Wiesław Gołas nie wierzył, że przeżył tyle
W dniu 90. urodzin telefon w domu Wiesława Gołasa dzwonił bez przerwy. Były życzenia, wielki bukiet od zespołu Mazowsze i list od prezydenta. Aktor żartował, że od nadmiaru gości dostał już kręćka, a do słuchawki zaśpiewał „Wesołe jest życie staruszka”. Nogi od dawna odmawiały mu posłuszeństwa, większość czasu spędzał w domu, lecz nawet wtedy nie chciał, by rozmowa zamieniła się w lament.
Moje życie było pełne dramatów, ale nie chcę być smutny
– powiedział wówczas „Super Expressowi”. Prosił, żeby nie wracać już do najgorszych dni. Chciał, aby ludzie byli weseli i uśmiechnięci. W tych kilku zdaniach zmieściła się właściwie cała jego historia. Człowiek, który zawodowo rozśmieszał Polskę, doskonale wiedział, jak wygląda świat pozbawiony śmiechu.
„Wilk” nie wydał nikogo
Kiedy wybuchła wojna, miał niespełna dziewięć lat. Jego ojciec Teofil, żołnierz i konspirator, został aresztowany przez Niemców w listopadzie 1942 roku. Zmarł 26 marca 1943 roku w obozie na Majdanku. Wiesław został z matką i siostrą. Miał pamiętać o zobowiązaniu wobec ojca: opiekować się najbliższymi i pozostać wiernym wartościom wyniesionym z domu.
Jako trzynastolatek wstąpił do Szarych Szeregów. Przyjął pseudonim „Wilk”, przenosił meldunki i brał udział w zdobywaniu broni. W listopadzie 1944 roku, podczas akcji związanej z amunicją zabraną z niemieckiego samochodu, został aresztowany przez gestapo. Miał zaledwie 14 lat. W więzieniu przy ulicy Zamkowej w Kielcach był bity i przesłuchiwany. Nie wydał nikogo.
Po latach opowiadał córce o strachu, zimnie, głodzie i bólu, ale bez pozy bohatera. Wspominał, że podczas przesłuchań wbijał głowę w mur, próbując uciec przed kolejnymi razami. Był tak wyczerpany, że modlił się, aby bomba trafiła w więzienie i zakończyła cierpienie.
Święta w celi ojca
Boże Narodzenie 1944 roku spędził w zatłoczonej celi. Był najmłodszy, dlatego przypadło mu najgorsze miejsce w rogu, przy więziennym kuble. Nie wiedział wtedy, że wcześniej w tych samych murach przetrzymywano jego ojca. Dopiero po wojnie powiedziała mu o tym matka.
W więzieniu siedziałem od listopada 1944 do stycznia 1945 roku; w tej samej celi co wcześniej ojciec”
– wspominał w rozmowie z córką. Tuż przed wkroczeniem Armii Czerwonej więźniów zapędzono do jednego pomieszczenia. Byli pewni, że Niemcy zamierzają ich rozstrzelać. Zamiast salwy padła jednak wiadomość o uwolnieniu. Czternastoletni Wiesław wyszedł na ulicę i skierował się do kieleckiej katedry. Chciał podziękować za życie, które jeszcze przed chwilą wydawało się skończone.
Po wojnie chciał być każdym
W nowym życiu wybrał teatr. Po latach tłumaczył w Polskim Radiu: „Wybrałem zawód aktorski przez to, że mogę być wszystkim”. W 1954 roku ukończył warszawską szkołę teatralną i zadebiutował jako Papkin w „Zemście” w Jeleniej Górze. Postać samochwały, tchórza i romantyka pokochał na tyle, że wracał do niej jeszcze wielokrotnie.
Nie był wyłącznie komikiem. Potrafił zagrać twardego ogniomistrza Kalenia, prostego robotnika w „Chudym i innych”, barona Krzeszowskiego w „Lalce” czy niemieckiego żołnierza w „Jak być kochaną”. W tej ostatniej, mrocznej roli wykorzystał pamięć gestapowców z kieleckiego więzienia. Gustaw Holoubek uważał, że za wizerunkiem komika kryje się aktor znacznie głębszy, niż sugerowały role, które najczęściej mu proponowano.
Gołas budował postacie z drobnych gestów, sposobu chodzenia, spojrzenia i rytmu mowy. Francuscy krytycy po występie Teatru Dramatycznego zachwycali się aktorem, który umiał grać, śpiewać, tańczyć, tworzyć pantomimę i pojedynkować się na scenie. Ale największą sławę przyniósł mu dar, którego sam początkowo nie traktował jak najważniejszego: umiejętność wywoływania śmiechu niemal bez wysiłku.
Cała Polska szła z nim
Najpierw był Kabaret Starszych Panów, potem legendarny Dudek. W skeczu „Ucz się, Jasiu” Gołas jako uczeń hydraulika słuchał pouczeń Jana Kobuszewskiego, a zdanie „wężykiem, wężykiem” weszło do codziennego języka. Gdy śpiewał „W Polskę idziemy” Wojciecha Młynarskiego i Jerzego Wasowskiego, publiczność widziała w nim swojego człowieka: trochę zawadiakę, trochę poetę i kompana, który zna wszystkie narodowe słabości.
Potem przyszli kapitan Sowa, Tomuś Czereśniak z „Czterech pancernych i psa”, kierowca Marianek z „Drogi” oraz niezapomniane spotkania ze Stanisławem Bareją. Gołas potrafił wejść na ekran na kilka minut i sprawić, że widz czekał właśnie na niego. Nie potrzebował wielkich deklaracji. Wystarczały uniesiona brew, nagła pauza albo spojrzenie człowieka, który już wie, że rzeczywistość znów wygrała ze zdrowym rozsądkiem.
Popularność nie zawsze była łatwa. Zdarzało się, że nieznajomi dzwonili do niego tylko po to, by po usłyszeniu nazwiska roześmiać się i odłożyć słuchawkę. Ludzie oczekiwali, że Gołas będzie zabawny bez przerwy. Prywatnie bywał impulsywny, milczący i pochmurny. Żona Maria żartowała, że czasami przypominał chmurę gradową. Rozumiała jednak, że nikt nie może przez całe życie grać komika.
Żył tylko dzięki niej
Marię Krawczyk, fotografkę, poznał w połowie lat siedemdziesiątych. Po nieudanym pierwszym małżeństwie nie planował kolejnej wielkiej miłości, lecz – jak wspominał – zakochał się w niej jak sztubak. Spędzili razem około 45 lat. Uważał się za szczęściarza, bo żona była dla niego jednocześnie ukochaną osobą i najbliższym przyjacielem.
W ostatnich latach to Maria pomagała mu przejść przez choroby serca, operacje i narastające problemy z chodzeniem. Gołas martwił się, że ona ciągle biega, a on nie może już w niczym pomóc. Mówił wprost: „Żyję tylko dzięki niej”. Po kolejnych udarach nie odzyskał zdrowia. Zmarł 9 września 2021 roku, miesiąc przed 91. urodzinami.
ZASP proponował pochówek w Alei Zasłużonych na Powązkach Wojskowych. Maria odmówiła. Małżonkowie dużo wcześniej wykupili wspólną kwaterę na Starych Powązkach, bo chcieli pozostać razem. Tak zakończyła się opowieść człowieka, który jako dziecko otarł się o śmierć, a potem przez dziesięciolecia rozdawał innym radość. Ostatnie życzenie Gołasa nie dotyczyło jego sławy ani pamięci. Prosił jedynie: bądźmy uśmiechnięci.