Monika zabiła męża, a teraz udziela wywiadów. Twierdziła, że "sam się nadział". Akurat w serce!

2026-05-15 10:52

Monika P. zamordowała własnego męża, przekonując później w sądzie, że Janusz stracił równowagę i sam nadział się na nóż, akurat w okolice serca. Wnikliwe śledztwo wykazało, że życie małżeństwa nie było usłane różami, a kobieta wyliczała, że mężczyzna miał problemy z napojami procentowymi i hazardem, choć nie brakuje też głosów, że to ona była czarnym charakterem w tej relacji. Po latach od przestępstwa skazana zgodziła się na nowo opowiedzieć o tym, co się stało. – Wolałabym, żeby dzieci odwiedzały ojca w domu, a nie na cmentarzu – wyznała. Poznajcie szczegóły.

Pierwsze informacje dotyczące wydarzeń w jednym z mieszkań przy ulicy Ludwiki na warszawskiej Woli pojawiły się w 2020 roku. To wtedy, dokładnie 30 listopada, około godziny 16:00, mundurowi otrzymali zgłoszenie o awanturze w bloku. Na numer alarmowy zadzwoniła zdenerwowana kobieta, która przekazała, że na klatce schodowej leży mężczyzna z raną kłutą w okolicy serca. Znajdowały się przy nim dwie osoby, a jedna z nich, wyraźnie zdenerwowana, wołała: „Janek, nie umieraj”. Nadkomisarz Marta Sulowska, rzeczniczka wolskiej komendy policji, relacjonowała, że na miejscu funkcjonariusze faktycznie zastali leżącego na podłodze mężczyznę. Nie dawał żadnych oznak życia. – Od razu przystąpiono do resuscytacji, które potem przejęła załoga pogotowia ratunkowego. Niestety, mimo tego nie udało się uratować pokrzywdzonego – relacjonowała w mediach nadkomisarz Sulowska. Jednocześnie potwierdzono, że na miejscu zabezpieczono nóż, za pomocą którego ofiara została śmiertelnie ugodzona.

Pokłócili się o romans, o który Janusz oskarżał żonę. Wtedy Monika chwyciła za nóż

W ramach prowadzonych czynności, błyskawicznie aresztowano 43-letnią wówczas kobietę, Monikę P., prywatnie żonę zamordowanego, która stała się główną podejrzaną w sprawie o zabójstwo. Pracująca na Woli grupa dochodzeniowo-śledcza wraz z prokuratorem ustaliła wstępnie, że między kobietą a mężczyzną doszło do awantury, podczas której podejrzana chwyciła za nóż i ugodziła go w klatkę piersiową. Niedługo później Monika P. usłyszała zarzut zabójstwa.

Poznaj więcej historii: Pokój Zbrodni

- Śledczy wnioskowali o zastosowanie wobec niej środka zapobiegawczego w postaci tymczasowego aresztowania. Prokurator poparł ten wniosek i decyzją sądu kobieta trafiła do aresztu na trzy miesiące. Za czyn, o który jest podejrzewana, grozi kara nawet dożywotniego pozbawienia wolności – przekazywała rzeczniczka wolskiej komendy policji.

Z czasem w sprawie zaczęły pojawiać się nowe okoliczności zdarzenia. Sekcja zwłok wykazała, że Janusz P. zmarł w wyniku odniesionych obrażeń zadanych mu przez pchnięcie nożem. Rana była bardzo głęboka, ofiara miała uszkodzone między innymi serce i lewe płuco. Osobą, która wezwała pogotowie, była sąsiadka pokrzywdzonego, poproszona jednak osobiście przez Monikę P., podejrzewaną o zadanie śmiertelnego ciosu. 43-latka twierdziła, że nie chciała zabić męża: mieli pokłócić się o romans, w który zdaniem męża wdała się jego żona. W pewnym momencie mężczyzna chwycił za nóż, którym jego ukochana robiła wcześniej kanapki, i sam wbił go sobie w serce. – Skoro ja nie mogę cię mieć, to żaden inny mężczyzna nie będzie cię miał – miał powiedzieć w swoich ostatnich słowach. Ale ta wersja wydarzeń nie miała sensu: nawet biorąc pod uwagę rzekomo ostatnie zdanie wypowiedziane przez ofiarę. Przecież odebranie własnego życia nie sprawiłoby, że „nikt nie będzie miał jego żony”, wręcz przeciwnie. Widać było, że Monika P. nie przemyślała tego, co powie funkcjonariuszom po tragicznych wydarzeniach. W notatce zapisano ponadto, że była roztrzęsiona i zapłakana. W momencie zatrzymania wykryto też u niej około promil alkoholu we krwi.

W toku prowadzonego śledztwa, które przypadło Prokuraturze Rejonowej Warszawa-Wola, przesłuchano wielu świadków, w tym rodzinę pokrzywdzonego oraz sąsiadów z bloku. Ustalono, że konflikt między małżonkami trwał co najmniej od kilkunastu miesięcy. Zdaniem bliskich, źródło napiętej atmosfery leżały w problemach finansowych pary, ale do kłótni przyczynił się też – w istocie – romans, o który mąż podejrzewał żonę. Co ciekawe, w przeszłości wielokrotnie o interwencję w związku z zachowaniem rodziców prosiły ich nastoletnie córki. Bezskutecznie.

Weekend spędziła u kochanka, potem wróciła do domu. Mąż zdążył wymienić zamki, wybuchła awantura

Mundurowi, odtwarzając wydarzenia z feralnego dnia, ujawnili że 30 listopada 2020 roku Monika P. wróciła do domu nad ranem. Weekend miała spędzić u nowego partnera, kochanka. Nie mogła się jednak dostać do mieszkania, ponieważ zostały w nim wymienione zamki. Zaczęła pukać, dobijać się, aż w końcu mąż jej otworzył. Przez dwie godziny trwała między nimi wielka awantura, którą dało się słyszeć na klatce schodowej. Córki małżeństwa nie były jej świadkami, ponieważ przebywały w tym czasie poza domem.

Czytaj także:  Policjantka Sylwia wywiozła syna do lasu i zastrzeliła go z broni służbowej. "Kochała Wiktorka"

- Gdy Monika P. zasnęła, mąż miał zamknąć ją w domu i wyjść. 44-latka groziła mu telefonicznie, że odkręci gaz i wysadzi mieszkanie w powietrze, jeżeli jej nie wypuści. Janusz P. poprosił więc sąsiada, by zamknął dopływ gazu na klatce schodowej, i wrócił do domu wczesnym popołudniem. Małżonkowie kontynuowali kłótnię, Janusz P. nakazał żonie spakować rzeczy i wyprowadzić się – relacjonowali dziennikarze TVN-u w tamtym okresie.

Z relacji Moniki P. wynika, że około godziny 15:00 otrzymała SMS-a od córki. Janusz, sądząc że to wiadomość od kochanka, miał wyrwać jej telefon z ręki, a następnie roztrzaskać komórkę o podłogę. Wtedy kobieta rzuciła się na niego, lecz mężczyzna był silniejszy: odepchnął ją. Upadła. Wtedy nastąpiła zmiana wersji wydarzeń, którą przedstawiła na początku śledztwa. Tym razem Monika P. zeznała, że to ona podniosła nóż, który leżał na ławie w salonie, chcąc mieć narzędzie do obrony przed rozwścieczonym Januszem. Chciała go tylko nastraszyć, nie zabić. Pokrzywdzony stracił jednak równowagę i sam nadział się na ostrze, akurat w okolice serca – tak twierdziła, czego nie dało się zweryfikować. Potwierdzono za to, że w amoku zdołał jeszcze wyjść z mieszkania, ale upadł na klatce schodowej. Monika P. miała kilkakrotnie do niego podbiegać, wróciła też po koc, którym próbowała uciskać krwawiącą ranę. Zawołała sąsiadkę, chciała ratować męża, była roztrzęsiona. Ta część zeznań zgadza się z tym, co mówili świadkowie. Później okazało się, że podobny przebieg zdarzenia zarejestrowany kamery monitoringu. Kobieta wydawała się mówić prawdę. Wygląda na to, że częściowo uwierzył jej również prokurator, ponieważ w zarzucie o dokonanie zabójstwa męża zamieszczono dopisek o „zamiarze ewentualnym”, a nie bezpośrednim. Stwierdzono, że podejrzana nie chciała zabić męża, lecz godząc go nożem w okolice serca musiała się z takim skutkiem liczyć. Równocześnie nie uwierzono w teorię o nieszczęśliwym wypadku czy w wersję, która mówiła, że pokrzywdzony sam nadział się na nóż.

Zobacz galerię zdjęć. Dalsza część materiału znajduje się pod nią.

Nie pierwszy atak. Wtedy Janusz przeżył i wybaczył żonie. Za drugim razem nie miał tyle szczęścia

W toku postępowania wyszło również na jaw, że Monika P. nie pierwszy raz zaatakowała ostrzem Janusza. Ustalono, że kilkanaście miesięcy wcześniej, w nocy z 30 na 31 sierpnia 2019 roku , pomiędzy małżonkami doszło do awantury. Sceny rozegrały się w kuchni, kiedy podejrzana przygotowywała kanapki, trzymając w dłoni długi kuchenny nóż. Co ciekawe, te faktyczne wydarzenia były podobne do fałszywej wersji wydarzeń z listopada 2020 roku, którą Monika P. jako pierwszą przedstawiła funkcjonariuszom. Tyle że w 2019 nie doszło do śmierci mężczyzny. Kobieta przyznała się, że mocno i nerwowo wymachiwała wtedy dłońmi, a Janusz P., chcąc zabrać jej nóż, złapał przypadkowo za ostrze i doznał przez to dotkliwych obrażeń. Prokuratura uznała, że oskarżona działała wówczas w zamiarze bezpośredniego spowodowania uszczerbku na zdrowiu i tak naprawdę świadomie zadała poszkodowanemu cios, przed którym ten obronił się dłonią. Na miejscu była policja oraz pogotowie, lecz Janusz P. odstąpił od złożenia zeznań obciążających żonę. Zrobił to po jej prośbach i błaganiach, zapewnieniach, że nic takiego już się nigdy nie powtórzy. Z perspektywy czasu wiemy, że uwierzenie Monice było błędem. Półtora roku później mężczyzna zginął – też od ciosu nożem.

Zobacz również:  Karolina utopiła córki w szambie. 6-letnią Tosię i 7-letnią Gabrysię znalazł ich tata. Wstrząsające

Podczas procesu sąd wziął pod uwagę okoliczności łagodzące w tej sprawie. Oskarżona twierdziła bowiem, że przez ostatni rok była ofiarą znęcania się przed męża, który miał nadużywać alkoholu, wpaść w hazard, i stosować wobec niej przemoc. Z drugiej strony nie brakowało głosów, że to ona była czarnym charakterem w tej relacji. Chciała odejść od Janusza, wdała się w romans, znalazła nawet nowego partnera, z którym chciała ułożyć sobie życie na nowo. On nie chciał się na to zgodzić – tak zeznawała. Finalnie, choć groziło jej dożywocie, otrzymała karę tylko 12 lat więzienia. Po latach od zbrodni kobieta zgodziła się zabrać głos. Zbyszek Nowak, autor książki pt. „Zabiłaś?”, spotkał się z nią w świetlicy oddziału zamkniętego więzienia Warszawa-Bemowo. Pytał o kulisy wydarzeń oraz o to, jak wyglądało życie skazanej przed tragedią. Dzięki temu mogliśmy poznać nieco więcej szczegółów oraz szerzą perspektywę z jej strony. To jedyne dostępne publiczne informacje, bo bliscy ofiary nie zdecydowali się zabrać głosu.

Monika z aresztu udziela wywiadów. Pojawiła się jako "bohaterka" książki i ujawniła nieznane kulisy

- To była bardzo smutna, czasem wręcz wzruszająca podróż, przez życie pani Moniki – powiedział Zbyszek Nowak w rozmowie z Piotrem Lisem, dziennikarzem „Super Expressu”. Kobieta przyznała, że przez długie lata jej wspólne życie z Januszem wyglądało zwyczajnie. Była z nim szczęśliwa przez 17 lat. Później jednak relacja zaczęła się pogarszać.

Sąsiedzi potwierdzali, że z mieszkania małżeństwa regularnie było słychać krzyki i awantury. Zdaniem kobiety, na tym się jednak nie kończyło: mąż miał stosować wobec niej przemoc. Inne głosy wskazywały, że ta agresja pojawiała się z obu stron. Feralnego dnia również, aż ona chwyciła za nóż. – Ja ze strachu to zrobiłam, chciałam, żeby się wystraszył, otworzył drzwi do mieszkania i wtedy bym uciekła – broniła się w rozmowie ze Zbyszkiem Nowakiem. Pokrzywdzony miał się na nią rzucić, by wyrwać ostrze, doszło do szamotaniny. – Jak trzymał mnie za rękę, ja odpychałam tę jego siłę. Jak w którymś momencie puścił, ręka poleciała. I trafiło – powiedziała skazana, bagatelizując swój udział w zbrodni, mimo że to ona w istocie zadała śmiertelny cios.

Zbyszek Nowak w rozmowie z dziennikarzem Piotrem Lisem ujawnił, że kobieta chętnie zgodziła się na rozmowę z nim, jakby chciała wykrzyczeć światu „swoją prawdę”. Jednocześnie nigdy podczas tego wywiadu nie wypierała się swojej winy, nie prowokowała do publikowania treści, które byłyby związane z jakąś jej niewinnością. Przyjęła winę i przyjęła karę. To, co najbardziej utkwiło autorowi książki w pamięci, to jedno wypowiedziane przez nią zdanie, które brzmiało: - „Zdecydowanie bardziej wolałabym, żeby moje dzieci odwiedzały ojca w domu, aniżeli na cmentarzu”. Podsumowała też, że bardzo żałuje tego, co przeżywają jej córki w związku z tymi wydarzeniami. – Nigdy się z tym nie pogodzę, że do tego doszło. Jak moje dzieci tam jeżdżą, na cmentarz, i mówią, że jadą do taty, to ja już mam dzień zepsuty – dodała.

Zgodnie z wyrokiem sądu, Monika P. ma opuścić więzienie w 2033 roku. Istnieje jednak możliwość złożenia wniosku i ubiegania się o warunkowe przedterminowe zwolnienie. Nie wiadomo jednak, czy sąd się na takowe zgodzi. Do tego czasu kobieta pozostaje za kratkami.

Sonda
Czy wierzysz w resocjalizację najgroźniejszych przestępców?
Pokój Zbrodni - Monika zabiła męża

Player otwiera się w nowej karcie przeglądarki