Policjant zginął w wybuchu bomby na stacji w Warszawie. Jego żona niedawno zmarła

2019-04-14 9:20 md
Akcja pirotechników (zdjęcie ilustracyjne)
Autor: Marek Zieliński/ Super Express

24 kwietnia miną 23 lata od tragedii na stacji benzynowej przy Ostrobramskiej w Warszawie. Nieznani szantażyści podłożyli na tyłach myjni należącej do stacji około kilogramową bombę. Ładunek miał wybuchnąć, ale wyrządzić jak najmniej szkód. Okazało się jednak, że zepsuł się zapalnik i bomba eksplodowała w trakcie akcji policyjnej, zabijając pirotechnika Piotra Molaka. Mężczyzna osierocił dwie córki i żonę. Kobieta zmarła w 2018 roku po ciężkiej chorobie.

Pracownicy stacji zauważyli tajemniczą reklamówkę z pakunkiem około godziny 11. Lata '90 to były czasy, gdy przestępcy wymuszali haracze i straszyli przedsiębiorców, dlatego kierownictwo stacji zawiadomiło policję. Okazało się, że kilka dni wcześniej dyrekcja koncernu w Polsce otrzymała dwa anonimy, w których autorzy żądali miliona dolarów okupu.

Na miejscu bardzo szybko pojawili się antyterroryści i pirotechnicy. Na miejsce wezwano też eksperta Piotra Molaka, który tego dnia nie miał służby. Molak założył na siebie specjalny kombinezon, który ważył dziesiątki kilogramów i podszedł sprawdzić co znajdowało się w ładunku. Obecnie policja wykorzystuje do takich zadań roboty saperskie, ale w ostatniej dekadzie ubiegłego wieku ze względu na niedofinansowanie nie miała ich na wyposażeniu. Pierwsze prześwietlenie ładunku pokazało, że w środku prawdopodobnie znajduje się prawdziwy ładunek wybuchowy. Molak podjął trzy próby podejścia do reklamówki. Za trzecim razem nastąpiła eksplozja. Saper nawet nie dotknął ładunku, a eksplozja która nastąpiła była tak silna, że mężczyzna doznał szereg obrażeń i zmarł 2 godziny od wybuchu.

Bomba zawierała mieszankę  heksogenu i trotylu. Miała też zapalnik zegarowy, który prawdopodobnie wadliwie zadziałał i doprowadził do tragedii. Policja do tej pory nie odnalazła sprawców tego zamachu.

Zmarły policjant osierocił dwie córki i żonę. Rok po jego śmierci powołano Fundację Pomocy Wdowom i Sierotom po Poległych Policjantach. Zarejestrowanie Fundacji nastąpiło w dniu 13 listopada 1997r. w Sądzie Rejonowym dla Miasta Stołecznego Warszawy, a akt notarialny podpisał Komendant Główny Policji Marek Papała, który także został zabity.

- To była konieczność. W latach 90. było wiele takich zamachów jak ten na stacji benzynowej. Działały grupy przestępcze takie jak Wołomin, a policjanci ginęli z ich rąk. Gdy odchodził funkcjonariusz, koledzy chcieli pomóc jego rodzinie. Zbierali "do czapki", by pomóc tym często bardzo młodym wdowom, które nagle zostawały same z dziećmi i domem na utrzymaniu. W pewnym momencie mieliśmy dosyć takich zbiórek. Chcieliśmy lepiej się zorganizować. W ustawie o policji nie dało się nic zmienić, by poprawić sytuację rodzin osieroconych, by był ustalony tryb postępowania na wypadek śmierci policjanta i żadnych nowych zapisów wprowadzić się nie dało - mówi w rozmowie z wp.pl Katarzyna Puzyńska, autorka książki „Policjanci. Bez munduru”.

To prawdopodobnie najmniejsze mieszkanie w Warszawie! [WIDEO I ZDJĘCIA]

W działalność fundacji zaangażowała się żona zmarłego na stacji policjanta. Ona sama też przeżyła potem ciężką chorobę onkologiczną. Jej stan pogarszał się z dnia na dzień i potrzebne były transfuzje krwi grupy B Rh+. Wiele osób zaangażowało się w zbiórkę by jej pomóc. Joanna Molak zmarła pod koniec 2018 roku.

Niedawno pisaliśmy też o rocznicy wybuchu gazu w Rotundzie