeby ratowała mój tort”
Pani Irena powiedziała, żebym się nie obrażała, bo tort był przecież pyszny. Odpowiedziałam tylko: „Dziękuję za pomoc”. Powiedziałam to spokojnie, choć miałam ochotę przypomnieć jej, że nie prosiłam ani o ratowanie, ani o zdjęcia.
Po wyjściu gości Szymon uznał, że robię z igły widły. Powtarzał, że jego mama chciała dobrze, a tort i tak wszystkim smakował. Zostałam w kuchni i myłam talerze jeden po drugim, bo nie miałam już siły tłumaczyć mu, że nie chodziło o krem ani o brzoskwinie.
Od tamtej soboty nie odebrałam ani jednego telefonu od pani Ireny. Ona dzwoni do Szymona i pyta, czy nadal się na nią gniewam, jakby chodziło o drobną sprzeczkę przy sałatce. Talerzyk po moim napisie już dawno umyłam, ale kiedy otwieram tę samą szafkę, od razu przypomina mi się ciemna czekolada w zlewie.
Przedstawione historie są inspirowane prawdziwymi zdarzeniami. Nie odzwierciedlają jednak konkretnych wydarzeń ani rzeczywistych osób, a wszelkie podobieństwa do nich mają charakter przypadkowy.