W latach 90-popadły one w niełaskę. Zmiany ustrojowe spowodowały wzrost niechęci do wszystkiego co radzieckie. Czołgi pomniki były dewastowane i malowane sprayami. Niekiedy wstydliwie przenoszone z cokołów w miejsca gdzie nie rzucały się w oczy. Taki los spotkał czołg stojący na Westerplatte, czołg przy ulicy Wasilkowskiej w Białymstoku i wiele innych.
Nawet na potrzeby filmów wojennych ciężko było zdobyć sprawny T-34 wobec tego ich rolę grały czołgi T-55 przykryte gałęziami. Dla laika czołg to czołg, byle by miał lufę. Dla znawców jednak było to nie do zaakceptowania.
Minęło parę lat i popularne T-34 zwane przez czołgistów "kaczorami" stały się rzadkością. Znalazło się jednak kilu pasjonatów którzy ocalili czołgi przed piecem hutniczym i z niemałym trudem je uruchomili. Część czołgów należy do Muzeum Wojska Polskiego i znajduje się w depozytach mniejszych muzeów które w miarę swoich możliwości remontują je i doprowadzają do stanu używalności.
Czołgi zwykle wykorzystywane są na zlotach i rekonstrukcjach, nigdy jednak nie udało się zebrać w jednym miejscu takiej ilości jak teraz.
Okazją do organizacji tego przedsięwzięcia były obchody 70 rocznicy Bitwy pod Studziankami. W sierpniu 1944 polskie czołgi z 1 Brygady im Bohaterów Westerplatte stoczyły tu wielką bitwę zakończoną pełnym zwycięstwem. Jednym z epizodów bitwy była szarża 3 kompani z 1 pułku czołgów dowodzona przez ppor Rościsława Tarajmowicza. W kluczowym momencie zatrzymała ona natarcie hitlerowskie ponosząc jednak dotkliwe straty. Wszystkie 6 czołgów zostalo zniszczone. Na 24 czołgistów biorących udział w kontrnatarciu przeżyło 7 pozostali na zawsze pozostali w swych maszynach.
Po 70 latach na tych samych polach pod wsią Studzianki, na pamiątkę bitwy noszącej pancerny przydomek, czołgiści uruchomili czołgi o numerach 130, 131, 133, 134, 135 i 136 i wykonali rajd w kierunku wsi.