Na zadrzewionej, zarośniętej posesji w Ryczołku, w gminie Kałuszyn, według danych Wojewódzkiego Inspektoratu Ochrony Środowiska ujawniono tysiące pojemników z nieokreśloną, niebezpieczną substancją.
Już 11 lutego 2022 roku WIOŚ informował, że na terenie nieruchomości znajdowały się dwie hale namiotowe wypełnione mauserami i 220-litrowymi beczkami. Łącznie miało ich być około 6500. Choć wtedy pojemniki były szczelne, sprawa do dziś nie została rozwiązana.
Tysiące pojemników z niebezpieczną substancją
Mieszkańcy mówią wprost: czas się skończył. − To nie jest tak, że to może się wylać do wody. To od kilkunastu miesięcy to już się wlewa nam do wody i do gruntu. Żyjemy na tykającej bombie − mówi nam 24-letni Piotr Grabarek.
Rakotwórcze odpady zagrożeniem dla rzeki Witówki
Na protest przed Urzędem Wojewódzkim w Warszawie przyjechali nie tylko mieszkańcy, ale i samorządowcy. Radny Dariusz Mroczkowski z Kałuszyna nie ma wątpliwości, że zagrożenie jest ogromne. − Są tam odpady pochodzące z fabryk produkujących farby i lakiery. Być może nawet węglowodory aromatyczne, czyli te cykliczne, które są rakotwórcze − wylicza. Wskazuje też na położenie terenu. − To miejsce znajduje się na szczycie lokalnego wzniesienia, zbocza prowadzą w kierunku naszej rzeczki Witówki. Może to więc być skażenie na wielką skalę − ocenia skalę niebezpieczeństwa.
Starosta miński Remigiusz Górniak nie ukrywa, że sytuacja jest dramatyczna. − To jest, można powiedzieć, akt bezsilności z naszej strony. To bomba o ogromnym zasięgu rażenia. Jedno z największych tego typu składowisk nie tylko w Polsce, ale również w Europie − mówił do tłumu. I ostrzegał: − W przypadku gdyby coś stało się z tymi chemikaliami, a jest to 6500 ton skrajnie toksycznych substancji, zagrożone są setki tysięcy mieszkańców.
Mieszkańcy żądają działania, nie obietnic
Mieszkańcy nie chcą już słuchać obietnic. − Nie chcemy już gościć polityków na miejscu. Chcemy gościć specjalistyczny sprzęt, który wreszcie usunie to cholerstwo − grzmiał starosta, wskazując, że koszt utylizacji to ponad 70 milionów złotych. Ale dotąd brak formalnych decyzji o usunięciu. Petycja w tej sprawie trafiła do wojewody.
− Znamy sprawę doskonale, służby monitorują kwestię tego wysypiska. Burmistrz musi wydać decyzję administracyjną w sprawie tej działki, a wtedy zrobimy wszystko, żeby znaleźć te pieniądze. Dzisiaj nie mamy podstawy, żeby wydać te pieniądze – twierdzi wicewojewoda mazowiecki Robert Sitnik. Ale jak długo trzeba będzie jeszcze czekać, nikt nie wie.