- Andrzej Bargiel i Janusz Gołąb wspólnie zdobyli Nanga Parbat w wyprawie nastawionej na historyczny zjazd tego pierwszego z legendarnego ośmiotysięcznika.
- 8 lat wcześniej na tej górze w tragicznych okolicznościach zginął Tomasz Mackiewicz.
- Uznany himalaista Janusz Gołąb przyznaje, że najprawdopodobniej widział miejsce, w którym spoczął jego kolega i podkreśla, że z jego perspektywy "Tomek robił wszystko nie tak, jak powinien".
Wszedł na Nanga Parbat. "Widziałem to miejsce, gdzie spoczął Tomasz Mackiewicz"
W świecie wspinaczki znów jest głośno o słynnej górze Nanga Parbat (8126 m n.p.m.). Andrzej Bargiel jako pierwszy w historii wspiął się na sam szczyt i zjechał z niego na nartach bez użycia dodatkowego tlenu. Jego głównym partnerem w całej akcji był himalaista Janusz Gołąb, który również zdobył legendarny ośmiotysięcznik zwany "Zabójczą Górą". W Polsce znany przede wszystkim z tragicznej wyprawy Tomasza Mackiewicza, który na początku 2018 roku zginął tam podczas zejścia.
Osiem lat później porozmawialiśmy ze zdobywcami Nanga Parbat m.in. o tym, czy te demony przeszłości utrudniały ich akcję.
Zginął tam Polak. Andrzej Bargiel zdobył Nanga Parbat: "Ludzie mogli zabić się na naszych oczach"
Kamil Heppen, "Super Express": - Andrzej Bargiel i pan sprawiliście, że Nanga Parbat wywołuje u nas uśmiech, a nie zawsze tak było. Czy na miejscu odczuliście jakoś, że stosunkowo niedawno żyliśmy tą górą za sprawą tragedii Tomasza Mackiewicza?
Janusz Gołąb: - Ja Tomka znałem osobiście i będąc tam, trochę o nim myślałem. Ja ten jego wypadek widzę zupełnie inaczej... Z mojego punktu widzenia - alpinisty, taternika - Tomek wszystko robił nie tak, jak powinien robić. Gdyby to robił dobrze, być może nie doszłoby do tej tragedii.
Rzeczywiście, gdy mijałem teren między obozem trzecim a czwartym, jest tam rodzaj takiego seraka i tak sobie pomyślałem, w którym miejscu jest to miejsce, gdzie Tomek spoczął... W namiocie czy w szczelinie i najpewniej je tam wypatrzyłem, w sensie formacji, bo to jest jedyne płaskie miejsce, gdzie można bez kopania postawić namiocik i tak dalej. I wtedy przyszły mi do głowy myśli o Tomku. Natomiast jeszcze raz podkreślę - z mojego punktu widzenia robił wszystko nie tak, jak powinno się to robić.
- W waszym przypadku kwestie bezpieczeństwa są na tyle ważne, że zrewidowaliście pierwotny plan na zdobycie Nangi.
- Dokładnie tak było. My na takiej wyprawie działamy w ten sposób, aby wszystkie potencjalne niebezpieczeństwa przewidywać i neutralizować, obchodzić je bokiem, a nie pchać się pod jakieś seraki, które mogą spaść na głowę. Po aklimatyzacji zegarek pokazywał mi, że mam odpoczywać 5 dni, ale po zejściu Andrzej powiedział, że okno pogodowe będzie za 2 dni i trzeba wychodzić. Miałem świadomość, że jeżeli nie wykorzystamy tego okienka, potem załamie się pogoda. Ruszyliśmy więc i się udało.
"Nie każda góra 8000 m jest supertrudna"
- W pana bogatej historii to pierwsze wejście na Nanga Parbat. Czy jest to wyjątkowe uczucie?
- Kiedyś miałem propozycję uczestniczyć w zimowej wyprawie na Nangę z Andrzejem Zawadą, ale nie skorzystałem. Natomiast ja byłem skupiony przede wszystkim na tym, żeby jak najbardziej pomóc teraz Andrzejowi. W zasadzie na wierzchołku znalazłem się też dzięki niemu, bo gdyby nie on, to chyba nie miałbym motywacji, żeby wchodzić na tę górę. A zmotywował mnie do tego stopnia, że nam się udało.
- Odczuł pan na własnych kościach, że to ta słynna "Killer Mountain"?
- Tak. Zwłaszcza przez to, że z bazy na wierzchołek jest do pokonania bardzo dużo przewyższenia. I taka fizyczna praca to duży wysiłek w porównaniu z innymi górami. Do tego mieliśmy niezbyt korzystne warunki śnieżne, jeżeli chodzi o takie chodzenie po śniegu. To był taki przepadzisty, zapadający się śnieg, czasami nawet do połowy uda, więc na tej wysokości jest to męczące.
- Jak sam pan mówi, był pan tam przede wszystkim dla Andrzeja. Czym zatem różni się taka wyprawa w formie wsparcia od takiej na własnej konto?
- Ja nigdy w swojej, nazwijmy to karierze górskiej, nie celowałem w ośmiotysięczniki. Wolę jednak niższe góry i jeżeli jechałbym w Himalaje dla siebie, to na coś niższego, ale trudniejszego technicznie. Co ciekawe, spotkałem teraz po drodze kilku intrygujących ludzi i oni mnie pytali: ile masz ośmiotysięczników. A ja mówię, że tylko dwa, ale mam pięć nowych dróg w Himalajach i to trochę otwierało tym ludziom oczy (śmiech).
- Czyli Nanga Parbat wcale nie jest taka trudna, mimo że Andrzej Bargiel w czasie waszego wejścia obawiał się o niektórych ludzi na drodze Kinshofera?
- Darek Załuski świetnie to skomentował, że jest to łatwe, ale dla mnie, doświadczonego taternika. Z mojego punktu widzenia przynajmniej z tej strony, flanki Diamir, jest to łatwa góra. Trzy lata temu próbowaliśmy zimą w pobliskim Karakorum wspiąć się na turnię Trango, która ma zaledwie 6200 m, ale moim zdaniem ona jest dużo, dużo trudniejsza niż Nanga Parbat.
Tak, że nie wszystko, co ma 8 tysięcy metrów, jest supertrudne. Natomiast Nanga Parbat z drugiej strony, od doliny Rupal, ma gigantyczną i trudną ścianę. Z tej naszej strony akurat samo wejście było łatwe, ale zjazd narciarski już nie, bo zjazd drogą Messnera jest obarczony sporym ryzykiem. To są niebezpieczeństwa obiektywne, ale również odszukanie tej drogi, którą zjeżdżać, nie jest proste, a Andrzej tego dokonał.