Trudno znaleźć jakiekolwiek usprawiedliwienie dla zachowania 37-letniej Wiesławy P., ponieważ kobieta miała przebłyski człowieczeństwa: niechcianego syna chciała przecież na początku oddać do domu dziecka – i to zrobiła. Co się stało, że ostatecznie zmieniła zdanie i zabiła malucha? Czy rzeczywiście chciała go zabrać do domu, ale po drodze znowu to zdanie zmieniła? Czy może planowała zbrodnię od samego początku? Dramat zaczął się w połowie 2004 roku. Reporter „Super Expressu”, Andrzej Woźniak, opisywał że Wiesława P., pochodząca z Rudzienka w województwie mazowieckim, była ostatnich dniach ciąży, kiedy w trakcie załatwiania formalności w warszawskim banku poczuła, że zaczął się poród. Odeszły jej wody, pojawiły się skurcze. Wiedziała, że nie należy panikować i co konkretnie musi zrobić, bo nie była to dla niej pierwszyzna. Kobieta miała status tak zwanej wieloródki. Dotarła więc do najbliższego szpitala i tam urodziła ślicznego, zdrowego chłopca.
Lekarzy mocno zdziwiło jednak zachowanie Wiesławy. 37-latka jeszcze tego samego dnia postanowiła bowiem wypisać się z placówki na własne życzenie. Na porodówce zostawiła dziecko, nie chciała go, twierdziła że ma już za dużo potomstwa. Medycy potrzebowali oficjalnego oświadczenia o danej sytuacji, bo nie mogli działać tylko na podstawie słów kobiety, lecz dla Wiesławy nie był to żaden problem. Na piśmie zrzekła się praw rodzicielskich i wyraziła zgodę na adopcję malucha, wnosząc o umieszczenie syna w placówce opiekuńczej. Przed wyjściem nadała mu jeszcze imię: Paweł. I poszła. W toku śledztwa okazało się, że nie tylko „nadmiar dzieci” miał być powodem jej zaskakującego zachowania. Kobieta powiedziała też lekarzom, że w domu rodzinnym panują złe warunki materialne i nie może ona sobie pozwolić na kolejne maleństwo, a poza tym mąż i teściowie się nad nią znęcają. Nikt ze służb o takiej sytuacji wcześniej nie słyszał.
Pawełek trafił do domu dziecka, ale mama chciała go odzyskać. W drodze powrotnej do domu, udusiła synka
W międzyczasie Pawełek trafił do domu dziecka w Otwocku pod Warszawą, gdzie otoczono go szczególną opieką, oczywiście zaraz po tym, jak zdecydowano o wypisaniu chłopca ze szpitala. Był okazem zdrowia, nic nie wskazywało na żadne problemy. Przez najbliższe sześć tygodni, dokładnie 42 dni, zajmowały się nim liczne ciocie. Aż nagle w progu placówki stanęła Wiesława P., która postanowiła starać się o odzyskanie synka. „Super Express” relacjonował, że zapewniała o miłości do dziecka, że zmieniła zdanie i chce wychować Pawełka sama. Nie wiadomo, dlaczego z taką łatwością oddano jej malucha, ani jaka procedura do tego doprowadziła. Dziś wiemy już natomiast, że Wiesława po wyjściu z budynku z dzieckiem nigdy nie wróciła z nim do domu.
Poznaj więcej historii: Pokój Zbrodni
Przez kolejne dwa lata nikt nie wiedział, co stało się z Pawełkiem. Mimo nietypowych okoliczności najpierw oddania, a później odebrania syna z placówki opiekuńczej, nikt nie przeprowadził kontroli w miejscu zamieszkania Wiesławy. Ale jakim cudem nie zorientowali się domownicy, w tym mąż i teściowie kobiety? Przed sądem wszyscy świadkowie zarzekali się, że nie mieli pojęcia o ciąży 37-latki. I choć można by pomyśleć, że po prostu kłamią, to ich słowa znalazły również potwierdzenie w relacjach mieszkańców wioski. Oni także nie dostrzegli stanu błogosławionego podejrzanej. Miała celowo ubierać za duże ubrania, maskować brzuch, ukrywać ciążę. Nikomu do niczego się nie przyznała. 46-letni Sylwester P. oraz jego rodzice, Hanna i Józef P., którzy mieszkali z kobietą, zapewniali przed sądem, że o sprawie dowiedzieli się dopiero dwa lata po narodzinach chłopca. Tak jak wszyscy. Zbrodnia wyszła wówczas na jaw przez przypadek.
Był 2006 rok, okolice czerwca. Wiesława zaszła w kolejną ciążę, już po tym, jak urodziła Pawełka. A że historia lubi się powtarzać, tak i tutaj poród zaczął się, kiedy była poza domem – znajdowała się konkretnie w stolicy, w drodze do pracy. Wybrała ten sam warszawski szpital, w którym urodziła wcześniej syna. Tym razem na świat przyszła dziewczynka, której nadała imię Oliwia. Znów wypisała się też z placówki na żądanie. Dziennikarz Andrzej Woźniak precyzował, że w przypadku córeczki nie podpisała dokumentów adopcyjnych, po prostu wróciła do domu, jak gdyby nigdy nic. Dziecko potraktowano więc jako porzucone i umieszczono w tej samej placówce, do której na sześć tygodni trafił zaginiony Pawełek. Matka nigdy nie pojawiła się w ośrodku, nie odwiedziła córki, nie zmieniła również zdania i nie postanowiła jej stamtąd zabrać. Na szczęście – chciałoby się dodać, znając dziś losy jej synka. W późniejszych zeznaniach, gdy sprawa wyszła na jaw, Wiesława P. przyznała zresztą policjantom, że bała się samej siebie - tego, że zrobi Oliwii to samo, co Pawełkowi.
Zobacz galerię zdjęć. Dalsza część materiału znajduje się pod nią.
Intryga Wiesławy zaczęła się sypać, gdy oddała kolejne dziecko. Urzędnicy zorientowali się, że nie ma Pawełka
Z biegiem czasu znalazła się rodzina, która postanowiła przyjąć pod swój dach malutką dziewczynkę. Noworodek miał trafić pod ich opiekę, ale najpierw trzeba było dopiąć wszelkie procedury adopcyjne. To wtedy intryga Wiesławy zaczęła się sypać. Do Rudzienka, do domu rodziny, przyjechali urzędnicy, którzy prowadzili sprawę adopcji Oliwki. Musieli upewnić się, że 37-latka świadomie porzuciła dziecko w szpitalu i zrzeka się do niego praw. Ale coś było nie tak. Pracownicy rozglądali się bowiem po domu i nie dostrzegli nigdzie małego chłopca, który w momencie wizyty powinien mieć około dwa lata. Były za to inne dzieci: 7-letni Maciej, 14-letni Piotrek, 16-letni Wojtek oraz 18-letni Mariusz. – A gdzie jest Pawełek? – zapytała nagle jedna z urzędniczek. Atmosfera w pokoju zrobiła się tak gęsta, że można by ją kroić nożem. Pot spływał po czole Wiesławy, a miny pozostałych mieszkańców wskazywały na to, że są zaskoczeni. Zachowywali się tak, jakby nie wiedzieli, o kogo ta kobieta pyta, co wzmacniało późniejszą tezę, że nie wiedzieli ani o ciąży Wiesławy, ani o narodzinach kolejnego chłopca.
Czytaj także: Zakochał się w szkole, zabił w dorosłym życiu. Paweł S. zamordował Ewelinę. "Była jego nauczycielką"
Podejrzana nie potrafiła odpowiedzieć na pytania urzędników, więc ci byli zmuszeni zawiadomić policję. Sprawa trafiła następnie w ręce prokuratury w Mińsku Mazowieckim, która rozpoczęła śledztwo i postępowanie dotyczące zaginionego dziecka. Wiesława P. została aresztowana, stała się główną podejrzaną. Jej tłumaczenia od samego początku nie miały sensu, często zmieniała zresztą przedstawianą przez siebie wersję wydarzeń. Raz zeznała, że sprzedała Pawełka na ulicy, później twierdziła, że ktoś zabrał go do Ameryki. Pod naporem licznych przesłuchań wreszcie się jednak złamała i postanowiła opowiedzieć prawdę. 37-latka przyznała, że zamordowała syna, ponieważ miała już za dużo dzieci i nie mogła pozwolić sobie na kolejne. Dokładnie opisała przebieg zbrodni.
- W 2004 roku wróciła do ośrodka w Otwocku i zabrała ze sobą Pawełka. Jechała autobusem z chłopczykiem na rękach. Kierowcy kazała zatrzymać się w pobliżu szpitala w Międzylesiu. Weszła między drzewa, założyła dziecku na główkę reklamówkę i owinęła ją wokół ciała – relacjonował dziennikarz Andrzej Woźniak. – Pawełek wierzgał nóżkami, płakał, ale końcu przestał się ruszać – to z kolei słowa Wiesławy, które miały paść podczas przesłuchania.
Nigdy nie znaleziono zwłok chłopca. Dowody mogły zniszczyć dzikie zwierzęta, ale wyrok i tak zapadł
Zwłoki dziecka podejrzana włożyła do tej samej reklamówki, przy użyciu której udusiła malucha, a następnie wróciła do swojej wioski. Zachowywała się tak, jakby trzymała w ręce siatkę z zakupami, choć w rzeczywistości w środku znajdowało się bezwładne ciało niemowlęcia. Wiesława zakopała syna w pobliskim zagajniku, płytko, bo nie miała siły na głęboki dół. Wskazała nawet konkretne miejsce, lecz śledczym nigdy nie udało się odnaleźć zwłok. Ostatecznie podczas procesu przyjęto hipotezę, że szczątki wykopały i rozciągnęły po lesie dzikie zwierzęta.
- Zakopała nam wnusia, a głodne psy pewnie go zjadły. Nie możemy przeżyć tego, co zrobiła – mówiła zapłakana teściowa oskarżonej. – Ona ciągle narzekała, że ma za dużo dzieci. Córeczkę też by pewnie zabiła, gdyby ludzie się nie zainteresowali jej adopcją – dodawała mieszkanka Rudzienka, pani Stanisława, w rozmowie z „Super Expressem”.
Zobacz również: Matka udusiła 8-letniego Oskarka. Podała mu atropinę, przyłożyła kocyk do buzi. Zginął w 5 minut
Pozostaje pytanie, czy Wiesława P. faktycznie tak dobrze ukrywała ciążę? Poza tym, nie zachodzi się w nią bez udziału drugiej osoby. Skoro rodzina była wielodzietna i w trudnej sytuacji materialnej, to dlaczego nie stosowano antykoncepcji? Słusznie podnoszono też wątek urzędników, którzy przez długi czas nie zorientowali się, że Pawełek zniknął, mimo jasnych sygnałów z tego domu, że coś dzieje się w nim nie tak. Zastanawiające było też to, z jaką łatwością oddano matce syna po tym, jak ta zmieniła zdanie i postanowiła zabrać go z domu dziecka, choć wcześniej sama go tam oddała, zrzekając się praw. W mediach społecznościowych pojawiało się sporo głosów, że nie tylko podejrzana jest winna całej tej sytuacji. Przywoływano ponadto wątek słów Wiesławy do lekarzy, jakoby miała paść ofiarą znęcania się ze strony bliskich. Ten wątek nie został medialnie wyjaśniony. Być może część rzeczy wzięto jednak pod uwagę przy wydawaniu wyroku, ponieważ nie zdecydowano się na zastosowanie najwyższej kary. Mało tego, pierwotny wyrok zmniejszono nawet w późniejszym, ponownym procesie, nakazanym przez inną jednostkę sądu.
Najpierw decyzja zapadła bowiem w maju 2008 roku. Wtedy Sąd Okręgowy w Siedlcach uznał Wiesławę P. za winną zabójstwa syna i skazał ją na dwanaście lat pozbawienia wolności. Obrońca kobiety złożył odwołanie, a sąd apelacyjny w Lublinie uchylił wyrok i przekazał sprawę do ponownego rozpatrzenia. 22 czerwca 2012 roku Sąd Okręgowy w Siedlcach znowu uznał Wiesławę za winną, lecz zmniejszył wymiar kary. Kobieta została finalnie skazana na 10 lat więzienia. Dziś jest już na wolności.