- Legendarny polski biegacz, Zdzisław Krzyszkowiak, od najmłodszych lat zmagał się z chorobami, które miały go na zawsze wykluczyć ze sportu.
- Jego droga na olimpijski szczyt była pasmem kontuzji i niewiarygodnego pecha, z zaskakującym incydentem w wiosce olimpijskiej włącznie.
- Poznaj inspirującą opowieść o niezwykłej sile woli, która doprowadziła go do upragnionego olimpijskiego złota.
Od krzywicy do pierwszych sukcesów
Gdyby ktoś w latach 30. XX wieku powiedział, że mały, chuderlawy Zdzisław z Wielichowa zostanie kiedyś mistrzem olimpijskim, zostałby wyśmiany. Chłopiec był tak chorowity, że lekarze zdiagnozowali u niego krzywicę – chorobę, która na pewien czas odebrała mu nawet zdolność chodzenia. Do tego doszły problemy z wymową i zawierucha wojenna. Wydawało się, że los nie ma dla niego w zanadrzu nic dobrego. A jednak to właśnie on, Zdzisław Krzyszkowiak, kilkanaście lat później miał stać się następcą Janusza Kusocińskiego i symbolem potęgi polskiej lekkiej atletyki.
Przeczytaj także: Przez lata nękał Ewę Swobodę. W dniu jej urodzin nagle zwrócił się do niej publicznie
Jego talent eksplodował pod okiem Jana Mulaka, twórcy "polskiej szkoły biegowej" i słynnego Wunderteamu. W lasach Wałcza i Spały, w pocie czoła, rodziła się legenda. Krzyszkowiak, obdarzony fenomenalnym, eleganckim krokiem i niesamowitym finiszem, szybko zaczął dominować na krajowych bieżniach. Nawet wielki Emil Zátopek, czeska lokomotywa, musiał uznać jego wyższość.
Kariera z kolcami i pies w wiosce olimpijskiej
Jego sportową drogę powszechnie nazywano "karierą z kolcami". Niestety, nie chodziło tylko o kolce w butach. Przez całe życie prześladowały go kontuzje i niewyobrażalny pech. Obliczono, że tylko od 1959 roku urazy i choroby przerywały mu treningi aż 27 razy. Apogeum nieszczęść przyszło jednak na jego pierwszych igrzyskach olimpijskich w Melbourne w 1956 roku.
Zobacz też: Aż zaniemówiliśmy, gdy poznaliśmy majątek wielkiej rywalki Justyny Kowalczyk! Ale fortuna
Krzyszkowiak jechał tam jako jeden z faworytów. W biegu na 10 000 metrów zajął świetne, choć pechowe, czwarte miejsce. Prawdziwy dramat rozegrał się jednak przy okazji jego koronnej konkurencji – biegu na 3000 metrów z przeszkodami. Najpierw w eliminacjach jeden z rywali, Władimir Kuc, niechcący nadepnął mu kolcem na stopę. Gdy wydawało się, że nic gorszego nie może się już stać, tuż przed finałem... w wiosce olimpijskiej pogryzł go pies. Ranny w łydkę Polak musiał wycofać się z walki o medal. Marzenia o olimpijskim złocie znów trzeba było odłożyć.
Złoto w Rzymie i miejsce w historii
Mimo przeciwności losu "Krzyś" nie poddał się. Dwa lata po pechowych igrzyskach, na mistrzostwach Europy w Sztokholmie, dokonał rzeczy niemożliwej – zdobył złote medale zarówno na 5000, jak i 10 000 metrów, stając się absolutnym królem długich dystansów. To wtedy świat usłyszał o polskim Wunderteamie, a Krzyszkowiak został uznany za najlepszego sportowca świata w ankiecie agencji prasowych.
Ukoronowanie kariery przyszło na igrzyskach w Rzymie w 1960 roku. Tym razem był głównym faworytem biegu na 3000 metrów z przeszkodami i nic nie mogło go zatrzymać. Na bieżni Stadio Olimpico w pięknym stylu pokonał koalicję trzech biegaczy z ZSRR, nie dając im żadnych szans. Na ostatniej prostej mógł już zwolnić, by bezpiecznie pokonać ostatnie przeszkody. Zdobył upragnione złoto.
- Byłem dumny, że jestem Polakiem - mówił po biegu.
Po zakończeniu kariery był trenerem, a później, by dorobić do emerytury, pracował jako pilot wycieczek. Zmarł 24 marca 2003 roku w Warszawie. Dziś jego imię nosi najpiękniejszy stadion lekkoatletyczny w Polsce, w Bydgoszczy, przypominając o chłopcu, który miał nie chodzić, a dobiegł na sam szczyt.