Zginął tam Polak. Andrzej Bargiel zdobył Nanga Parbat: "Ludzie mogli zabić się na naszych oczach"

- Widziałem ludzi, o których bałem się, że zginą na naszych oczach - mówi Andrzej Bargiel po historycznej wyprawie na Nanga Parbat. Polak jako pierwszy w historii zdobył ten legendarny ośmiotysięcznik, zjeżdżając z samego szczytu na nartach, bez użycia tlenu. 8 lat wcześniej cała Polska żyła tragiczną wyprawą Tomasza Mackiewicza, który zginął właśnie na tej "Zabójczej Górze".

Andrzej Bargiel z nartami na tle gór. Na miniaturze obok zjazd ze szczytu Nanga Parbat, o czym przeczytasz na SE.
Autor: Bartłomiej Pawlikowski/Kuba Gzela/Red Bull/ Materiały prasowe Andrzej Bargiel i Nanga Parbat
  • Andrzej Bargiel, polski himalaista i skialpinista, dokonał kolejnego historycznego wyczynu.
  • Polak jako pierwszy w historii wspiął się na szczyt Nanga Parbat i zjechał na nartach bez użycia dodatkowego tlenu.
  • Po powrocie do kraju opowiedział o trudnościach związanych ze zdobyciem "Zabójczej Góry", która 8 lat wcześniej w tragicznych okolicznościach zabrała Tomasza Mackiewicza.
  • Bargiel przyznał, że podczas zdobywania szczytu widział ludzi na drodze Kinshofera, o których naprawdę się obawiał.

"Ludzie mogli zabić się na naszych oczach"

10 czerwca rozpoczęła się kolejna niezwykła wyprawa Andrzeja Bargiela, która miała potrwać do 10 lipca. Tymczasem już 28 czerwca ruszyła górska akcja polskiego bohatera i towarzyszącego mu Janusza Gołąba, która zakończyła się powodzeniem i historycznym wyczynem na Nanga Parbat.

- Nie mieliśmy za dużo czasu, bo była średnia pogoda. Musieliśmy szukać rozwiązań, by się aklimatyzować, na szczytach obok i przeciwstokach. Po 25 dniach wróciliśmy do Polski, pewnie moglibyśmy już po 20, ale uznaliśmy, że nie ma co robić szaleństwa - tłumaczył popularny Jędrek na konferencji po powrocie do kraju. Nie oznacza to jednak, że całkowicie uniknął trudności.

Przeczytaj: Polak z historycznym wyczynem na "Zabójczej Górze"! Zrobił to jako pierwszy

Andrzej Bargiel po zdobyciu Nanga Parbat. "Ludzie mogli zabić się na naszych oczach"

- Nie mieliśmy innego wyjścia jak pójść w ten konkretny dzień, bo to było jedyne krótkie 2-dniowe okienko pogodowe. Później przyszło załamanie. Kiedy tylko Janusz zszedł do bazy, zaczęło sypać i nadeszła mocna burza. Samo wejście też jest wyzwaniem. Droga Kinshofera to moim zdaniem najtrudniejsza klasyczna droga dla takich zwykłych ludzi, w zasadzie 100 metrów pionowej, bardzo stromej ściany. Dla nas nie było to szczególne wyzwanie, ale widziałem tam ludzi, o których bałem się, że zginą na naszych oczach - przyznał wprost Bargiel.

O szczegółach porozmawialiśmy po oficjalnej części konferencji.

8 lat temu na Nanga Parbat zginął Polak, Tomasz Mackiewicz

Kamil Heppen, "Super Express": - Dariusz Załuski zdradził, że twój pierwotny plan wyglądał trochę inaczej, ale na miejscu musiałeś go zweryfikować.

Andrzej Bargiel: - Obserwując tę ścianę, drogę Messnera, uznałem po prostu, że tak często schodzą tam te lawiny i obrywają się seraki, że chyba jest to przesada i najrozsądniej będzie wejść tą drogą klasyczną. Mieliśmy dużo szczęścia, bo mogliśmy obserwować całą ścianę. Ona była super widoczna z przeciwstoku i z tej drogi klasycznej, więc można było się jej nauczyć, nauczyć się jej rytmu i to pozwoliło mi zdecydować się na zjazd, nie poruszając się nią. Jeżeli zjeżdżasz w tym newralgicznym terenie przez dwie godziny, a wchodzisz przez dobę, to jest różnica. I to jest duże minimalizowanie ryzyka. O tym troszeczkę ta aktywność jest, o minimalizowaniu ryzyka i staramy się to robić maksymalnie na ile się da.

- A sam pomysł na zdobycie Nanga Parbat kiełkował w tobie od dawna? Co skłoniło cię do tej akcji po zeszłorocznym sukcesie na Mount Everest?

- Od dawna o tym myślałem. Lubię wracać do Pakistanu, bo tam ta działalność komercyjnych wypraw nie jest tak intensywna, więc jest spokojniej i to jest dla mnie duży atut. Nepal jest bardziej komercyjny i to też była motywacja, ale pomysł na sam zjazd był dla mnie inspirujący, bo to było coś, co wymagało przejazdu po prostu przez ścianę, która jest bardzo duża i nie wiedzie wzdłuż drogi klasycznej. Mieliśmy też sporo szczęścia, bo mieliśmy dobre warunki śniegowe. Udało nam się trafić we właściwym momencie na to, by móc w tą ścianę się wbić, bo tam jest mnóstwo zagrożeń, m.in. zagrożenia lawinowe, obrywy seraków, a ten śnieg się po prostu przeobraził. Był moment, kiedy opady ustały i ten śnieg się ustabilizował.

- Dzięki tobie o Nanga Parbat znów jest w Polsce głośno, na szczęście pozytywnie. 8 lat temu były to smutniejsze okoliczności za sprawą tragicznej wyprawy Tomasza Mackiewicza. Janusz Gołąb mówił mi, że najprawdopodobniej widział to miejsce, w którym wtedy umierał. Dało się odciąć od tej historii?

- Na pewno staram się dystansować od takich rzeczy, ale mimo wszystko gdzieś i tak myślimy o tych osobach, które zginęły w górach i staramy się ciepło o nich myśleć. To są pasje, różne motywacje i tak naprawdę zawsze trzeba szanować te osoby. Dużo ich przewinęło się przez góry, ja też poznałem i znałem bardzo dużo ludzi, którzy zginęli. I to jest zawsze taki moment refleksji, ale staram się nigdy ich nie oceniać.

Myślę, że bardziej bałem się o osoby na drodze Kinshofera, po których widziałem, że nie potrafią robić tego poprawnie i generowało to duże ryzyko. Ludzie czasem nie zdają sobie nawet sprawy, w jaki teren się wybierają, a nie mają odpowiednich umiejętności. Dlatego warto się rozwijać, uczyć, poświęcić na to czas i uwagę, by robić wszystko poprawnie. Wszystko jest dla ludzi, ale trzeba się tego nauczyć.

- Janusz Gołąb zdradził też, że po całej akcji zegarek określił jego sprawność na poziomie 31-latka [w tym roku skończy 59 - red.]. Jak dużym wsparciem jest dla ciebie i na czym polega jego rola?

- Na pewno ma dużo doświadczenia. Zawsze staram się otaczać ludźmi, których znam i którzy znają się na tym, co robią. W zasadzie mamy ekipę, która jest samodzielna i w momencie, gdyby cokolwiek się wydarzyło, możemy na siebie liczyć. Tak naprawdę o to chodzi. A tak na co dzień to mamy okazję pójść razem, związać się liną w momencie, kiedy poruszamy się w terenie lodowcowym, i jesteśmy takimi partnerami. Możemy robić to razem, nie musimy chodzić sami, przeżywamy to wspólnie i jesteśmy przyjaciółmi, kolegami, którzy działają wspólnie w górach. To nie jest tak, że Janusz mnie wnosi w plecaku albo ja jego (śmiech). Nie ma takich bezpośrednich konkretnych zadań, po prostu chodzi o to, żeby mieć takiego partnera, osobę wokół siebie, która się na tym zna. Że gdy cokolwiek się wydarzy, po prostu mieć poczucie, że te osoby wiedzą, co mają robić i jesteśmy po prostu samowystarczalni w górach i nie musimy liczyć na wsparcie z zewnątrz.

- Na koniec: ta wyprawa zaczęła się 10 czerwca, a dzień później rozpoczynały się mistrzostwa świata w piłce nożnej, bliskiej twojemu sercu. Czy udało się jakkolwiek śledzić te piłkarskie wydarzenia, czy dopiero nadrabiasz zaległości?

- Jeszcze nie miałem okazji, czego bardzo żałuję! Wylądowaliśmy tam i nie mieliśmy w ogóle internetu, w zasadzie poza połączeniami telefonicznymi i urządzeniem do komunikatów tekstowych byliśmy wyłączeni. Bartek Pawlikowski, fotograf, musiał biegać czasem na dół 30 km w jedną stronę, żeby wysłać wam jakieś zdjęcia, więc mimo tego, że żyjemy w takich czasach, to czasem nadal jest to problem. Mam nadzieję, że nadrobię w pewnym sensie te zaległości. Te mistrzostwa i tak długo trwają, co mnie zaskoczyło, bo myślałem, że już się skończyły (śmiech). A tak jeszcze załapię się na te kluczowe mecze jeśli czas pozwoli, ale tak, lubię piłkę, i zawsze to była moja pasja, więc z chęcią to zrobię.

- W takim razie kto jest twoim faworytem?

- Musiałbym zobaczyć przynajmniej po jednym meczu każdej z drużyn, żeby powiedzieć więcej, ale chciałbym, żeby wygrała Argentyna z Leo Messim. Ale pewnie wygra Francja albo Anglia. Z kolei Norwegia daje wiarę takim zespołom jak my, że pewne rzeczy są po prostu możliwe.

Czwartkowy QUIZ z geografii. Szczyt w Himalajach czy choroba weneryczna? Nie tak łatwo zgadnąć!
Pytanie 1 z 10
Syfilis to:

Player otwiera się w nowej karcie przeglądarki