Monika Richardson o show-biznesie. "Trzeba mieć ogromne wyczucie"
Monika Richardson od ponad trzech dekad jest obecna w mediach. Widzowie pamiętają ją z wielu programów Telewizji Polskiej, jednak dziś dziennikarka skupia się przede wszystkim na działalności internetowej i rozwijaniu własnych projektów.
W najnowszym odcinku programu "Stare zdjęcia gwiazd" Monika Richardson wróciła do dawnych lat i opowiedziała o mechanizmach rządzących branżą medialną. Nie ukrywa, że świat show-biznesu bywa bezwzględny.
Show-biznes to jest przede wszystkim biznes. Podchodzisz do tej osoby, do której powinieneś, w tym czasie, w którym powinieneś, uśmiechasz się – trzeba mieć ogromne wyczucie, żeby utrzymać się tyle lat, co ja. Ale trzeba mieć też taką intuicję, która mówi: "Z tym nie zadzieraj", "Tej nie bierz pod włos", "Z tym z szacunkiem" i trzeba się tego nauczyć, najczęściej, na własnych błędach
- powiedziała w podcaście.
Nie przegap: 21-letnia córka Richardson zachwyca! Zofia oczarowała sieć
Richardson wielokrotnie traciła pracę
Dziennikarka przyznała, że w trakcie swojej kariery nie raz mierzyła się z sytuacjami, w których nagle znikała z anteny lub traciła zawodowe szanse. Jak podkreśla, najczęściej nikt nie informował jej o takich decyzjach wprost. Richardson nie ukrywa, że za kulisami telewizji często towarzyszyły jej trudne emocje.
Tam zawsze było mnóstwo łez, mnóstwo rozczarowań, żalu i przegapionych szans. I mnóstwo sytuacji, w których ktoś w odpowiednim momencie spotkał się wzrokiem z dyrektorem, który decydował i dostał, co chciał. I sprawdził się potem, ale ktoś musiał dać mu szansę
- dodała.
Polecamy: Monika Richardson ujawniła, ile zarabiała w TVP. Padła konkretna kwota! Dużo czy mało?
Zdjęto ją z anteny przez komentarz o "martwych oczach"?
Jedna z historii, którą opowiedziała Monika Richardson w programie, dotyczy sytuacji, gdy niespodziewanie zniknęła z grafiku. Powodem miał być komentarz dotyczący jej wyglądu.
Ja na przykład wiedziałam, kto powiedział, że mam "martwe oczy". Dowiedziałam się, że mam martwe oczy i zostałam zdjęta z anteny. To było coś, co przyszło z korytarza i wiedziałam, że to powiedziała kochanka dyrektora Dwójki. Ale nie miałam dowodu i nie mogłam powiedzieć: "Jak mogłaś tak o mnie powiedzieć?!", pójść i skonfrontować się z tą osobą. Ja się właśnie dowiedziałam, że nie ma mnie w grafiku, bo mam "martwe oczy" – "mówi się na korytarzu". To jest coś, z czym bardzo trudno walczyć. Tak jak dziś z kulturą pomówienia
- wyznała.
Choć od tamtych wydarzeń minęło wiele lat, Monika Richardson przyznaje, że doświadczenia z początków kariery nauczyły ją odporności i pokazały, jak funkcjonuje świat mediów od kulis.