Masz dla mnie temat, który warto nagłośnić? A może sprawę, która wymaga mojej interwencji lub pomocy? Zachęcam do kontaktu! Czekam na wiadomości pod adresem: [email protected].
Warszawa ma coraz większy problem z dzikami i trudno już udawać, że jest inaczej. Zwierzęta, które jeszcze niedawno kojarzyły się przede wszystkim z lasem, dziś stały się częścią miejskiego krajobrazu. Pojawiają się w kolejnych dzielnicach. I są coraz bardziej odważniejsze. Podchodzą pod domy, osiedla, szkoły, a nawet place zabaw. Wchodzą na prywatne posesje, przeciskają się przez ogrodzenia. Szukają jedzenia przy śmietnikach, na trawnikach i w miejscach, gdzie ludzie zostawiają resztki żywności. A wraz z rosnącą liczbą spotkań rośnie również liczba sytuacji niebezpiecznych.
− Skala problemu jest bezdyskusyjna i nie można jej już traktować jako incydentalnego zjawiska − mówi Eugeniusz Grzeszczak, Łowczy Krajowy Polskiego Związku Łowieckiego i jak dodaje, rosnąca liczba interwencji pokazuje, że obecność dzików w Warszawie stała się realnym problemem związanym przede wszystkim z bezpieczeństwem mieszkańców.
Z 423 zgłoszeń do 14,5 tysiąca
Liczby pokazują, jak szybko sytuacja się zmieniła. W 2020 roku w Warszawie odnotowano 423 zgłoszenia dotyczące pojawienia się dzików. Trzy lata później było ich już ponad 4700. W tym roku, do końca lipca, liczba zgłoszeń sięgnęła blisko 14500. To ogromna różnica w ciągu zaledwie kilku lat. Jednocześnie przedstawiciele PZŁ wskazują, że nie chodzi wyłącznie o samą obecność zwierząt. Coraz większym problemem są sytuacje, w których dziki znajdują się bezpośrednio wśród ludzi i stwarzają zagrożenie.
− Jeżeli liczba zgłoszeń rośnie, a dziki coraz częściej pojawiają się w bezpośrednim sąsiedztwie szkół, przedszkoli, osiedli i ruchliwych ulic, to oznacza, że potrzebujemy skuteczniejszego i bardziej kompleksowego systemu działania − podkreśla Grzeszczak.
Do końca lipca tego roku w samej Warszawie według danych PZŁ zgłoszono blisko 160 ataków dzików na ludzi. Część z nich zakończyła się hospitalizacją. Jeden z najbardziej tragicznych przypadków wydarzył się na przełomie lutego i marca na Białołęce. Jak słyszymy od rzecznika prasowego PZŁ, kobieta została zaatakowana i poturbowana przez dzika. W stresie uciekła do taksówki, a całe zdarzenie doprowadziło do tego, że poroniła. Innym razem, w Lany Poniedziałek w Forcie Bema, dzik zaatakował mężczyznę. Zwierzę pocięło mu udo od zewnętrznej strony. − Gdyby trafił w tętnicę udową, mężczyzna wykrwawiłby się w ciągu 2-3 minut − mówi dalej Wacław Matysek, rzecznik prasowy Polskiego Związku Łowieckiego. I właśnie takie historie sprawiają, że dyskusja o dzikach przestaje być wyłącznie rozmową o przyrodzie. Coraz częściej jest rozmową o bezpieczeństwie.
„To nie jest oswojony piesek czy kotek”
Jednocześnie część mieszkańców wciąż traktuje dziki jak miejską atrakcję. W internecie można znaleźć nagrania ludzi, którzy podchodzą bardzo blisko zwierząt. Robią sobie z nimi zdjęcia.
− To niestety syndrom „mądrego Polaka po szkodzie”. Dopóki ktoś sam nie przekona się, że dzik może zaatakować, często ignoruje zagrożenie − mówi Matysek. Jak podkreśla, sam jako myśliwy, leśnik i przyrodnik z wykształcenia wielokrotnie uczulał ludzi, jak należy zachowywać się wobec dzikich zwierząt. − Pamiętajmy, to nie jest oswojony piesek czy kotek! To dzikie zwierzę i nigdy nie wiemy, jak zareaguje − zaznacza.
Rzecznik PZŁ w rozmowie z reporterem „Super Expressu” opowiada o sytuacji, którą sam widział na swoim osiedlu w Warszawie. Pojawiła się tam wataha dzików, a teren został otoczony taśmą z ostrzeżeniem. Mimo tego ludzie podchodzili do zwierząt i robili zdjęcia. Wśród dzików była locha, która utykała po potrąceniu przez samochód. Mogła być agresywna. Ludzie jednak nie reagowali na ostrzeżenia służb. Dopiero kiedy zwierzę podniosło się, zjeżyło i ruszyło w ich stronę, zaczęli się wycofywać.
− Widziałem też film z Trójmiasta, gdzie mężczyzna próbował karmić lochę, trzymając kromkę chleba w ustach. Skończyło się to dla niego tragicznie, bo locha, chwytając kromkę, wyrwała mu kawałek policzka − opowiada Matysek.
Wyszedł tylko wyrzucić śmieci
„Super Express” wielokrotnie opisywał historie ataków dzików w Warszawie. Jedna z nich wydarzyła się w lipcu bieżącego roku. Mieszkaniec został zaatatkowany przez dzika w Wawrze. Wyszedł około godz. 22.30 na teren swojej posesji, żeby wyrzucić śmieci. Kiedy zbliżył się do śmietnika, zobaczył znajdującego się w pobliżu dzika. Próbował przepędzić zwierzę. To był błąd. Dzik ruszył w jego stronę i ugryzł go w nogę. Na miejsce wezwano policję, ratowników medycznych i pracowników Lasów Miejskich. Ranny został przewieziony do szpitala, a dzik, który po ataku nadal przebywał w pobliżu posesji, został później uśpiony.
Warszawa jest dla dzika wielką stołówką
Dlaczego właściwie dziki tak dobrze czują się w mieście? Zdaniem rzecznika PZŁ powodów jest kilka.
− Po pierwsze, miasta się rozrastają i zajmują nisze ekologiczne, w których żyły dziki. Po drugie, możemy już mówić o wykształceniu się populacji dzików miejskich, które nie znają życia poza aglomeracją − tłumaczy Matysek.
Jak opowiada, w przeszłości, kiedy możliwe było odławianie dzików i wywożenie ich poza miasto, prowadzono eksperymenty. Zwierzęta kolczykowano, zakładano im obroże i wywożono 100-150 kilometrów dalej. Część z nich wracała, bo nie potrafiła funkcjonować w lesie.
Dziś miasto jest dla dzika wyjątkowo atrakcyjnym miejscem. − Dla dzika miasto to niewyczerpana stołówka − mówi Matysek. Niezabezpieczone kosze na śmieci, ludzie dokarmiający gołębie czy koty, kompostowniki na obrzeżach, gdzie trafia skoszona trawa i resztki obiadu, wszystko to przyciąga zwierzęta. Dochodzi do tego klimat. W mieście może być nawet o 10 stopni cieplej niż poza nim, co zwiększa komfort termiczny zwierząt. Jeśli więc dzik może znaleźć jedzenie, ma dobre warunki i nie musi pokonywać dużych odległości, żeby przeżyć, nic dziwnego, że coraz częściej pojawia się wśród ludzi.
Dlaczego nie można ich po prostu wywieźć?
W tym miejscu pojawia się jedno z najczęściej zadawanych pytań: skoro dziki są problemem w Warszawie, dlaczego nie odłowić ich i nie wywieźć do lasu? Odpowiedź jest prosta. Chodzi o afrykański pomór świń, czyli ASF.
Przepisy unijne i krajowe wprowadzone po pojawieniu się ASF w 2014 roku zakazują relokacji dzików. Głównie chodzi o ryzyko rozprzestrzeniania wirusa. Część dzików może być bezobjawowymi nosicielami, a ich wywóz na inny teren mógłby przenieść chorobę. Co ciekawe, dla człowieka ASF nie jest groźny, ale dla hodowców trzody chlewnej może być katastrofą. Pojawienie się wirusa oznacza konieczność utylizacji całego stada.
To właśnie dlatego rozwiązanie, które kiedyś było możliwe, dziś nie jest prostą odpowiedzią na problem. Dzika nie można po prostu złapać, wsadzić do samochodu i wypuścić kilkadziesiąt czy sto kilometrów od Warszawy.
− Obecne regulacje znacząco ograniczają możliwość przemieszczania odłowionych dzików, przez co relokacja zwierząt nie może być obecnie traktowana jako proste i powszechnie dostępne rozwiązanie − podkreśla Grzeszczak.
500 dzików rocznie. Przy 5-7 tysiącach to kropla w morzu
Jak więc wygląda redukcja populacji w Warszawie? Odłów z uśmierceniem lub odstrzał sanitarny obejmuje około 500 dzików rocznie. Tymczasem populację tych zwierząt w stolicy szacuje się na 5-7 tysięcy osobników. − To kropla w morzu − ocenia Matysek.
Do tego dochodzą koszty. Odłów, uśpienie i utylizacja jednego dzika kosztuje nawet 3000 złotych. W tej kwocie mieszczą się koszty pracy ekipy odławiającej, weterynarza i przekazania tuszy do zakładu utylizacyjnego.
„To już zagłada”. Głos oburzonych mieszkańców
W ciągu ostatniego 1,5 roku w Warszawie zabito prawie tysiąc dzików. Ta liczba wywołuje bardzo różne reakcje. W sieci pojawiają się np. bardzo emocjonalne komentarze mieszkańców, którzy nie zgadzają się na zabijanie dzików.
Jedna z mieszkanek Warszawy po marcowym zdarzeniu na Bemowie napisała wprost o „zagładzie” dzików. Opisywała, że na placu zabaw pojawiło się 12 młodych dzików i cztery lochy. Według jej relacji zwierzęta nie były agresywne, spokojnie przechodziły obok ludzi i szukały pożywienia. Kiedy ich obecność została zgłoszona służbom, zwierzęta zostały uśpione i uśmiercone. Mieszkanka nie kryła emocji. Pisała o „najwyższej karze” za to, że zwierzęta pojawiły się na placu zabaw i szukały jedzenia. Później pojechała na miejsce z kwiatami i tablicą upamiętniającą zabite zwierzęta. Jak opisywała, odchodząc widziała rodziny z dziećmi zatrzymujące się przy tym miejscu i czytające treść tablicy.
Plac zabaw zamienił się w miejsce uśmiercania dzików
„Super Express” ponownie pisał o dzikach jeszcze w kwietniu. Tuż po interwencjach na Bemowie i Mokotowie. Jak wtedy ustaliliśmy, kolejny odłóż i usypianie dzików ponownie odbyło się w przestrzeni publicznej, w miejscu widocznym dla przechodniów, w tym dzieci. Lasy Miejskie w odpowiedzi na pytanie „SE” tłumaczyły, że „w tym przypadku nie było możliwości bezpiecznego przepłoszenia zwierząt, bo w okolicy nie ma terenu zielonego, dlatego podjęliśmy decyzję o uśpieniu i uśmierceniu zwierząt”.
Ta informacja nie uspokoiła mieszkańców. W internecie pojawiły się zdjęcia i nagrania oraz komentarze osób, które zastanawiały się, czy rzeczywiście nie było innego rozwiązania.
Lasy Miejskie później przeprosiły mieszkańców za sytuację, w której zostali narażeni na widok usypiania dzików w przestrzeni publicznej. − Zdajemy sobie sprawę, że było to doświadczenie trudne i niepokojące − przekazały służby. Jednocześnie zapewniły, że bezpieczeństwo mieszkańców jest dla nich absolutnym priorytetem, a działania będą prowadzone z „należytą wrażliwością”, z poszanowaniem zarówno lokalnej społeczności, jak i dobrostanu dzikich zwierząt.
A antykoncepcja? „Na ten moment jest to nierealne”
Czy istnieje sposób na ograniczenie liczby dzików bez zabijania ich? Jednym z pomysłów, który pojawia się w dyskusji, jest antykoncepcja. Problem w tym, że obecnie trudno wyobrazić sobie jej praktyczne zastosowanie.
− Na ten moment jest to nierealne. Jak podać dzikowi środek antykoncepcyjny? Musielibyśmy każdego najpierw odłowić, a nie jesteśmy w stanie kontrolować, która sztuka już otrzymała dawkę, a która nie − tłumaczy Matysek. Jak dodaje, nie ma również sprawdzonych i dopuszczonych do użytku w Polsce preparatów, które można byłoby podawać dzikom w karmie.
To oznacza, że również antykoncepcja nie jest dziś rozwiązaniem, które można po prostu zastosować w Warszawie. Pozostają więc inne metody: ograniczenie dostępu do jedzenia, monitoring, płoszenie, edukacja mieszkańców oraz − w przypadkach, kiedy jest to konieczne i prawnie dopuszczalne − redukcja populacji.
Samo płoszenie nie wystarczy
Eugeniusz Grzeszczak podkreśla, że nie chodzi o jedno rozwiązanie ani o „walkę z dzikami”. Jego zdaniem potrzebna jest konsekwentna polityka zarządzania populacją dzików w mieście. Podstawą powinno być ograniczenie dostępności pokarmu. Chodzi o skuteczniejsze zabezpieczanie odpadów, egzekwowanie zakazu dokarmiania oraz zabezpieczanie terenów, na których zwierzęta znajdują łatwy dostęp do pożywienia.
− Warszawa sama wskazuje, że łatwy dostęp do pokarmu jest jednym z istotnych czynników przyciągających dziki do miasta − mówi Łowczy Krajowy.
Drugim elementem powinien być stały monitoring liczebności i rozmieszczenia populacji oraz szybkie reagowanie w miejscach, gdzie dziki stwarzają zagrożenie. Płoszenie może być jednym z narzędzi, ale nie rozwiązuje problemu.
− Doświadczenia Warszawy pokazują, że dziki szybko wracają w miejsca, w których mają dostęp do pożywienia. Dlatego samo płoszenie nie może być traktowane jako rozwiązanie problemu − podkreśla Grzeszczak. Innymi słowy: można dzika przepłoszyć z ulicy, ale jeśli kilka godzin później znajdzie tam pełny kosz ze śmieciami, bardzo możliwe, że wróci.
PZŁ: Trzeba mieć odwagę korzystać z prawa
PZŁ nie wyklucza również redukcji populacji. Grzeszczak zaznacza, że odstrzał czy odłów z uśmierceniem nie powinny być rozwiązaniem pierwszego wyboru.
− Nie mówię tego z satysfakcją, bo odstrzał czy odłów z uśmierceniem nie są rozwiązaniami, do których należy dążyć jako do pierwszego wyboru. Ale jeżeli mamy do czynienia z realnym zagrożeniem dla mieszkańców, musimy mieć odwagę korzystać z narzędzi, na które pozwala prawo − mówi.
Jednocześnie Łowczy Krajowy zwraca uwagę na ważną rzecz: Polski Związek Łowiecki nie zarządza populacją dzików w Warszawie, ponieważ teren miasta nie jest obwodem łowieckim. Za działania wobec dzików w przestrzeni miejskiej odpowiadają właściwe organy samorządowe, a w praktyce zadania te realizują wskazane przez miasto służby, przede wszystkim Lasy Miejskie.
„Nie można już traktować tego jako incydentu”
Czy państwo i samorząd przegrywają walkę z dzikami? Grzeszczak nie używa takiego określenia wprost, ale ocenia, że dotychczasowe działania nie przynoszą efektu adekwatnego do skali problemu.
− Jeżeli liczba zgłoszeń rośnie, a dziki coraz częściej pojawiają się w bezpośrednim sąsiedztwie szkół, przedszkoli, osiedli i ruchliwych ulic, to oznacza, że potrzebujemy skuteczniejszego i bardziej kompleksowego systemu działania − mówi.
Według PZŁ Warszawa potrzebuje długofalowego, opartego na danych systemu zarządzania populacją dzików, a nie działań podejmowanych dopiero wtedy, kiedy zwierzęta pojawią się na placu zabaw czy ruchliwej ulicy. Potrzebne jest połączenie monitoringu, ograniczenia dostępu do pokarmu, edukacji mieszkańców, odpowiedzialnego stosowania metod odstraszania oraz − tam, gdzie jest to konieczne i prawnie dopuszczalne − redukcji populacji.
− Najważniejsze jest jednak, abyśmy przestali udawać, że problem sam zniknie − mówi Grzeszczak.
− Dziki doskonale przystosowały się do życia w mieście. Jeżeli stworzyliśmy im tutaj łatwe warunki do zdobywania pokarmu i rozmnażania, musimy również stworzyć skuteczny system zarządzania ich populacją − dodaje.
Dziki to nie wszystko. W Warszawie pojawiły się też szopy
Problem z dzikimi zwierzętami w mieście może zresztą na tym się nie kończyć. W Warszawie pojawiły się już szopy pracze. Matysek widział nagranie z Żoliborza, na którym szop wspinał się po rynnie.
Zwierzę wygląda sympatycznie i może budzić skojarzenia z bajkami, ale − jak podkreśla rzecznik PZŁ − jest gatunkiem inwazyjnym i może być poważnym zagrożeniem dla rodzimej fauny. Szopy dziesiątkują populacje ptaków, płazów i gadów. Mogą również przenosić glistę szopią, pasożyta groźnego dla człowieka, który może prowadzić do śmierci.
To kolejny element tej historii. Miasta coraz częściej stają się miejscem, w którym spotykają się ludzie i dzikie zwierzęta. Część z nich korzysta z jedzenia zostawianego przez człowieka, część przyzwyczaja się do miejskich warunków, a część może stanowić realne zagrożenie dla ludzi albo rodzimej przyrody.
Najważniejsze: nie podchodźmy
Ale wróćmy jeszcze na chwilę do dzików. Co więc zrobić, kiedy podczas spaceru go zobaczymy? Rada jest prosta: nie podchodzić. Jeśli zwierzę pojawi się na naszej drodze, najlepiej spokojnie zmienić trasę, przejść na drugą stronę ulicy i dać mu przestrzeń. Dzik ma słaby wzrok, ale doskonały słuch i węch. Nie należy go dokarmiać ani próbować oswajać. Jeśli nauczy się, że człowiek oznacza jedzenie, będzie miał jeszcze większy powód, żeby do ludzi podchodzić.
Trzeba też trzymać psy na smyczy, szczególnie w parkach, lasach i w pobliżu zarośli. Pies może sprowokować dzika do ataku, a później schować się za właścicielem. Szczególną ostrożność należy zachować przy lochach z młodymi. Warchlaki mogą wyglądać niewinnie, ale w pobliżu znajduje się matka, która może potraktować człowieka jako zagrożenie dla swoich młodych.
− Nie podchodźmy. Nie dokarmiajmy. Trzymajmy psy na smyczy. Uczulajmy dzieci. Zabezpieczajmy odpady − apeluje Matysek.
Problem, którego nie da się zamieść pod dywan
Warszawa znalazła się więc w trudnym miejscu. Z jednej strony są mieszkańcy, którzy boją się o siebie, swoje dzieci i swoje psy. Są ludzie, którzy zostali zaatakowani. Są rodziny, które straciły zwierzęta. Są osoby, które coraz częściej rezygnują ze spacerów albo boją się, że na swojej drodze spotkają watahę.
Z drugiej strony są mieszkańcy, dla których zabijanie dzików jest nie do zaakceptowania. Szczególnie wtedy, gdy zwierzęta są uśmiercane w przestrzeni publicznej, a wszystko odbywa się na oczach przechodniów i dzieci. Są osoby, które uważają, że dziki po prostu próbują żyć, a problem powstał również dlatego, że człowiek stworzył im w mieście idealne warunki do zdobywania pożywienia.
Obie strony łączy jednak jedna rzecz: obecnej sytuacji nie da się dłużej ignorować. Liczby są bezlitosne. Przypomnijmy, z 423 zgłoszeń w 2020 roku do ponad 4700 trzy lata później i blisko 14,5 tys. tylko do końca lipca tego roku. Do tego blisko 160 ataków na ludzi. Około 500 redukowanych dzików rocznie przy szacowanej populacji 5-7 tysięcy osobników.
− Nie chodzi przy tym o jedno rozwiązanie czy o „walkę z dzikami”. Potrzebna jest konsekwentna polityka zarządzania populacją dzików w mieście − podkreśla po raz kolejny Grzeszczak.
I właśnie to jest dziś największym wyzwaniem. Nie ma prostego sposobu, żeby problem zniknął. Nie można po prostu wywieźć dzików do lasu. Nie ma sprawdzonej miejskiej antykoncepcji. Samo płoszenie nie wystarcza. Z kolei każda decyzja o uśmierceniu zwierząt wywołuje ogromne emocje.
Pozostaje więc system: mniej jedzenia dla dzików w mieście, lepiej zabezpieczone śmietniki, zakaz dokarmiania, monitoring, edukacja, odpowiednie odstraszanie i − w sytuacjach, kiedy jest to konieczne − redukcja populacji.
Bo dziki już nauczyły się Warszawy. Teraz Warszawa musi nauczyć się, jak żyć z dzikami.