PKP to nie jest najbezpieczniejszy środek lokomocji. Gdy za sterami kilkudziesięciotonowej lokomotywy siedzi tak nieodpowiedzialny człowiek jak Artur K. (34 l.), pospieszny pociąg może stać się śmiertelnie niebezpieczną pułapką. Tak było wczorajszej nocy...
Zegarki pasażerów gnającego z zawrotną prędkością Intercity wskazywały godzinę 1.00. Pociąg mijał właśnie Szewkę, małą wieś na Dolnym Śląsku, gdy pociągiem szarpnęło tak mocno, że przerażeni ludzie powypadali z siedzeń. Zgrzyt metalu trącego o metal przyprawiał o ciarki, a za oknami jasno było od iskier. W niektórych wagonach pojawił się dym. Potem nastała dramatyczna cisza...
- Ludzie zaczęli krzyczeć, niektóry krwawili, chcieliśmy jak najszybciej opuścić ten piekielny pociąg - mówi jeden z pasażerów. Kilku mężczyzn wyszło z wagonów, żeby zobaczyć, co się dzieje z maszynistą. Ale o zgrozo! Kabina była pusta...
Na miejscu katastrofy jako pierwsi pojawili się funkcjonariusze Straży Ochrony Kolei. Natychmiast ewakuowano pasażerów. Trzech zabrało pogotowie. Rozpoczęło się poszukiwanie maszynisty. - Motorniczy uciekł z lokomotywy zaraz po jej wykolejeniu - opowiada Adam Radek, rzecznik SOK-u. - Mężczyzna siedział skulony w krzakach - dodaje, ale już nie wspomina, jaki widok zastali mundurowi. Artur K. w krzakach jak gdyby nigdy nic sączył piwo z puszki! A w torbie miał jeszcze cztery! Alkomat wskazał, że w wydychanym z płuc maszynisty powietrzu było aż 3 promile. Natychmiast zabrano go do izby zatrzymań.
Artur K. dziś zostanie doprowadzony do prokuratury. Za spowodowanie katastrofy w ruchu lądowym może spędzić w więzieniu nawet 10 lat.