Mariusz krzywdził córki i żonę, kazał jeść nasienie z miski dla psa. Za 20 zł "użyczał" Ewę karłowi

2026-03-27 8:24

Mariusz S. więził swoją żonę Ewę w domu. Zmuszał ją do jedzenia z miski dla psa, dawał chleb wymieszany z wodą i własnym nasieniem, gnębił i maltretował bezbronną kobietę. Do piwnicy, w której przetrzymywał pokrzywdzoną, miał zapraszać też kolegów i kuzynów, którym za niewielką opłatą, wynoszącą 20 złotych, pozwalał wykorzystywać partnerkę. Potem za zgromadzone pieniądze kupował napoje procentowe. Kulisy tej makabrycznej sprawy nie mieszczą się w głowie żadnego normalnego człowieka.

Wiele kryminalnych spraw w Polsce porównywanych jest do okrucieństwa Josefa Fritzla, który przez 24 lata więził i wykorzystywał własną córkę. Ale nie zawsze te porównania były trafne. W przypadku Mariusza S. schemat jest natomiast bardzo podobny, tyle że dotyczy żony skazanego mężczyzny. To, co przeżyła pokrzywdzona, mrozi krew w żyłach. Koszmar kobiety zaczął się w 2006 roku, niedługo po ślubie z Mariuszem, który wzięli niecały rok wcześniej. Tak wynika przynajmniej z pamiętników, które przez lata prowadziły córki małżeństwa. Ich zapiski stały się później ważnym dowodem w sprawie. Para żyła w małej kaszubskiej wiosce. Początkowo, jak to zwykle bywa, nic nie zapowiadało horroru, który miał nadejść. Mariusz S. szybko tracił jednak cierpliwość: zaczął od wyzwisk i przekleństw, potem groził, aż w końcu uderzył po raz pierwszy. Ciosy zadawał otwartą dłonią, pięściami, stosował też kopnięcia. Odseparował żonę od rodziny, a gdy na świecie pojawiły się ich dwie córeczki – znęcał się także nad nimi. Niszczył zabawki, krzyczał i maltretował. Zmuszał Ewę do obcowania płciowego.

Po dwóch latach zamknął ją w ciemnej komórce piwnicy, gdzie przez kolejne dwa była więziona. Bił, głodził i wielokrotnie wykorzystywał. W toku śledztwa wyszło na jaw, że karmił kobietę jedynie chlebem wymieszany z wodą i swoim nasieniem. Kazał jej też gotować obiady dla córek, ale nie mogła ich jeść – nie pozwalał też jej dotykać dzieci.

Pozwalał wykorzystywać żonę za 20 złotych. Własne dzieci uczył, jak mają bić mamę

Gdy zapraszał innych mężczyzn, związywał Ewie ręce i pozwalał im ją wykorzystywać. Pobierał za to opłatę w wysokości 20 złotych. Pieniądze wydawał później na napoje procentowe, którymi się upijał. Do zadawania obrażeń kobiecie wykorzystywał także ich wspólne dzieci. Zmuszał dziewczynki do bicia swojej mamy po głowie za pomocą kija, wmawiał im później, że to normalne zachowanie i tak trzeba robić. Mariusz znęcał się też nad córkami. Jedną z nich doprowadzał wielokrotnie do obcowania płciowego, dotykał jej miejsc intymnych, zmuszał do stosunków oralnych i onanizował się w jej obecności. Wszyscy śledczy, którzy zajmowali się tą sprawą, byli głęboko wstrząśnięci.

Poznaj więcej historii: Pokój Zbrodni

– Wydaje się, że w XXI wieku w tej części świata takie sytuacje się nie zdarzają. Pokrzywdzona ważyła 40 kilogramów: kobieta po dwóch porodach. 33 lata orzekam w sprawach karnych i nie spotkałem się z takim natężeniem złej woli i takimi metodami uwięzienia czy znęcania, jakimi posługiwał się oskarżony wobec pokrzywdzonych, wykorzystując ich wiek czy też słabości psychiczne, szantażując te osoby swoim zachowaniem – mówił w późniejszym procesie apelacyjnym sędzia Dariusz Malak. - To są rzeczy kompletnie niepojęte, nie do uwierzenia, zarówno dla przeciętnego człowieka, jak i dla doświadczonego sędziego – podkreślała inna sędzia, z Sądu Okręgowego w Gdańsku, Maria Hartuna.

Zanim jednak doszło do postawienia Mariusza przed wymiarem sprawiedliwości, koszmar trwał przez długi czas. Jak to możliwe, że nikt wcześniej się nie zorientował?

Dziennikarka „Dużego Formatu” Gazety Wyborczej, Katarzyna Włodkowska, opisała szczegóły dramatu Ewy. Kobieta zgodziła się z nią porozmawiać. Ta sama autorka napisała później książkę reporterską na temat tej sprawy pod tytułem "Na oczach wszystkich". Opisywała, że w przeciwieństwie do córki Fritzla, żona Mariusza mogła opuszczać swoje domowe więzienie, jednak tylko na warunkach postawionych przez męża. Bała się komukolwiek wyznać prawdę o tym, co ją spotyka. Powtarzał, że jeśli pójdzie na policję, nikt jej nie uwierzy. A ona wstydziła się opowiadać o zbiorowych orgiach kolegów Mariusza, w których musiała brać udział.

Wyszła z piwnicy, by "pójść do urzędu". Tak naprawdę uciekła do rodziców z dziećmi. "Znalazła w sobie odwagę"

Milczenie przerwała dopiero 28 grudnia 2010 roku, kiedy mąż pozwolił jej wyjść z piwnicy pod pretekstem wizyty w urzędzie pracy. Bojąc się o bezpieczeństwo swoich dzieci, zabrała córki i wybiegła do rodziców. Wykrzesała z siebie na tyle odwagi, by poprosić o pomoc matkę. Dziennikarka Katarzyna Włodkowska opisywała w swojej publikacji, że na dworze był wtedy siarczysty mróz. Rodzice nie poznali swojej córki. Do ich domu nagle zaczął dobijać się też Mariusz. Krzyczał, że mają otworzyć, bo pozabija. Na miejsce została wezwana policja.

Czytaj także:  Bestia z Torunia nie szczędziła nawet dzieci. Andrzej G. wpychał ofiarom przedmioty w miejsca intymne

Mężczyzna trafił wówczas na komisariat policji, a Ewa do najbliższego szpitala. Jej obrażenia były widoczne gołym okiem, kobieta była ponadto przerażona. Pocieszał ją brat, mówił, że musi tylko opowiedzieć własnymi słowami, co się stało i co przeżyła. Na izbie przyjęć musiał jednak mówić za nią, bo nie była w stanie wydusić słowa. Później ruszyli razem na pobliską komendę. Okazało się, że do tej samej jednostki przewieziony został Mariusz. Jego krzyki było słychać zza ściany. „Dorwę ją”, miał wrzeszczeć, a jego obecność znowu sparaliżowała Ewę.

- Pani się nie boi, on tu nie wejdzie – miał uspokajać ją policjant, prowadząc kobietę do innego pomieszczenia. - Te słowa zamieniły się w pięść i uderzyły ją w brzuch. On też tak mówił. Czego się trzęsiesz? Nie bój się, nic złego ci nie zrobię – pisała Włodkowska w książce poświęconej tej sprawie. Córki małżeństwa, jak zeznała Ewa, miały wtedy zaledwie kilka lat: jedna trzy, druga cztery. Wreszcie opowiedziała, jak bił ją i wyzywał, jak wyrzucił pewnego razu z domu i kazał spać w lesie. Zgłaszała sprawę na policję, ale interwencja nie przyniosła skutku, więc się poddała. Mamie wyznała, że nie potrafi jeść widelcem, ponieważ jedzenie podawał w misce dla psa. Gdy słyszała dzwonek do drzwi, chowała się pod stołem, ze strachu. I choć nie wróciła już do domu Mariusza, to jej koszmar wcale się nie zakończył. Mężczyzna nie stanął bowiem przed sądem.

Zobacz galerię zdjęć. Dalsza część materiału znajduje się poniżej.

Umorzone postępowanie wydłużyło dramat kobiety. "Wszyscy zapewniali, że mąż ofiary jest niewinny"

Okazało się, że Prokuratura Rejonowa w Pucku, która zajmowała się sprawą już w 2011 roku, umorzyła postępowanie. Rodzina oraz najbliżsi sąsiedzi męża zapewniali, że ten jest niewinny – nie ujawniono też przejawów patologii. Pracownica opieki społecznej, która nadzorowała sprawę, także nie zauważyła niczego niepokojącego, mimo że Ewa zeznała w prokuraturze o wielokrotnych pobiciach i przemocy seksualnej. Przez brak wiary w jej słowa, pokrzywdzona czuła coraz większy wstyd i poczucie obrzydzenia do samej siebie. To nie pozwoliło jej też złożyć pełnych zeznań.

Czytaj również:  Daniel zabił i przerobił jej psa na smalec, Justyna wbiła mu nóż w serce. "Kochała zwierzęta nad życie"

Śledztwo w sprawie prowadził między innymi Bartłomiej Konkel, zastępca prokuratora rejonowego w Pucku. To zgodnie z jego decyzją doszło do umorzenia postępowania – 30 listopada 2011 roku. W uzasadnieniu wskazano, że słowa Ewy nie znajdują odzwierciedlenia w zeznaniach teściowej, siostrzeńca męża, najbliższego sąsiada i pracownicy socjalnej. Sami podejrzani również od początku nie przyznawali się do winy. Kobieta złożyła zażalenie. Znów zebrała się na odwagę, by opowiedzieć o sprawie – tym razem ze szczegółami opisała wykorzystywanie i pobicie, którego dopuścił się mąż. Mimo tego, wniosek został odrzucony.

W międzyczasie wyszło na jaw, że Mariusz po ucieczce Ewy znalazł sobie nową partnerkę. W późniejszym procesie sądowym okazało się, że nad nią także miał się znęcać. Został aresztowany dopiero w 2016 roku, czyli sześć lat po zgłoszeniu jego żony, po tym, jak do prokuratury trafiły pamiętniki jednej z córek małżeństwa. Pisała w nich między innymi, że razem z tatą chcieli zabić mamę, żeby pojawiła się nowa mama. Oprócz procesu przeciwko mężczyźnie, po artykule w „Dużym Formacie” wpłynął też wniosek o wszczęcie śledztwa karnego przeciwko kuratorom odpowiedzialnym za zaniedbania w tej sprawie.

Pamiętniki córek małżeństwa obnażyły całą prawdę. "Mama jadła i piła jak pies"

W notatkach dzieci znaleziono zapisy mówiące o tym, że ich mama jadła i piła jak pies – z miski. Dziewczynki były też zmuszane do bicia kobiety – tak, aby umarła, jak instruował ich tata. Prokurator Anna Braun miała osobisty kontakt z pokrzywdzoną i relacjonowała w rozmowie z mediami, że ona nadal przeżywała wszystkie te traumatyczne wydarzenia, które ją spotkały. - Dla mnie to jest obciążające, a co dopiero dla tej kobiety. To, co ona czuje, jest niewyobrażalne – podkreślała prokurator, której zdaniem żadna kara nie naprawi szkody wyrządzonej ofierze.

Śledczy ustalili, że Mariusz miał znęcać się nad żoną od 2006 roku, a w styczniu 2009 roku uwięził ją w piwnicy, gdzie przebywała niemal do końca grudnia 2010. Jej koszmar trwałby nadal, gdyby sama nie uciekła i nie zawiadomiła najbliższych oraz służb. W osobnym śledztwie Prokuratura Rejonowa w Gdyni ustaliła personalia osób, które oprócz męża miały dopuszczać się przestępstw przeciwko kobiecie. Zebrany materiał dowodowy pozwolił prokuratorom oskarżyć w tej sprawie jednak tylko dwie osoby, dwóch braci Mariusza – Andrzeja i Mariana. Żaden z mężczyzn, w tym mąż Mariusz, nie przyznał się do winy.

Proces głównego oskarżonego w tej sprawie zakończył się w czerwcu 2017 roku. Sędzia Marta Urbańska, która ogłaszała wymiar kary, relacjonowała że żona mężczyzny została uwięziona w zimnej, ciemnej piwnicy, w której była pozbawiona możliwości dbania o higienę osobistą, załatwiania swoich potrzeb fizjologicznych w godnych warunkach. - Była głodzona, zmuszana do spożywania posiłków ze związanymi rękami w pozycji klęczącej, a posiłki te były przygotowywane w sposób urągający godności człowieka – wyliczała sędzia.

To wtedy ujawniono, że pokrzywdzona była zmuszana między innymi do jedzenia chleba zmieszanego z wodą i nasieniem oskarżonego, a jedzenie to podawał jej w metalowej misce. Do uwięzienia Ewy doszło, gdy młodsza z córek pary ukończyła pierwszy rok życia. Oskarżony uznał wtedy, że sam poradzi sobie z opieką, bo pomoc nie jest mu już aż tak potrzebna. Druga córka miała wtedy nieco ponad dwa lata. Ją też miał molestować, o czym przypominał sąd.

Śmiesznie niskie wyroki. Mariusz S. nie dostał dożywocia, mimo wniosków prokuratury

Bestialskie zachowania Mariusza nie zakończyły się wraz z odejściem Ewy, bo znalazł sobie wtedy nową ofiarę – kobietę z synem, którzy wprowadzili się do niego i nad którymi też miał się znęcać. Dziennik „Fakt” opisywał, że pani Agnieszka nie miała gdzie podziać się z dzieckiem i wtedy pod swój dach przygarnął ich oprawca. Na początku twierdziła, że go nie zna, potem okazało się, że mieszkała z nim aż sześć lat. - Denerwował się, jak za późno wracałam z pracy. Zdarzało się, że szarpał mnie za włosy, bił po głowie i wyzywał. Ale to tylko raz czy dwa... Wolę o tym zapomnieć, nie chcę już do tego wracać – mówiła w „Fakcie” wystraszona kobieta.

- Okrutne zachowanie oskarżony wykazał nawet wobec psa, który wskutek jego działania powolnie konał, przywiązany do budy na sznurku, pozbawiony jedzenia i picia - mówiła sędzia.

Ostatecznie Mariusza S. w pierwszej instancji skazano na 25 lat więzienia. Uznano, że jest winny fizycznego i psychicznego znęcania się ze szczególnym okrucieństwem nad żoną, a także dwoma córkami. W przypadku braci mężczyzny, obrona wskazywała na okoliczności łagodzące, które zostały wzięte pod uwagę przez sąd. Były to brak wcześniejszych konfliktów z prawem oraz poprawne zachowanie w areszcie. Względem Mariana dodatkowo wskazano jego – tu cytat – „ułomności fizyczne, takie jak karłowatość” oraz to, że jako jedyny czasem litował się nad kobietą. W ich przypadku wyroki były następujące: 12 i pół roku więzienia dla Andrzeja S. oraz 12 lat więzienia dla Mariana S.

I choć prokuratura domagała się podwyższenia kary dla oprawców Ewy, a Mariusz S. powinien jej zdaniem wylądować na dożywociu, to wszystkie trzy wyroki, dla głównego oskarżonego i jego braci, zostały podtrzymane w grudniu 2017 roku przez Sąd Apelacyjny w Gdańsku. Oprócz kary więzienia, Andrzej został zobligowany do zapłacenia pokrzywdzonej nawiązki w wysokości 20 tysięcy złotych, natomiast Marian – 10 tysięcy. Podkreślono również, że warunkowe zwolnienie nie może mieć miejsca wcześniej niż po 3/4 okresu odbycia kary. Skazani mają również zakaz kontaktowania się z pokrzywdzoną i jej dziećmi oraz zakaz zbliżania się do nich na odległość mniejszą niż 200 metrów.

Sprawa pani Ewy do dziś uznawana jest za jedną z najbardziej przerażających zbrodni w Polsce.

Sonda
Czy wyrok w sprawie Mariusza S., który więził i krzywdził żonę oraz córki, jest sprawiedliwy?
Matka i dwoje dzieci ciężko ranni | Pokój Zbrodni

Player otwiera się w nowej karcie przeglądarki