— Pamiętasz, jak podczas premiery filmu „Szczęsny” pytałem cię, czy powstanie druga część? Wtedy stanowczo wykluczaliście taki pomysł.
— W przypadku Wojtka naprawdę trudno cokolwiek przewidzieć. Nasza relacja, która zrodziła się podczas pracy nad filmem i trwa do dziś, tylko potwierdza, że u niego wszystko może się wydarzyć. Możesz przejść na emeryturę, a chwilę później z niej wrócić. Możesz powiedzieć, że nie będzie drugiego filmu, a potem jednak zacząć o nim myśleć. Wojtek ma w sobie ogromny pierwiastek nieprzewidywalności i to jest w nim fascynujące. Wtedy rzeczywiście o tym nie myślałem, ale dziś mogę powiedzieć jedynie tyle, że niewykluczone, iż pracujemy nad czymś wspólnie z Wojtkiem i Mariną.
— Wojtek to chyba jedna z tych postaci, które najbardziej cię ujęły?
— Każdy z bohaterów naszych filmów czy seriali jest zupełnie inny, dlatego trudno porównywać Wojtka, Roberta Lewandowskiego, Grzegorza Krychowiaka czy Kubę Błaszczykowskiego. Każda realizacja była innym doświadczeniem. Nie chciałbym robić żadnego rankingu. Wojtek jest bardzo ciekawy dla widzów, bo ma ogromny dystans do siebie, jest dowcipny, naturalny i bardzo otwarty. To sprawia, że ludzie go lubią. Ale pozostali bohaterowie również potrafili mnie zaskoczyć i zainspirować. Dla mnie to wszystko jest po prostu kawałkiem niesamowitego życia.
Wojtek nie jest człowiekiem, który potrzebuje filmu o sobie. Najważniejsza jest dla niego rodzina i piłka. Mamy jednak kontakt, czasem rozmawiamy o filmach, wymieniamy się inspiracjami i właśnie podczas jednej z takich rozmów pojawił się pewien pomysł. Na szczegóły jest jednak zdecydowanie za wcześnie.
— Czytałem, że Papaya Films realizowała produkcje już w ponad 30 krajach. To efekt projektu o Grzegorzu Krychowiaku?
— Pewnie dziś tych krajów jest już więcej. A jeśli chodzi o same dokumenty sportowe, to serial o Grzegorzu był zdecydowanie najbardziej skomplikowanym przedsięwzięciem. Początkowo miał to być film realizowany w ważnych dla niego miejscach — Sewilli, Paryżu, Mrzeżynie. W dniu, w którym Grzegorz zgodził się na projekt, wszystko się jednak zmieniło. Film zamienił się w serial, zmieniły się lokacje, koncepcja i sposób opowiadania historii. Nie zmienił się jedynie harmonogram i budżet. Nagle pojawiły się zdjęcia w Nepalu, Mongolii, Tybecie, na Cyprze. Do tego dochodziło pogodzenie produkcji z życiem i obowiązkami Grzegorza. Logistycznie było to ogromne wyzwanie. A samo wejście do Base Campu na wysokość ponad 5000 metrów to przecież nie spacer po parku.
— Kto ma większy dystans do siebie — Wojtek czy Grzesiek?
— Spędziliśmy kiedyś kilka godzin, nagrywając rozmowę Wojtka i Grześka. Najpierw na plaży, później w domu Wojtka Szczęsnego. Bywało absurdalnie śmiesznie, momentami wręcz niecenzuralnie. Oni są genialni w duecie. Powiedziałbym nawet, że takiej pary nie było od czasów Wojciecha Manna i Krzysztofa Materny. Są błyskotliwi, dowcipni, czasem balansują na granicy, ale nigdy nie przekraczają jej w zły sposób. To raczej humor skierowany w swoją stronę. Fantastycznie się ich słucha.
— A który z piłkarzy najbardziej pokazał ci świat futbolu od środka?
— Każdy w zupełnie inny sposób. Po pracy z czterema piłkarzami widzę jedną rzecz — każdy inaczej definiuje futbol. Dla jednego najważniejsza jest reprezentacja, dla innego klub. Jeden stawia na rozwój, drugi na stabilność. Dzięki temu każda rozmowa o sporcie była zupełnie inna.
— Na liście sportowców, o których chciałbym zrealizować kolejne filmy albo seriale, Robert jest absolutnie w czołówce. I zgadzam się, że ten pierwszy projekt powstawał w bardzo szczególnym momencie. Produkcja odbywała się przecież w trakcie dwóch etapów pandemii, a dodatkowo w czasie niezwykle trudnego transferu Lewandowskiego z Monachium do Barcelony. Ten film właściwie kończy się w momencie samego transferu, dlatego mam poczucie, że to wciąż niedomknięta historia.
— Robert Lewandowski zasłużył na coś pokroju "Last Dance"?
— Uważam, że "Last Dance" Roberta Lewandowskiego — najwybitniejszego polskiego piłkarza i jednego z najwybitniejszych sportowców w historii naszego kraju — jest kibicom absolutnie należny. Jednocześnie jestem głęboko przekonany, że Robert nie zakończył jeszcze swojej historii, ani klubowej, ani reprezentacyjnej.
— Robert jest po prostu człowiekiem uzależnionym od rywalizacji. Spośród wszystkich sportowców to właśnie jego poznałem najmniej, z różnych powodów, ale mam poczucie, że napędzają go gra, strzelanie goli, pokonywanie własnych ograniczeń, bicie rekordów i osiąganie kolejnych sukcesów. Dlatego wydaje mi się, że to jeszcze nie jest moment na jego „Last Dance”.
— Czy taki film powinien powstać — od transferu do Barcelony aż do zakończenia kariery? Zdecydowanie tak. I jeśli kiedyś do tego dojdzie, będę pierwszą osobą, która z ogromną radością poinformuje o tym wszystkich.
— Być może wiele zmieniła też książka Sebastiana Staszewskiego. Była bardzo mocna, a Robert musiał się z nią zmierzyć.
— Często oceniamy ludzi albo wyrażamy opinie, nie znając w pełni kontekstu, w jakim się znajdują. A trzeba pamiętać, że w czasie realizacji filmu Robert był kapitanem reprezentacji Polski i jednym z najlepszych napastników świata. Zawodnicy na takim poziomie muszą bardzo uważać na to, co mówią, kiedy mówią i gdzie to robią. To ogromna odpowiedzialność — wobec kibiców, klubu, trenerów i całego otoczenia. Dlatego też jego perspektywa była wtedy zupełnie inna.
— Za nami premiera filmu o Anicie Włodarczyk. To zupełnie inny bohater niż piłkarze.
— Anita to gigant polskiego sportu. Ma więcej tytułów i rekordów świata niż Iga Świątek i Robert Lewandowski razem wzięci. I właśnie dlatego chcemy opowiadać też historie sportowców spoza najpopularniejszych dyscyplin. Lekkoatletyka jest trudna filmowo — zwłaszcza rzut młotem. Sam rzut trwa kilka sekund, a Anita przez większość czasu trenuje sama. To zupełnie inna dynamika niż w piłce nożnej. Ale właśnie dlatego jestem z tego filmu szczególnie dumny. Pokazujemy Anitę w sposób, jakiego wcześniej nie było. Widzimy jej codzienność, trening, przygotowania do mistrzostw świata w Japonii. Jesteśmy bardzo blisko niej. A przy okazji Tokio daje temu filmowi niesamowity wizualny klimat.
— Dobrze słyszeliśmy, że Rafał Majka będzie bohaterem kolejnej produkcji?
— Kolarstwo jest fascynujące, bo to sport indywidualny, który jednocześnie opiera się na drużynie. Możesz być liderem, a później stać się domestikiem i nadal być kluczową częścią zespołu. W piłce to praktycznie niemożliwe. Rafał jest przy tym człowiekiem z ogromnym dystansem do siebie i bardzo ciekawą historią. Ten serial będzie nie tylko o sukcesach i porażkach, ale też o bólu, presji i tematach, które przez lata były w kolarstwie tabu.
— Polski sport zaczął się liczyć, dlatego bohaterów wam nie brakuje...
— I całe szczęście. Mogę już powiedzieć, że przygotowujemy serial dokumentalny o Wilfredo Leonie. Bardzo zaawansowany jest też projekt dotyczący Michała Kwiatkowskiego. Kończymy również prace nad scenariuszem filmu fabularnego o Andrzeju Gołocie. Powstanie film kinowy, serial oraz dokument. A to nie koniec, bo mamy w przygotowaniu kolejne historie — nie tylko o Polakach. Dokument sportowy stał się dla nas absolutnym priorytetem i chcemy go dalej rozwijać. Mam nadzieję, że nasze produkcje nie tylko będą wzbudzały emocje, ale też zachęcą młodych ludzi do sportu.