Spis treści
Zbrodnia na kampusie UW
Słoneczne popołudnie, 7 maja 2025 roku. Kampus Uniwersytetu Warszawskiego nagle przeszywa krzyk dochodzący sprzed budynku Auditorium Maximum. Zaciekawieni studenci wyglądają przez okna wychodzące na placyk.
Przed wejściem leży ranna kobieta, a obok niej - klęczy młody mężczyzna. Widok jest przerażający. Ręce i usta chłopaka są zbrukane krwią. Nieliczni świadkowie nie mają odwagi podejść, ktoś nagrywa zdarzenie.
Nadbiega Straż Uniwersytecka i funkcjonariusz SOP, który razem z ministrem Adamem Bodnarem tego dnia odwiedza uczelnię. To oni obezwładniają napastnika i czekają na przyjazd policji. Na pomoc kobiecie jest już za późno - nie żyje. Kampus obiega informacja, że doszło do ataku siekierą. Później w sieci pojawią się nagrania, na których widać zabójcę majstrującego przy brzuchu ofiary - "jakby jadł jej wnętrzności", komentują internauci. Panika rośnie.
Początkowo służby mówią tylko tyle, że doszło do "zdarzenia o charakterze kryminalnym". Wkrótce prokuratura dodaje, że zatrzymano 22-letniego obywatela Polski.
Student prawa zabił portierkę
W następnych dniach na jaw wyszły szczegóły zbrodni.
Ofiara to 53-letnia Małgorzata D.: portierka, wieloletnia pracownica uczelni, żona i mama trójki dzieci. Zawsze miła, uczynna, uśmiechnięta - tak mówili o niej współpracownicy i przyjaciele. Tuż przed śmiercią zamykała budynek Audytorium Maximum, niedługo miała kończyć pracę.
Pech sprawił, że na jej drodze stanął 22-letni Mieszko R., student drugiego roku prawa. Na kampus przyszedł z siekierą w plecaku. Nie znał osobiście pani Małgosi. Śledczy ustalili, że była przypadkową ofiarą. W jej obronie stanął strażnik uniwersytecki, pan Tomasz. On też dostał ciosy siekierą, ale przeżył. Ze szpitala wyszedł dopiero tydzień później.
Skryty, spokojny, siedział w pierwszym rzędzie
Co chodziło mu po głowie? Jakie miał problemy? O Mieszku wiadomo niewiele. Wszyscy mówią to samo: był wycofany z życia społecznego.
Znajomi z roku nie mieli o nim wiele do powiedzenia, bo właściwie z nikim nie rozmawiał. Przychodził na wykłady, siadał w pierwszym rzędzie, a po zajęciach wychodził bez słowa - tyle go widzieli.
Reporterzy "SE" ustalili, że chłopak pochodzi z Gdyni.
Tam mieszkał z rodzicami, wziętymi prawnikami, w apartamentowcu z całodobową ochroną. – Chłopak mi tu przemknął kiedyś w garażu. Spokojny, przygarbiony. Taki mól książkowy. Dłuższe włosy, kujonek – mówił jeden z sąsiadów.
Mieszko skończył prestiżowe III Liceum Ogólnokształcące Marynarki Wojennej RP. Szkoła cieszy się opinią "kuźni elit" – jej absolwenci to wykładowcy akademiccy, politycy, wojskowi i dziennikarze. Był zdolnym uczniem. Świetne świadectwo maturalne otworzyło mu drzwi na Uniwersytet Warszawski.
Po przyjeździe do stolicy zamieszkał po prawej stronie Wisły.
- Dziwny taki. Z wyglądu mi się nie podobał. Cichy, zamknięty w sobie. Nie widywałam go często, ale zawsze, gdy go widziałam, wchodził do mieszkania przez garaż – opowiada reporterom "SE" sąsiadka z Rembertowa.
Inni dodają: "Zawsze taki nieobecny, zamyślony, unikał kontaktu wzrokowego. „Dzień dobry” nie mówił". Po zbrodni na ścianie obok drzwi wejściowych do jego mieszkania pojawiły się obelżywe napisy.
"Chciał być drapieżnikiem"
Dwa dni po ataku został doprowadzony na salę sądową w kasku ochronnym. Przyznał się do winy i złożył obszerne wyjaśnienia. Szczegółowo opisał przebieg zabójstwa i motywy, które nim kierowały.
Najbardziej wstrząsające okazało się jego tłumaczenie: „Na świecie istnieją drapieżnicy i ofiary, i on chce się stać drapieżnikiem. I dopiero to, jak kogoś zabije, to w ten sposób będzie mógł stać się również drapieżnikiem” – wyjawił prokurator Kamil Kowalczyk.
Mieszko R. usłyszał zarzuty: zabójstwa, znieważenia zwłok, usiłowania zabójstwa strażnika i naruszenia nietykalności cielesnej funkcjonariusza podczas zatrzymania - ugryzł go w nogę. Został aresztowany.
Nikt nie miał wątpliwości, że potrzebna jest obserwacja psychiatryczna. Biegli psychiatrzy badali go od 1 września ubiegłego roku. 22-latek nigdy wcześniej nie wykazywał problemów psychicznych i nie był leczony. Badanie odbywało się w szpitalu psychiatrycznym w Jarosławiu w okolicy Rzeszowa. Opinia biegłych liczy 200 stron.
Nie wyjdzie na wolność?
W tym tygodniu prokuratorzy ujawnili: Mieszko R. jest ciężko chory i w chwili popełnienia zbrodni był całkowicie niepoczytalny. Działał w psychozie. - Pozostawanie podejrzanego na wolności z dużym prawdopodobieństwem grozi ponownym popełnieniem przez niego czynu zabronionego o znacznej społecznej szkodliwości, związanego z jego chorobą psychiczną. Aby temu zapobiec, wymaga on bezwzględnego pobytu i leczenia w zamkniętym zakładzie psychiatrycznym - poinformowała Prokuratura Okręgowa w Warszawie.
Prokuratura planuje umorzyć sprawę karną, strony postępowania mają jeszcze możliwość składania wniosków o uzupełnienie dokumentacji. Śledczy nie widzą podstaw do kwestionowania opinii, więc szanse na to, że decyzja ulegnie zmianie, są niewielkie. Ale ostateczną decyzję podejmie sąd.
W świetle tej opinii Mieszko R. nie trafi do więzienia, a do zakładu psychiatrycznego, gdzie czekać go będzie izolacja, całodobowa obserwacja i leczenie. Będzie to najprawdopodobniej specjalistyczny ośrodek w Starogardzie Gdańskim (woj. pomorskie) lub w Braniewie (woj. warmińsko-mazurskie).
Czy w tej sytuacji kiedykolwiek ma szanse wyjść na wolność? – Tak. Ale na ten moment nie wiemy kiedy. Prawo nie przewiduje minimalnego czasu leczenia. Jeśli trafi do zamkniętego zakładu psychiatrycznego, to co pół roku lekarze będą informować właściwy sąd o jego stanie zdrowia i dopóki sąd nie uzna, że jego pobyt na wolności nie będzie stanowić zagrożenia, to będzie w nim przebywać – mówił gazecie.pl prokurator Artur Folga z Prokuratury Okręgowej w Warszawie.
Biegli zasugerowali, że Mieszko R. powinien podlegać „długoterminowej, wyspecjalizowanej kontroli i ograniczenia ryzyka ponownego popełnienia ciężkiego przestępstwa przeciwko życiu”. A to może oznaczać umieszczenie w Krajowym Ośrodku Zapobiegania Zachowaniom Dyssocjalnym w Gostyninie.
Z tego „ośrodka dla bestii” raczej już się nie wychodzi. Tam się umiera.
Wśród pensjonariuszy Ośrodka znajdowali się m.in. Mariusz Trynkiewicz – zabójca czterech chłopców z Piotrkowa Trybunalskiego, zwany „Szatanem z Piotrkowa” (zm. 9 stycznia 2025), Henryk Kukuła – zabójca trzech chłopców i jednej dziewczynki, zwany „Monstrum z Chorzowa”, oraz Leszek Pękalski – nazywany „Wampirem z Bytowa”.
Po tej zbrodni uczelnie wyższe w Polsce wprowadziły dodatkowe zabezpieczenia i wyposażyły pracowników w dodatkowe środki ochrony osobistej.