Do wybuchu doszło w środę (26 sierpnia) w Gocławiu. W domu znajdowało się kilka osób, w tym dwoje dzieci. Karolina, jak relacjonuje jej teściowa, poszła na górę odpalić gaz. Elżbieta Mazak została na dole.
− Wszystko zaczęło się od tego, że synowa poszła na górę odpalić gaz. My mieszkaliśmy na dole, a oni, syn z rodziną, na górze − opowiadała reporterowi „Super Expressu”.
Chwilę przed tragedią do Elżbiety przyszedł wnuczek. Chciał skorzystać z toalety. Babcia nie mogła wtedy wiedzieć, że za moment w jej domu wydarzy się dramat.
− „Babciu, siku mi się chce” − powiedział. Odpowiedziałam mu: „Juluś, no to zrób siku”. Zrobił i poleciał z powrotem na górę − wspomina Elżbieta.
Kobieta zalała sobie kawę. Minęły dwie, może trzy minuty. Szła z kuchni do salonu. Wtedy nastąpiła eksplozja.
− Jezu, raptownie huk! Nie wiedziałam, co się dzieje. Ona musiała odpalić gaz i to wszystko poszło − relacjonuje teściowa Karoliny.
Siła wybuchu była ogromna. Drzwi wypadły z futryny i uderzyły panią Elżbietę. Kobieta próbowała dostać się na klatkę schodową, ale nie była w stanie odsunąć drzwi.
− Wyskoczyłam i zaczęłam krzyczeć: „Żyjecie?!”. Nie mogłam wejść na klatkę schodową, bo drzwi tak upadły, że nie mogłam ich odsunąć. Wybiegłam na dwór i krzyczałam: „Ratunku! Boże, ratunku!” − mówi.
Na pomoc ruszyli sąsiedzi. To oni wynieśli Karolinę z domu. Dzieci również znalazły się już na zewnątrz. Elżbieta chciała wezwać pogotowie, ale w tamtej chwili była tak zdenerwowana, że nie potrafiła wybrać numeru alarmowego. Karolina, mimo ciężkich obrażeń, była wtedy przytomna.
Karolina miała poparzone 50 procent ciała
W chwili wybuchu w domu nie było męża Elżbiety. Jak opowiada kobieta, był wtedy w pracy. Syn Karoliny, Adrian, wracał po nocnej zmianie.
− Jak przyjechał, to pytał: „Mamo, co tu się dzieje?”. Cały się trząsł, tak jak ja − mówi Elżbieta.
Na miejsce przyleciał śmigłowiec Lotniczego Pogotowia Ratunkowego. Ciężko ranna Karolina została przetransportowana do szpitala. Miała rozległe poparzenia.
− Ona chyba, jak tę butlę odkręciła, to się tego gazu zachłysnęła. Miała poparzone 50 proc. ciała. Ręce, nogi, plecy, pośladki, no i twarz. Poparzyła się też w środku − relacjonowała teściowa.
Lekarze określali jej stan jako krytyczny i ciężki. Jednocześnie dawali rodzinie nadzieję, że młody organizm może poradzić sobie z obrażeniami. Niestety, nie udało się jej uratować. Zmarła tydzień po wybuchu, 4 września. Miała 35 lat.
Z domu prawie nic nie zostało
Eksplozja zniszczyła rodzinny dom. Budynek wymaga teraz gruntownej odbudowy. Powiatowy inspektorat stwierdził, że trzeba go zburzyć, z możliwością pozostawienia jednej ściany od strony kotłowni, która nie została uszkodzona. Dzięki temu rodzina nie będzie musiała przygotowywać nowych planów i ponosić dodatkowych kosztów. Służby zabezpieczyły również butle gazowe do sprawdzenia. Ma to pomóc w ustaleniu bezpośredniej przyczyny tragedii.
Dla rodziny zniszczenie domu jest jednak tylko częścią dramatu. Największą stratą jest śmierć Karoliny. − Dom to dom, odbuduje się za rok, dwa, pięć. Ale jej życia nikt nie wróci − mówi teściowa zmarłej.
Emilka i Julek stracili mamę
Karolina zostawiła dwoje dzieci. Emilka ma sześć lat, a Julek osiem. To właśnie o nich Elżbieta mówi z największym bólem. − Tak mi tych wnuczków szkoda − mówi.
− Już tacy byliśmy szczęśliwi i zadowoleni, że mamy swój dom. A teraz spotkało nas to... − podsumowuje Elżbieta.