Spis treści
W poniedziałkowy wieczór podczas meczu drugiej ligi hiszpańskiej między CD Tenerife a FC Andorra doszło do tragicznego w skutkach zdarzenia. W doliczonym czasie gry bramkarz gości, Jesus Owono, wyskoczył do piłki i zderzył się z napastnikiem gospodarzy, Jesusem de Miguelem, uderzając go kolanem w klatkę piersiową. 30-latek upadł na murawę, a lekarze stwierdzili zatrzymanie akcji serca. Pomimo natychmiastowej reanimacji i przewiezienia do szpitala, piłkarz zmarł następnego dnia rano. Sprawą zajęła się policja, która wszczęła śledztwo w sprawie nieumyślnego spowodowania śmierci. W uroczystościach pogrzebowych wzięły udział tysiące osób, w tym selekcjoner reprezentacji Hiszpanii Luis de la Fuente i prezes Realu Madryt Florentino Perez.
Tomaszewski staje w obronie bramkarza. "To jest ryzyko zawodowe"
Wydarzenia z Hiszpanii skomentował Jan Tomaszewski, legendarny bramkarz reprezentacji Polski. Jego zdaniem, wina nie leży po stronie bramkarza, a takie sytuacje są wpisane w nowoczesny futbol.
- Moim zdaniem nie da się temu przeciwdziałać. Dlaczego? Dlatego, że bramkarz musi być tym czwartym albo piątym obrońcą - uważa Jan Tomaszewski.
Przeczytaj także: Afera w reprezentacji! Robert Lewandowski w środku absurdu. Legenda grzmi: „To jest cyrk”!
Były reprezentant Polski przywołał dramatyczną sytuację ze swojej kariery, która obrazuje, jak wielkie ryzyko podejmują zawodnicy.
- Graliśmy mecz w Sao Paulo z Brazylią przed mistrzostwami świata. Grałem wtedy jako jedyny bramkarz na szesnastym metrze, gdy atakowaliśmy. Jeśli przeciwnik zagrał długą piłkę, zawsze miałem do niej bliżej niż goniący ją napastnik i mogłem ją wybić nogą lub głową - wspomina.
"Straciłem przytomność, mogłem zakończyć karierę"
Podczas jednej z akcji doszło do groźnego zderzenia.
- Brazylijczycy przechwycili piłkę i zagrali długie podanie. Wybiegłem na trzydziesty metr i odchylając się, wybiłem piłkę głową. Napastnik w tym impecie nie zdążył zahamować i uderzył mnie w splot słoneczny. Straciłem przytomność, na boisku pojawiła się karetka - opowiada Tomaszewski. - Do dzisiaj mam ślad po tym uderzeniu. Przyjechałem do kraju półprzytomny i miałem półtora czy dwa miesiące przerwy.
Legendarny bramkarz podkreśla, że rywal nie chciał go skrzywdzić, a całe zdarzenie było nieszczęśliwym wypadkiem.
- Zawodnik nie chciał tego zrobić, po prostu w pędzie wpadł na mnie barkiem. To jest to samo, co uderzenie kolanem. Mogłem zakończyć karierę po takim faulu, ale to jest ryzyko zawodowe i trzeba to brać pod uwagę - podkreśla.
Zobacz też: Jan Urban skreślił jednego z liderów kadry i tłumaczy! "Bez owijania w bawełnę"
Tomaszewski jest przekonany, że podobnych sytuacji będzie coraz więcej, choć ma nadzieję, że nie będą one tak tragiczne.
- Wielka tragedia się stała. Jego serce nie wytrzymało. To jest ryzyko zawodowe, które trzeba wkalkulować w ten sport. Ja bym bramkarza nie winił - podsumowuje Tomaszewski.