- Dokładnie 28 lat temu Polskę wstrząsnęła tragiczna wiadomość o śmierci dwóch wybitnych sportowców, Władysława Komara i Tadeusza Ślusarskiego.
- Mistrzowie olimpijscy zginęli w potwornym wypadku samochodowym, którego okoliczności do dziś pozostają niewyjaśnione.
- Czołowe zderzenie na drodze zabrało życie trzem sportowcom, kończąc złotą erę polskiej lekkoatletyki.
- Poznaj kulisy czarnego dnia, który na zawsze zmienił polski sport, i dowiedz się, dlaczego ta tragedia wciąż budzi tyle pytań.
Zmiażdżony Ford i trzy trumny. Horror na drodze
Było późne popołudnie, dochodziła godzina 18. Mistrzowie olimpijscy wracali z zawodów w Międzyzdrojach. Na trasie między Brzozowem a Przybiernowem ich ford scorpio, z niewyjaśnionych do dziś przyczyn, zderzył się czołowo z renault. Siła uderzenia była potworna. Komar i Ślusarski zginęli na miejscu. Zmiażdżony wrak samochodu stał się ich grobowcem. Ale to nie był koniec dramatu. Kierowca drugiego auta, również lekkoatleta, 35-letni Jarosław Marzec, zmarł pięć dni później w szpitalu. Droga spłynęła krwią trzech sportowców.
Przeczytaj także: Natalia Bukowiecka ma apetyt na złoto. Będzie medal na mistrzostwach Europy?
Władek Komar – gigant, który oszukał rywali i kochał życie
Władysław Komar był kimś więcej niż sportowcem. Był barwną postacią, gigantem o gołębim sercu i duszą towarzystwa. Jego spryt przeszedł do legendy, gdy w Monachium (1972) psychologicznie zniszczył rywali, rzucając na rozgrzewce lżejszą kulą na odległości bliskie rekordu świata. Zszokowani konkurenci nie podnieśli się już po tym ciosie, a Polak w pierwszej próbie sięgnął po złoto. Grał w rugby, występował w filmach u samego Romana Polańskiego, a swoje barwne życie opisał w autobiografii o wymownym tytule "Wszystko porąbane".
Tadeusz Ślusarski – cichy mistrz, wielki sportowiec
Jego całkowitym przeciwieństwem był Tadeusz Ślusarski. Skromny, małomówny, zawsze skupiony na celu. Na igrzyskach w Montrealu (1976) w fenomenalnym stylu sięgnął po złoto w skoku o tyczce. Cztery lata później w Moskwie dorzucił srebro, tworząc z Władysławem Kozakiewiczem niezapomniany, polski dublet.
- O ile Tadeusz był skromnym i małomównym człowiekiem, to Władek był duszą towarzystwa - wspominał ich przyjaciel, biegacz Bogusław Mamiński.
Przeczytaj także: Jakub Szymański o brązie mistrzostw Europy. "Lubię pokazywać na co mnie stać"
Mimo upływu 28 lat, pamięć o nich nie gaśnie. W Międzyzdrojach co roku odbywa się mityng ich imienia, a kolejne pokolenia sportowców słuchają opowieści o dwóch gigantach, których przyjaźń zakończyła się w jednej, tragicznej chwili. Tamtego dnia na drodze pod Przybiernowem zgasły nie tylko trzy życia, ale i część złotej ery polskiej lekkoatletyki.