„Tato, ratuj!”. To były ostatnie słowa 4-letniego Michałka. Dziecko przez 240 sekund umierało w lodowatej Wiśle

2026-01-19 12:48

Miał zaledwie cztery lata. Ufał bezgranicznie i do swojego oprawcy mówił „tato”. 19 stycznia 2001 roku mały Michałek wyszedł z przedszkola na warszawskiej Woli i już nigdy do niego nie wrócił. Jego tragiczna śmierć wstrząsnęła całą Polską. Przez lata opinia publiczna była przekonana, że za zbrodnią stała „wyrodna matka”. Dopiero po długich procesach sądy uznały, że prawda... była zupełnie inna. Po 25 latach wracamy do jednej z najbardziej wstrząsających spraw kryminalnych w historii kraju. Od pierwszych chwil dramatu aż po jego finał.

Był piątek, 19 stycznia 2001 roku. Około południa do przedszkola na warszawskiej Woli przyszedł 22-letni wtedy Robert K. razem ze swoim kolegą, 19-letnim Danielem S. Przez domofon Robert K. powiedział, że przyszedł odebrać Michałka z I grupy, najmłodszych dzieci. Opiekunka poznała go głos. Od kilku miesięcy widywała go w przedszkolu, gdy przychodził z Barbarą S., matką chłopca. Nie miała powodów do podejrzeń.

Gdy czteroletni Michałek zobaczył „tatusia”, bardzo się ucieszył. Rzucił mu się na szyję. Wyszedł z przedszkola spokojny i szczęśliwy. Nikt nie wiedział, że to ostatni raz, gdy widziano go żywego.

Tragiczny dzień na Woli. Zaginięcie Michałka

Robert K., Daniel S. i dziecko poszli na spacer. Kierunek był jeden: Wisła. Tam, nad lodowatą rzeką, doszło do zbrodni. Jak podawał portal natemat.pl, w chwili wrzucenia do wody Michałek krzyczał: „Tato, tato, co robisz?! Ratuj!”. Chłopiec miał na sobie kurtkę, która przez chwilę utrzymywała go na powierzchni. Lekarze podczas sekcji zwłok precyzyjnie wyliczyli, że dziecko umierało 240 sekund.

Tymczasem kilka godzin później, po południu, do tego samego przedszkola przyszła Barbara S. Towarzyszył jej Robert K. − ten sam mężczyzna, który wcześniej zabrał dziecko. Gdy kobieta usłyszała od przedszkolanek, że Michałek został już odebrany przez innego mężczyznę, wpadła w rozpacz. Robert K. nie przyznał się, że to on. Załamana matka natychmiast zgłosiła zaginięcie synka. Ruszyły poszukiwania.

Śledztwo i pierwsze aresztowania

Ich finał okazał się tragiczny. Następnego dnia o świcie, 20 stycznia 2001 roku, wędkarz łowiący ryby w okolicach mostu Grota-Roweckiego zauważył w Wiśle ciało dziecka. Zwłoki były skute lodem. Policja została natychmiast powiadomiona. Już wtedy podejrzewano, że doszło do zabójstwa. Sekcja zwłok wykazała, że przyczyną śmierci było utonięcie w lodowatej wodzie.

Śledczy rozpoczęli przesłuchania. Na komendę trafili wszyscy, którzy mogli mieć związek ze sprawą: 20-letnia matka chłopca Barbara S., biologiczny ojciec Michałka − 29-letni Piotr S., konkubent kobiety Robert K. oraz jego kolega Daniel S. Rodzice zostali zwolnieni, bowiem nie znaleziono dowodów, by mieli związek ze śmiercią dziecka. Robert K. i Daniel S. zaczęli jednak gubić się w zeznaniach. Zmieniali wersje wydarzeń, zaprzeczali, obarczali się nawzajem winą.

23 stycznia Robert K. przyznał się do utopienia czteroletniego Michałka. Twierdził, że zbrodni dokonał razem z Danielem S., ale, jak przekonywał, działali na zlecenie.

Od dawna mówiła, że chciałaby zrobić z nim porządek, żeby Michał jej nie zawadzał. Dla niej ważniejsza była zabawa niż dziecko − mówił śledczym, cytowany później przez onet.pl.

Proces i zmienne wyroki sądowe

Barbara S. stanowczo zaprzeczała. − Nigdy nie mówiłam o chęci pozbycia się syna! Nie rozważałam oddania Michasia do adopcji. On był dla mnie najważniejszy. Wolałabym sama zginąć − odpowiadała.

W mediach szybko pojawiła się kolejna hipoteza: polisa na życie. Okazało się, że Barbara S. wykupiła ubezpieczenie dla synka. W razie jego śmierci miała otrzymać 100 tys. zł. To wystarczyło, by opinia publiczna wydała wyrok. Kobietę zaczęto nazywać „wyrodną matką” i „dzieciobójczynią”. Razem z Robertem K. i Danielem S. trafiła do aresztu. Prokuratura domagała się dożywocia.

Proces ruszył pod koniec 2001 roku. 25 lutego 2002 roku zapadł pierwszy wyrok. Wszyscy zostali uznani za winnych morderstwa. Sąd uznał, że to Barbara S. była mózgiem zbrodni. Ona i Robert K. zostali skazani na 25 lat więzienia, Daniel S. na 15 lat. Gdy sędzia wypowiedziała słowo „winna”, matka Michałka osunęła się na ziemię. − Boże, ja nie jestem niczemu winna − szeptała. Chwilę później krzyczała: − Jezu! Nie wierzę w sprawiedliwość.

Uniewinnienie Barbary S. i ostateczne rozstrzygnięcia

Od wyroku złożono apelację. Sąd Apelacyjny uznał, że dowody obciążające Barbarę S. są niewystarczające. Zwrócono uwagę, że Robert K. wielokrotnie zmieniał wersje wydarzeń, a w pierwszych zeznaniach w ogóle nie obciążał matki dziecka. Sam przyznał później, że część winy zrzucił na Barbarę S. z obawy o własne życie i twierdził, że był bity podczas przesłuchań.

Sprawa wracała na wokandę jeszcze kilkukrotnie. Doszło do sytuacji bezprecedensowej − o uniewinnienie Barbary S. zawnioskowała sama prokuratura. Ostatecznie sąd uznał, że brak jest dowodów na to, by kobieta planowała lub zleciła zabójstwo. Została oczyszczona ze wszystkich zarzutów. Robert K. usłyszał ostateczny wyrok 25 lat więzienia, Daniel S. − 15 lat.

Prawdziwy motyw zbrodni i zadośćuczynienie

Najważniejsze pytanie pozostało jednak bez odpowiedzi przez długi czas: dlaczego zginął Michałek? Jak stwierdził Robert K., zabił dziecko z zazdrości. Nie mógł znieść tego, że Barbara S. rezygnowała ze spotkań z nim, by zajmować się synem. Uznał, że czterolatek jest przeszkodą w związku.

Barbara S. po uprawomocnieniu wyroku wystąpiła o zadośćuczynienie za 20 miesięcy niesłusznego aresztu. Otrzymała od Skarbu Państwa 110 tys. zł. Michałek został pochowany na Podlasiu.

Super Express Google News
Sonda
Jaka powinna być kara za zabójstwo?

Player otwiera się w nowej karcie przeglądarki