Były w domu w Ługowie (woj. lubuskie) tylko we dwie, bo tata strażak miał akurat służbę. Misia ćwiczyła grę na skrzypkach, bo następnego miała wziąć udział w swym pierwszym konkursie muzycznym. Nagle mama Beata (42 l.), która siedziała na kanapie, osunęła się na podłogę. Dziewczynka podbiegła do niej. Kobieta nie reagowała na słowa, ani na potrząsanie. 7-latka zrozumiała, że mamusia straciła przytomność. Ale nie spanikowała. Chwyciła za telefon i tak jak nie raz mówił jej tatuś, wycisnęła numer alarmowy ,,112''.
Pan, który odebrał telefon, był bardzo opanowany. Kiedy Misia się przedstawiła i opowiedziała co zaszło, kazał dziewczynce sprawdzić czy mama oddycha. Na szczęście mama jest kobietą szczupłą, więc córeczka nie miała problemu, aby odwrócić ją tak, aby udrożnić górne drogi oddechowe. Po chwili poczuła na policzku matczyny oddech. - Żyje! - wykrzyknęła. Ratownik ze skupieniem słuchał, jak opowiada, co dzieje się z mamą, a później podaje, gdzie ma przyjechać pogotowie. Kilkukrotnie powtarzała, że mieszka w Ługowie, a nie w oddalonym o kilkanaście kilometrów Łagowie. Później wróciła do mamy i głaskała ją po buzi. Kiedy do domu wchodzili ratownicy, pani Beata oczy otworzyła. Jak się okazało, straciła przytomność ze względu na koszmarną anemię, z której rozmiarów nie zdawała sobie sprawy. Michasia odetchnęła, a następnego dnia wygrała swój pierwszy muzyczny konkurs. W kategorii ,,debiuty''.