- Proces Łukasza Żaka zbliża się do końca. W poniedziałek strony wygłoszą mowy końcowe.
- Damian J. opisywał przed sądem chaos po wypadku i twierdził, że nie widział, kto prowadził volkswagena.
- Adam K. utrzymywał, że nie chciał pomagać sprawcy w ucieczce i działał pod wpływem ogromnego stresu.
Wypadek na Trasie Łazienkowskiej. Arteon pędził ponad 220 km/h
Proces trwa od czerwca 2025 roku. Na ławie oskarżonych, oprócz Łukasza Żaka, zasiadło jeszcze sześciu jego znajomych. Prokuratura zarzuca im m.in. pomoc w ucieczce sprawcy i zacieraniu śladów po tragedii. Według opinii biegłych volkswagen prowadzony przez Łukasza Żaka poruszał się z prędkością około 226 km/h, mimo że na tym odcinku obowiązywało ograniczenie do 80 km/h. Śledczy ustalili również, że kierowca miał być pod wpływem alkoholu i nagrywał swoją jazdę telefonem.
W wyniku zderzenia z fordem zginął 37-letni pasażer rodzinnego auta. Jego żona oraz dwoje małych dzieci odnieśli ciężkie obrażenia.
Nie wiedział, kto prowadził? "K...a, to nasi"
W poniedziałek przed sądem głos zabrał Damian J., który jechał drugim samochodem razem ze znajomymi oskarżonego. Przekonywał, że przed wyjazdem z klubu nie zwracał uwagi, kto usiadł za kierownicą volkswagena.
- Nie wiedziałem, kto jest kierowcą. Byliśmy rozłożeni na dwa samochody. Nasz samochód znajdował się z tyłu. Nie mam pojęcia, kto wsiadał do tamtego auta i kto był za kierownicą - zeznał. Jak tłumaczył, z samochodu, którym podróżował, nie widział samego momentu zderzenia.
- Dopiero kiedy dojechaliśmy na miejsce, zorientowaliśmy się, że to samochód, który znamy. Krzyknąłem: "K...a, to nasi". Dlatego się zatrzymaliśmy - powiedział na sali.
"Panował straszny chaos"
Damian J. opisywał, że na miejscu błyskawicznie zaczęli zatrzymywać się inni kierowcy.
- Samochodów zatrzymywało się dużo. Ludzie przechodzili przez barierki. Wszyscy próbowali zorientować się, co się dzieje. Panował straszny chaos. Nigdy wcześniej nie widziałem czegoś takiego na własne oczy - mówił. Twierdzi, że pierwsze pytania dotyczyły tego, czy ktoś wezwał już pomoc: - Krzyczeliśmy, czy służby są już wezwane. Jeden z mężczyzn powiedział, że jest na połączeniu i pomoc jedzie.
Jego telefon miał być rozładowany, dlatego sam nie mógł zadzwonić pod numer alarmowy, tłumaczył. Po dobiegnięciu do rozbitych samochodów szukał przede wszystkim swoich znajomych, a później interesował się losem rodziny jadącej fordem: - Ludzie mówili, że w środku są dzieci. Może zadziałał instynkt rodzicielski. Kilkukrotnie pytałem tylko o dzieci - powiedział. - Zdjąłem z siebie kamizelkę i przykryłem ją. Powiedziałem też, żeby jej nie przenosić, bo bałem się urazu kręgosłupa. Uważałem, że tyle mogłem zrobić. Zaprzeczył również, aby widział Łukasza Żaka wysiadającego z miejsca kierowcy.
Tak tłumaczy się Adam K.
Przed sądem głos zabrał także Adam K. Odniósł się do zeznań jednej ze świadków.
- Jeśli chodzi o zeznania Sary, że próbowałem sobie zapewnić alibi, jest to kłamstwo - powiedział. Dlaczego po wypadku zatrzymał się na stacji paliw? - Musiałem zjechać na stację, bo w samochodzie paliła się rezerwa. Zapewniał, że jego zachowanie nie było próbą pomocy sprawcy. - Nie miałem zamiaru świadomie pomagać komukolwiek. Byłem pod wpływem ekstremalnego stresu. Nigdy wcześniej nie widziałem takiego wypadku drogowego, w którym uczestniczyli moi znajomi. Nie było moim zamiarem pozostawić kogokolwiek bez pomocy ani pomagać komukolwiek w ucieczce.