Siadamy więc w barobusie. Pan Andrzej przeprasza, że będzie jeść i jednocześnie odpowiadać na pytania. Robi tak zresztą zawsze, bo nie chce tracić cennych minut pracy na pogawędki. W powietrzu czuć smakowity zapach zupy. Pan Andrzej w trakcie wywiadu często się zamyśla i patrzy nostalgicznie to w okno, to w talerz.
- Chciał pan zostać zakonnikiem. Nie kręciły pana kobiety?
- To prawda - życie zakonne bardzo mi się podobało. Głównym punktem odniesienia był klasztor i kościół Bernardynów, gdzie byłem ministrantem. Do dziś znam ministranturę po łacinie. Ale marzenia o życiu w celibacie przeszły mi, kiedy zacząłem dojrzewać. Dostrzegłem wtedy, że wokół jest tyle pięknych kobiet... Nie dało się tych dwóch fascynacji ze sobą pogodzić.
- I wtedy postanowił pan zostać polskim Robertem De Niro, żeby łamać kobiece serca?
- Ależ skąd! Aktorem zostałem z głupoty i braku zainteresowań. Kiedy zdawałem maturę, miałem 17 lat. Nie miałem pojęcia, co chciałbym robić w życiu. Mój starszy brat - Mikołaj - zawsze chciał być aktorem i studiował w krakowskiej PWST. Będąc na wagarach, kilka razy odwiedziłem go w szkole. Na korytarzach szkoły teatralnej bardzo mi się spodobało. Było tam mnóstwo zjawiskowych dziewczyn. Postanowiłem więc tam zdawać.
- Nadal nie potrafi pan przejść obojętnie obok pięknej kobiety?
- Tak. I mam nadzieję, że nie przejdzie mi to do końca życia. Największe wrażenie robią na mnie niezbyt wysokie, drobne kobiety. Te duże nie są w moim guście. Najlepiej, żeby kobieta wyglądała jak Marilyn Monroe. Co prawda czytałem, że Marilyn była chimeryczna i miała paskudny charakter. Ale co mnie to obchodzi? Wyglądała niekiepsko i była świetną aktorką.
-Ulega pan porywom namiętności?
- Oczywiście, że tak. Mam gorące serce i ulegam wichrom namiętności! Ale niech mi pani wskaże mężczyznę, który potrafi się im oprzeć! Chętnie go poznam. Może dowiem się od niego, jak mu się to udaje.
- A jak było z Justyną Wieczorek, którą poznał pan na planie serialu "Odwróceni"? Poderwał pan asystentkę reżysera...
- O tym nie rozmawiam! Moje życie uczuciowe, podobnie jak to, co się dzieje w mojej sypialni, to wyłącznie moja prywatna sprawa.
- Ostatnio widzieliśmy pana w roli mrocznego typa łapiącego zbirów. Jak kocha taki mężczyzna jak Gebels?
- Pomyślałem sobie, że taki facet, który w pracy jest bardzo twardy, równie szorstki jest w miłości. Na zewnątrz stwarza pozory niedostępności, zakłada maskę pokerzysty, ale w środku tak naprawdę jest miękki. W miłości idzie na całość. Zwłaszcza na początku związku, kiedy robi się maślane oczy. A kiedy Gala, w której się zakochał, zostaje postrzelona - szaleje z rozpaczy. I kiedy trzeba, potrafi się nią zaopiekować.
- Czy w życiu kobieta też mogłaby się wesprzeć na pana silnym ramieniu?
- Chciałbym, żeby kobieta czuła się przy mnie bezpiecznie i zawsze staram się nią opiekować. Ale czasem wychodzi to wręcz na opak, bo nie każda kobieta to lubi. Czasem po prostu odbiera to jako nadopiekuńczość i "ręczne sterowanie". A kobiety zwykle wolą być samodzielne. Nie zawsze to, co mężczyźnie wydaje się dobre, jest dobre dla kobiety.
- Ferdek czy Gebels? Do kogo jest panu bliżej?
- Zagranie Gebelsa było dla mnie trudniejszym zadaniem. Cały czas chodziłem i myślałem o tej postaci. Długo starałem się zobaczyć tego faceta w sobie. Bałem się, czy nie jestem zbyt Kiepski, by zagrać twardego glinę. W dodatku Patryk Vega zaproponował mi rolę Gebelsa, kiedy Ferdek Kiepski osiągnął szczyt popularności... Najpierw zaproponował mi tę rolę, a potem się z tego wycofał. Przeprosił. Powiedział, że moja twarz za bardzo kojarzy mu się z gębą Ferdka. Ale "Pitbull" wtedy z jakichś powodów nie został zrobiony. Po trzech latach znowu zadzwonił i zapytał, czy się nie gniewam, i czy nie mógłbym jednak u niego zagrać...
- Trudno było panu zmienić tę "gębę Ferdka"?
-ĘNa początku Patryk Vega pokazał nam serial dokumentalny "Prawdziwe psy", który wcześniej zrobił. Opowiadał o pracy tych policjantów, a nawet poznał nas z nimi. Spotkałem się twarzą w twarz z człowiekiem, który jest pierwowzorem serialowego Gebelsa. Ten Gebels to bardzo fajne doświadczenie w moim życiu. Ale rzeczywiście - wiele mnie kosztuje. Na planie przez kilka miesięcy ciągle kogoś ścigam, gonię, zabijam albo odwiedzam prosektorium! To przecież odciska się na psychice. O Ferdku właściwie chciałbym już zapomnieć...
- Nie zwalnia pan tempa i pracuje przy kilku projektach. Kolejna seria "Pitbulla" i "Świata według Kiepskich", kabaret, teatr, filmy. Dlaczego pan tyle na siebie bierze?
- Bo tyle mi dają. Kto wie, czy za rok będę mieć równie dużo propozycji? Może nie będzie ich wcale. Na razie prowadzę cygańskie życie. Krążę między Warszawą a Krakowem. Jak mnie ktoś pyta, kiedy odpoczywam, to odpowiadam, że na czerwonych światłach.
Andrzej Grabowski
ur. 15 marca 1952 w Alwerni koło Krakowa, aktor, scenarzysta i kabareciarz. Ukończył szkołę teatralną w Krakowie. Niedługo później rozpoczął pracę na deskach Teatru im. Słowackiego, z którym związany był przez wiele następnych lat Ma w swoim dorobku ok. 150 ról, w tym blisko 50 filmowych. Szczególną popularność zawdzięcza roli Ferdynanda Kiepskiego w serialu komediowym "Świat według Kiepskich". Zagrał m.in. w filmach: "Świadek koronny", "Superprodukcja", "Zróbmy sobie wnuka" oraz w serialach "Boża podszewka", "Pitbull", "Złotopolscy", "Odwróceni", "Ja wam pokażę".