Dorota Szelągowska o diagnozie ADHD
Dorota Szelągowska przyznała, że już jako dziecko nie potrafiła spokojnie usiedzieć w jednym miejscu. Miała problem z nauką przedmiotów, które jej nie interesowały, ale jednocześnie potrafiła całkowicie poświęcić się zadaniom, które ją fascynowały. Organizowała szkolne wydarzenia, przedstawienia i uroczystości, choć z części przedmiotów była zagrożona.
Dopiero po latach wiele zachowań zaczęła łączyć z ADHD. Jak wyjaśniła, diagnoza przyniosła jej przede wszystkim ulgę.
Jak to wszystko do mnie dotarło, Marcin, ja się poryczałam, bo nagle przestałam czuć się inna, nie taka
- powiedziała Dorota Szelągowska w Mellinie.
Dorota Szelągowska opisała też sprzeczności, które przez lata trudno było jej samej zrozumieć. Z jednej strony potrafiła być niezwykle przebojowa, z drugiej wstydziła się wykonać telefon czy załatwić prostą sprawę. Bywała bałaganiarą, ale jednocześnie potrzebowała idealnego porządku, by móc normalnie funkcjonować. Nie zgadza się również z popularnym nazywaniem ADHD "supermocą". Jej zdaniem intensywność i hiperfokus mogą pomagać w pracy, ale wiążą się z wysoką ceną.
Myślę, że to jest tak, jak wszyscy mówią teraz, że to są supermoce i że to jest takie fantastyczne. Z jednej strony może tak, a z drugiej strony to cię tyle kosztuje. To cię tak strasznie dużo kosztuje
- podkreśliła w rozmowie Marcinem Mellerem.
Zobacz także: Dorota Szelągowska chodziła do szkoły boso. "Nie miałyśmy kompletnie kasy"
Ataki paniki odebrały jej normalne życie
Szczególnie trudnym doświadczeniem były dla Doroty Szelągowskiej ataki paniki. Pierwsze miały pojawić się, gdy miała około 22 lat, niedługo po narodzinach syna. Początkowo obawiała się, że jej objawy mają przyczynę kardiologiczną. "Każdy atak paniki polega na tym, że się boisz, że umierasz, a im bardziej się boisz, tym bardziej umierasz" - opowiadała. Projektantka przyznała, że przez długi czas szukała konkretnego, fizycznego wyjaśnienia swojego stanu. Chciała usłyszeć diagnozę, którą można byłoby jednoznacznie nazwać i leczyć. Tymczasem kolejne badania nie przynosiły odpowiedzi, na którą czekała.
Przeczytaj także: Omenaa Mensah i jej córka opowiedziały o rasizmie. "Miałam ciężej przez rozpoznawalność mamy"
Najgorszy okres był na tyle poważny, że Dorota Szelągowska praktycznie nie opuszczała domu. Jedynym regularnym wyjściem były spotkania z terapeutą, ale nawet one wymagały od niej ogromnego wysiłku.
Byłam w terapii w takim najgorszym okresie mojego życia, kiedy naprawdę nie wychodziłam z domu. Znaczy wychodziłam w taki sposób, że chodziłam tylko na terapię i to było okupione ogromnym wysiłkiem
- wyznała.
Wieczorami bała się zasnąć. Jak mówiła, oglądała programy nadawane na żywo, żeby słyszeć głos drugiej osoby i mieć poczucie kontaktu ze światem. Towarzyszył jej też lęk, że zrobi sobie krzywdę - nie dlatego, że chciała umrzeć, lecz dlatego, że cierpienie stawało się nie do zniesienia.
Przez 20 lat nie wsiadała do samolotu
Ataki paniki wpływały również na jej życie zawodowe. Szelągowska unikała sytuacji, z których nie można było natychmiast wyjść. Dotyczyło to zarówno programów telewizyjnych nadawanych na żywo, jak i podróży samolotem. "Bałam się, że dostanę ataku paniki na pokładzie samolotu" – powiedziała w rozmowie z Mellerem. Z tego powodu przez około 20 lat nie latała. Podobne obawy miała przed udziałem w programach na żywo. Jak ujawniła, w jednym z kontraktów znalazł się nawet zapis, że nie musi występować w takich audycjach.
Program na żywo był tym samym co samolot, czyli sytuacją bez wyjścia
- wyjaśniła.
Dziś wiele się zmieniło. Szelągowska ponownie lata, robi to często i - jak zapewniła w rozmowie z Marcinem Mellerem - zaczęła nawet lubić podróże samolotem. Potrafi również odwiedzać centra handlowe, których wcześniej unikała.
Terapia i farmakoterapia pomogły Dorocie Szelągowskiej
Gwiazda nie ukrywa, że powrót do równowagi był długim procesem. Jak oceniła, łącznie spędziła na terapii około 20 lat. Przełomem było nauczenie się rozpoznawania i nazywania emocji, zwłaszcza złości, którą przez wiele lat tłumiła.
Myślę, że najbardziej nazywanie emocji i absolutnie farmakoterapia. Ja jestem na lekach i będę na nich prawdopodobnie do końca życia i w ogóle się tego nie wstydzę. Uważam, że to jest wspaniałe
- powiedziała.
Szelągowska mówi o swoich doświadczeniach również dlatego, że chce pomóc osobom znajdującym się w podobnej sytuacji. Jej zdaniem osoby publiczne mają możliwość oswajania tematów, które nadal bywają źródłem wstydu.
Dziś projektantka stara się wychodzić z wieloletniego "trybu przetrwania", choć przyznaje, że nadal zdarzają jej się momenty, kiedy trudno jej zwolnić i odpocząć. Nauczyła się jednak lepiej rozumieć własne reakcje i nie traktować ich jako dowodu na to, że jest "inna" lub "nie taka".