„Pacjent był pobudzony, ale chodził o własnych siłach”
Jako pierwszy zeznawał 42-letni ratownik medyczny Andrzej S. To właśnie on udzielał pomocy jednej z osób po dramatycznym wypadku na Trasie Łazienkowskiej z września 2024 roku.
− Zastaliśmy pacjenta leżącego na pasie zieleni obok barierki. Nie pamiętał, co mu się stało. Był pobudzony i zdenerwowany, ale w bardzo dobrym stanie − mówił i podkreślał, że mężczyzna nie miał widocznych złamań i poruszał się samodzielnie.
− Pacjent mówił, że nie pamięta, czy potrącił go samochód − relacjonował dalej. Na karcie medycznej, która znalazła się w aktach sprawy, zapisano m.in. silne stłuczenie barku, ból brzucha lub biodra oraz prawego przedramienia.
„Było widać, że kręci”
Przed sądem zeznawał również drugi ratownik, 27-letni Filip S., który opowiadał o tym samym poszkodowanym. − Miał kilka zadrapań i otarć skóry. Obrażenia nie wskazywały na potrącenie przez samochód − zeznał.
Świadek przyznał, że od początku coś mu się w tej historii nie zgadzało. − To było dziwne, że ktoś o pierwszej czy drugiej w nocy przechodził przez Trasę Łazienkowską. Było widać, że pacjent kręci − mówił i jak podkreślał, doświadczenie zawodowe nauczyło go ostrożności wobec relacji osób nietrzeźwych.
− Pytaliśmy, czy brał udział w wypadku obok, ale nie chciał się do tego przyznać − dodał. Mężczyzna został przewieziona do Szpitala Czerniakowskiego.
Kluczowy świadek z restauracji
Największe emocje wywołały jednak odczytane zeznania 24-letniego Jakuba L., pracownika restauracji, gdzie przed wypadkiem miała się bawić grupa związana z Łukaszem Ż.
Mężczyzna zeznawał wcześniej, że obsługiwał całą strefę VIP i grupę pięciu osób. − Zamówili dwie butelki wódki i lemoniadę. Kieliszki mieli wszyscy, ale nie każdy pił alkohol. Potem sami sobie polewali. Później domówili jeszcze jedną butelkę wódki. Ktoś do nich jeszcze doszedł − przypomniano w sądzie.
Szczególną uwagę zwrócił jeden fragment. Chodziło o sposób nalewania alkoholu do kieliszków. − Nigdy nie dolewa się do pełna, zawsze mniej − mówił świadek. Co ciekawe, obrońca Łukasza Żaka poprosiła o dokładne zapisanie tego zdania w protokole rozprawy.
Obrona „walczy o promile”
Sprawa ilości alkoholu wypitego przez Łukasza Żaka jest jednym z kluczowych elementów procesu. Oskarżony po wypadku uciekł do Niemiec. Nie przebadano go alkomatem.
Wcześniej przed sądem zeznawał też biegły, który oszacował, że Żak mógł mieć od 1,1 do 1,4 promila alkoholu we krwi. Wyliczenia oparto m.in. na założeniu, że wypił osiem kieliszków wódki nalewanych „pod korek”.
Obrona próbowała jednak podważyć tę opinię. Adwokat argumentowała, że kieliszki były nalewane jedynie do połowy, a sam oskarżony ważył więcej niż przyjął biegły. Według alternatywnych wyliczeń obrony oskarżony mógł mieć około 0,7 promila alkoholu.
Uciekł po wypadku
Prokuratura zarzuca Łukaszowi Żakowi, że 15 września 2024 roku spowodował tragiczny wypadek przy al. Armii Ludowej w Warszawie. Zginął wtedy Rafał P., ciężko ranna została Ewelina P. Śledczy twierdzą, że oskarżony był pijany, miał sądowy zakaz prowadzenia pojazdów i po wypadku uciekł z miejsca zdarzenia. Za zarzucane mu czyny grozi od 5 do 30 lat więzienia.
Kolejna rozprawa została wyznaczona na 17 czerwca. Sąd planuje przesłuchać jeszcze biegłego i ostatniego świadka, a następnie przejść do mów końcowych.