Jonasz S. miał 20 lat, kiedy dopuścił się tego makabrycznego czynu. W przeszłości uchodził za dobrego i pogodnego ucznia. Był blondynem o twarzy dziecka, urocza buzia i niepozorna postura stały się wraz z upływem lat przyczyną jego rosnącej frustracji. Chłopak, a raczej młody mężczyzna, chciał być bowiem traktowany poważniej. Zadowolony był przynajmniej z wysokiego wzrostu, którym obdarzyła go natura, a pozostałe niedociągnięcia, jak je nazywał, maskował mrocznym ubiorem. Ciężkie buty, glany, do tego czarne ubrania, szerokie spodnie. Uczęszczał do jednego z prywatnych liceów w Wyszkowie, gdzie różne krążyły na jego temat opinie. Dyrektorka placówki zarzekała się, że był dobrym i uczynnym uczniem, pogodnym, o którym nie można powiedzieć złego słowa. Ale niektórym rówieśnikom potrafił zajść za skórę. Stał się na przykład prowodyrem awantury, gdy na rękawie bluzy umieścił naszywkę "Jezus zabije twego idola". Oderwał ją dopiero po interwencji kolegów. To zdarzenie tylko potęgowało plotki, że może być ateistą, choć z drugiej strony widywano go w kościele: raz grywał tam na gitarze, innym razem pomagał w organizowaniu wizyty biskupa. Był pełen sprzeczności.
Jak zwykły chłopak stał się mordercą. Jonasz S. wyglądał niewinne, jednak skrywał w sobie potwora
Zdarzało mu się opuszczać lekcje, ale generalnie przykładał się do nauki. Miał studiować w Warszawie, zostać oficerem pożarnictwa. Z medialnych doniesień wynika, że udało mu się nawet zdać egzaminy, ale na uczelni się nie pojawiał. Nie złożył ślubowania, nie odebrał dokumentów, więc został skreślony z listy studentów po pierwszym semestrze.
Poznaj więcej historii: Pokój Zbrodni
Jonasz S. był synem znanej w Wyszkowie dziennikarki lokalnej gazety. Kobieta była kochająca i opiekuńcza, ale jednocześnie nie przymykała oczu na szkolne wybryki syna. Dyrektorka liceum opowiadała, że nie usprawiedliwiała jego ucieczek z lekcji, nie kryła chłopaka. Próbowała wyprowadzić go na prostą, świadomie lub nie zainteresowała go nawet dziennikarskim fachem, a konkretniej pracą fotoreportera. W prasie wydrukowano nawet zdjęcia autorstwa Jonasza, bo parał się fotografią, umieszczał też najlepsze z nich w internecie i pękał z dumy, zdając sobie sprawę z tego, że oglądają je inni ludzie. Radość nie trwała jednak długo.
Pierwsze pękniecie w życiu chłopca pojawiło się, kiedy zainteresował się nową uczennicą w szkole, Dagmarą. Uczniowie relacjonowali, że Jonasz zakochał się w niej bez opamiętania. W przeszłości często był widywany w towarzystwie dziewcząt, nawet częściej niż kolegów, bo wolał żeńskie środowisko. Relacja z Dagmarą miała jednak podkopać jego psychikę. Dziewczyna była zaborcza, zazdrosna, odcięła go od pozostałych znajomych, robiła awantury. Wielokrotnie z nim zrywała, pozostawiając w rozpaczy, by za chwilę wrócić i ponownie wywołać uśmiech na twarzy. Emocjonalny rollercoaster. Po dwóch latach zostawiła go na dobre, a on to rozstanie bardzo przeżył. W tej historii jest też druga strona, mówiąca o tym, że to Jonasz wciągał Dagmarę w swój mroczny świat. Najsprawiedliwiej będzie powiedzieć, że oboje w jakiś sposób wyrządzali sobie nawzajem krzywdę.
W niedzielę, 15 lutego 2009 roku, Jonasz niespodziewanie chwycił za telefon komórkowy i wykręcił numer do agencji towarzyskiej. Poprosił o usługę sado-maso i takową mu załatwiono. Do wynajętego mieszkania w Warszawie, gdzie 20-letni wówczas Jonasz miał spełniać marzenia o studiach, przyszła Barbara Z., kobieta w średnim wieku. Miała nieco ponad 40 lat, ale była atrakcyjna: szczupła, zgrabna. Różnica wieku była jednak mocno odczuwalna. W toku śledztwa zastanawiano się, czemu Jonasz nie poprosił o kogoś młodszego… Może tylko Barbara Z. była dostępna, a może z jakichś powodów chłopak chciał właśnie starszą kobietę.
Prostytutkę do klienta przywiózł znajomy taksówkarz. W tych kręgach niektórzy z nich pełnią równocześnie rolę ochroniarzy pracownic. Mężczyzna miał poczekać, aż ta skończy, a potem ją odwieźć, ale jej nieobecność się wydłużała. W końcu zaczął do niej dzwonić, lecz telefon milczał. Na jego nawoływania czy pukanie do drzwi nikt nie odpowiadał. Wtedy zaniepokojony taksówkarz pojechał na komisariat przy ulicy Dzielnej i poprosił policjantów o pomoc. Miał złe przeczucia, które – jak się później okazało – nie myliły go.
Funkcjonariusze najpierw próbowali wejść do mieszkania „po dobroci”. Pukali, krzyczeli, ale nikt nie otwierał drzwi, mimo że ci słyszeli dobiegające z wnętrza odgłosy. W końcu weszli do mieszkania przez okno. Kiedy Jonasz ich zauważył, zaczął uciekać. Daleko jednak nie dobiegł, ponieważ wpadł tuż przed blokiem – schwytali go czekający tam pozostali policjanci.
Makabryczny widok, który policjantom śnił się po nocach. "Związał ją metalowym łańcuchem i rozczłonkował"
W łazience mieszkania, która była całkowicie zalana krwią, ujawniono zwłoki kobiety, a przynajmniej to, co z nich zostało. Barbara Z. leżała w wannie, związana metalowym łańcuchem, wcześniej uduszona, a potem rozczłonkowana. Sprawca obciął jej ręce i nogi, rozciął brzuch, wyjął część wnętrzności. Na sam widok mundurowym robiło się niedobrze. - To jedna z najbardziej brutalnych zbrodni, z jaką spotkałem się w karierze – mówiło później kilku z nich. Gdy ciało Barbary Z. oddano do sekcji zwłok, brakowało niektórych jej organów, które sprawca najprawdopodobniej wyrzucił do kanalizacji. Nigdy nie zostały odnalezione.
Zobacz galerię zdjęć. Dalsza część materiału znajduje się pod nią.
Podczas przesłuchania Jonasz powiedział śledczym, że zamówił kobietę z agencji towarzyskiej „dla żartu”. Nie potrafił wyjaśnić, jak doszło do zbrodni. Dziennikarka Barbara Pietkiewicz, wielka postać polskiego reportażu, w tekście na łamach „Polityki” z 2009 roku doszukiwała się wraz z ekspertami w zachowaniu 20-latka chęci udowodnienia swojej męskości i siły. Jonasz mógł chcieć przestać być niewidzialny, na uboczu, odpychany przez środowisko, w którym się obracał. Uroczy, delikatny, niepozorny – te cechy coraz bardziej mogły go uwierać. Zamówił usługę sado-maso, stosunek dominacji. Przygotował łańcuch, chciał pokazać swoją wyższość. Wszystko układało się w jedną całość.
Czytaj także: Michał Łysek był nadzieją polskiej nauki, 15-latkowie zatłukli go kijem bejsbolowym. Nie przeżył
A może był chory psychicznie? Nastąpił nagły wybuch choroby? - zastanawiała się autorka reportażu. Biegli tego nie potwierdzili. Wykluczono też działanie alkoholu czy narkotyków. Profesor Józef Krzysztof Gierowski, psycholog i specjalista w zakresie motywacji sprawców zabójstw, stawiał początkowo hipotezę mówiącą o morderstwie na tle erotyczno-seksualnym.
Już podczas pierwszego przesłuchania Jonasz S. przyznał się do zabójstwa. Jak ustalił wtedy „Super Express”, chłopak zaplanował zbrodnię, mimo że wcześniej spekulowano, że doszło do niej „przez przypadek”, w afekcie – że 20-latek dał się ponieść sadystycznym fantazjom. Ale dziennikarskie śledztwo temu zaprzeczyło. Jonasz miał dowiedzieć się, że przed nim mieszkanie przy Chłodnej wynajmował mężczyzna notowany przez policję − niejaki Kamil. To właśnie jego imieniem przedstawił się Jonasz, umawiając się z 41-letnią prostytutką. Widocznie na niego chciał zrzucić winę za popełnioną zbrodnię.
Sąd bez litości dla sprawcy. Jonasz S. nigdy już nie wyjdzie z więzienia
Mundurowi wyliczali, że młody mężczyzna był dobrze przygotowany. Zaopatrzył się w metalowy łańcuch, dwa ostre noże, które zostawił obok ciała. W sprawie ciągle przewijało się tylko pytanie: dlaczego to zrobił? – Jonasz nie jest z tych zabójców na tle seksualnym, dla których czyn, jak się o tym czyta w literaturze, jest powtarzającym się sposobem zachowania. Należy do tych, dla których zabójstwo zaspokaja bardziej potrzeby psychiczne: dominacji, podkreślenia swej wartości i znaczenia; mniej jest związane z zaspokajaniem popędu seksualnego – wskazywał profesor Józef Krzysztof Gierowski w publikacji „Polityki”.
Podczas procesu Jonasz S. próbował umniejszyć swojej winie. Tłumaczył, że kobieta niespodziewanie straciła w mieszkaniu przytomność, a on chciał najpierw jej pomóc. Dopiero potem spanikował i próbować ukryć zwłoki, dlatego przystąpił do ich rozczłonkowania. Ku zaskoczeniu wielu środowisk, Sąd Okręgowy w Warszawie wziął tę linię obrony pod uwagę, stąd dosyć niski wyrok, który zapadł w 2010 roku – a było to 15 lat więzienia.
Zobacz również: Przez 8 dni więzili i grupowo wykorzystywali Monikę. Wkładali w nią kij od szczotki! 26-latka nie żyje
Ale rodzina zamordowanej nie dała za wygraną. Wraz z prokuraturą wniesiono apelację, którą rozpatrywał sąd kolejnej instancji. Wskazano, że w poprzednich ustaleniach poczyniono wiele poważnych błędów, które musiały zostać wyeliminowane przy ponownym rozpoznaniu sprawy. Nagle wyłączono też jawność procesu z uwagi na zbyt drastyczne szczegóły, które coraz częściej przenikały do mediów i uderzały w osoby związane ze stronami postępowania: czy to z ofiarą, czy młodym sprawcą zbrodni.
Sąd Apelacyjny w 2011 roku uznał, że Jonasz S. działał z pełną premedytacją, a wyrok pierwszej instancji jest zdecydowanie zbyt niski. Najnowsza decyzja była dla niego druzgocąca: dożywotnie więzienie. Co prawda od wyroku odwołała się tym razem obrona, ale Sąd Najwyższy ostatecznie oddalił kasację. - Nie ma racjonalnych powodów do uznania zasadności tej skargi – mówiła dwa lata później sędzia Małgorzata Gierszon, uzasadniając podtrzymanie dożywocia. – To jest sprawiedliwy wyrok – dodawali wówczas jeszcze córka i syn zamordowanej Barbary Z.
W prawomocnym wyroku zastrzeżono, że Jonasz S. będzie mógł ubierać się o warunkowe zwolnienie z więzienia najwcześniej po odsiedzeniu 25 lat, czyli około 2034 roku. Byłby wtedy w podobnym wieku, co Barbara Z., gdy pozbawiał ją życia – po czterdziestce, może niewiele starszy. Z uwagi jednak na wysoką szkodliwość czynu i druzgocące okoliczności sprawy, wizja przedwczesnego zwolnienia z więzienia wydaje się w jego przypadku mało prawdopodobna. To oznacza, że Jonasz S., zgodnie z zasądzoną karą, już nigdy nie wyjdzie zza krat.