Jakie towarzyszyły pani emocje przy wejściu do programu?
- Tak naprawdę dotarło to do mnie, jak tylko podeszłam do Barbary (śmiech). Kiedy ją usłyszałam, już wiedziałam, że jestem w programie. Dziewczęta, które przychodziły kolejno, były fajne, zgrabne, ale ja się tym nie przejmowałam.
Ekipę mieliście bardzo fajną.
- Dobraliśmy się od samego początku, właściwie od pierwszego wieczora. Usiedliśmy w altance, porozmawialiśmy - to był taki wieczorek zapoznawczy. Każdy z nas coś o sobie opowiedział, jednego wieczoru, potem drugiego. Praktycznie wszyscy się uzewnętrznili i poczuliśmy do siebie taką koleżeńską więź.
Była jedna osoba, która utrudniła pani życie.
- Barbara od samego początku zatruwała mi życie. Właściwie to miałam przez nią zatrute całe dziesięć dni. To była bardzo poważna sprawa. Towarzystwo się od nas odcięło, wszyscy zamykali się praktycznie na klucz w swoich pokojach. Gdy nie mieliśmy nagrań, zostawałam z nią sama w czterech ścianach. To była katorga.
Czy produkcja jakoś interweniowała?
- Produkcja z nią rozmawiała, było kilka takich rozmów. Zdarzały się też sytuacje, gdy wyciągali Barbarę z nagrań. Jedna bardzo poważna wynikła, kiedy siedzieliśmy w świetlicy i nagrywaliśmy nasze zwierzenia przy zdjęciach. Musieliśmy całkowicie przerwać nagranie, Barbara została odwołana na bok i jej tłumaczono. Wracała na salę ze zdwojoną siłą. Cokolwiek by nie robiła, wracała jak bumerang, z jeszcze większym powerem.
ZOBACZ: Lilla z "Sanatorium Miłości" szczerze o kulisach programu. Nie miała łatwo z Barbarą
Barbara odchodzi - jak to dokładnie wyglądało?
- Ona wychodziła przez dwa dni. Ósmego dnia, po spacerze z kijkami, rano zrobiła karczemną awanturę, że ktoś ukradł jej buty. Ona myślała, że myśmy specjalnie je schowali, a one leżały w drugiej szafie. [...] Zanim poszliśmy na zabawę, do naszego pokoju przyszła Bożenka. Basia akurat się rzucała, że ona już wychodzi, to był ten ósmy dzień, pakowała się. Bożenka mówi do niej: „Basiu, słuchaj, doszliśmy wszyscy do wniosku, że chcę ci jeszcze pomóc”. Stałam z boku i słuchałam, myśląc, że może zaproponuje jej psychologa czy coś w tym stylu. A Bożenka mówi: „Zabieram cię do naszego pokoju”. Powiem pani, że osunęłam się o drzwi. Naprawdę. Pomyślałam: „Co oni robią?”. Miała już wyjść, a oni ją zatrzymują.
Przejdźmy do pani przeszłości. Nie miała pani łatwego dzieciństwa…
- Z moją mamą zawsze było ciężko. Pamiętam takie sytuacje, gdy chciałam się czegoś nauczyć. Od najmłodszych lat lubiłam robić coś na drutach czy szydełku. Moja mama dużo dziergała, więc prosiłam ją o pomoc. Mówiła: „Patrz, przyglądaj się i się ucz”. Nie było tak, że weźmie w rękę i pokaże. Nie. „Patrz, co ja robię i się ucz”. Tato też uczył mnie raczej surowego życia. Pamiętam, że koleżanki miały lepiej, w ich domach było więcej pieniędzy. Jadło się chleb z margaryną albo polewało wodą i posypywało cukrem. Jak mama odłożyła 50 zł - to nie rozmieniła tych pieniędzy. Był chleb, lało się wodę i jadło z cukrem. Trzeba było oszczędzać. Jak raz otworzyłam koncentrat pomidorowy, dostałam po łapach. Usłyszałam: „To jest do zupy, a nie do jedzenia na chlebie!”.
Miała pani dwa małżeństwa?
- Pierwszy raz wyszłam za mąż w wieku 18 lat. Chłopcy się pojawiali, ale nie byli zbyt wartościowi. [...] Wyszłam za Jurka, mojego pierwszego męża, bez miłości, z rozpaczy. Wszystko zaczęło się knocić od razu. Problemy zaczęły się już na ślubie cywilnym. Ja mieszkałam w Sosnowcu, a on pod Krakowem. Spotykaliśmy się raz na dwa, trzy tygodnie. To było weekendowe małżeństwo [...] W końcu wniosłam o rozwód cywilny. [...] Przez kolejne cztery lata prowadziłam sprawę o unieważnienie ślubu kościelnego. Straciłam siedem lat życia.
A jakie było drugie małżeństwo?
- Pierwsze cztery lata jakoś się trzymały. Gdy byłam w ciąży, zapowiedział, że nie chciał mieć dzieci, bo miał już swoje. Odpowiedziałam: „Słuchaj, ale ja jestem młodą kobietą i chcę mieć dzieci”. Pojawiły się problemy, zmiany mieszkań. Był kierownikiem GS-u i gdzie podupadała piekarnia, tam nas przerzucali, żeby ją podciągnął. Czasem nie zdążyłam się rozpakować, a już pakowałam się do następnego [...] Zaczęło się ustawianie mi życia. Musiałam mieć plany na cały tydzień. Musiałam mieć rozpisane, co zamierzamy zrobić. Proponowałam mężowi obiad, a jak mu nie pasowało, to po prostu wychodził z domu i zostawiał mnie z tym wszystkim. Kiedy moja córka trochę podrosła, zaczęło się jej szkolenie. Jak można kazać trzylatce pościelić tapczan? Kiedy mówiłam, że nie ma takiej opcji, zaczęłam dostawać w twarz.
Postanowiła pani uciec?
- Uciekłam raz, ale uprosił mnie i ubłagał. Mówił, że wie, co zrobił i jak to naprawić. No i wróciłam do domu. Urodziłam syna i wtedy już w ogóle się porobiło. Coraz częściej startował do mnie z rękami, nieraz po uderzeniu traciłam przytomność. Pewnego pięknego razu, kiedy już nie wytrzymałam, skatował mnie. Nie byłam mu dłużna, oddałam, ile mogłam. Po tej sytuacji rzuciłam kluczami, spakowałam dzieci i powiedziałam: „Dość. Nikt więcej nie będzie się nade mną wyżywał”.
ZOBACZ RÓWNIEŻ: Pocałunki i łzy w nowym odcinku "Sanatorium miłości". Internauci grzmią po ujawnieniu zapowiedzi. Burza w sieci
