Ratując matkę urwał dziecku główkę

2007-06-04 21:12

Koszmar, po którym nie sposób się otrząsnąć! Lekarz podczas porodu w szpitalu urwał noworodkowi główkę. Mówi, że nie chciał zabić dziecka, że robił wszystko, by uratować matkę. Zgodził się z nami o tym porozmawiać.

Pacjentka, Grażyna Kowalska (33 l.) z Białegostoku, i jej bliscy nie mają do lekarza pretensji. Oskarżają za to tych lekarzy, którzy zajmowali się ciężarną wcześniej i prawdopodobnie to przez ich zaniedbania doszło do zakażenia kobiety groźnym gronkowcem, od którego zaczęła się cała tragedia.

Wyścig z czasem

Po długich namowach prof. dr hab. med. Maciej Jóźwik (45 l.) daje się namówić na rozmowę. Wystarczy spojrzeć na niego, a widać, że ta sprawa ciągle go dręczy.

- Pracuję ponad dwadzieścia lat i nie miałem przypadku, by tak zaklinowała się główka... - mówi stłumionym głosem. Milknie na chwilę i po dłuższej zadumie wyrzuca z siebie: - To był wyścig z czasem, musiałem jak najszybciej wydobyć płód, bo życie matki było zagrożone - prof. Jóźwik, specjalista z kliniki ginekologii Samodzielnego Publicznego Szpitala Klinicznego w Białymstoku, tylko nam opowiada o dramacie, jaki przeżył.

29 kwietnia, wieczór. Grażyna Kowalska trafia do prof. Jóźwika.

Na sali zapadła cisza

- To był 24. tydzień ciąży, przedwczesny poród. Kobiecie odpłynęły wody. Była zakażona gronkowcem złocistym. Dziecko na pewno też - wyjaśnia profesor. O tym, że jest zakażona, Jóźwik dowiedział się tuż przed porodem.

Podejmuje błyskawiczną decyzję, otwiera brzuch ciężarnej. Widzi, że główkę i szyjkę dziecka zaciska mięsień macicy. Lekarz próbuje wydobyć zaklinowane dziecko. Raz, drugi, kolejny. I wtedy... Główka oddziela się od reszty ciała...

- Na sali zapadła cisza. Byłem zaskoczony, podobnie jak reszta personelu - kontynuuje lekarz.

Nie jest w stanie opanować łez. Chowa twarz w dłoniach. Wychodzi z gabinetu. Po kilku minutach wraca, przeprasza.

- Operacja kończy się po 80 minutach - profesor wraca do wstrząsającej relacji z porodu. - Chłopczyk ważył 600 gramów.

Pani Grażyna nie chce rozdrapywać ran i nie godzi się na rozmowę. Przez swoją matkę przekazuje, że nie ma żalu do prof. Jóźwika. Wie, że robił wszystko, by ratować jej życie.

Błąd popełniono wcześniej?

Ma za to wielkie pretensje do lekarzy ze szpitala położniczego przy ul. Warszawskiej w Białymstoku, w którym przebywała wcześniej. Trafiła tam 3 kwietnia z silnymi bólami brzucha.

Walentyna Kochanowska (61 l.), jej matka, mówi, że od początku nie tak jak należy obchodzono się z Grażyną. Najpierw przerzucano ją z jednego szpitala do drugiego jak zbędny balast. Nie zadbano, by kobieta w zagrożonej ciąży nie chodziła samodzielnie po szpitalu. A najgorsze, że w porę nie przekazano dokumentacji medycznej pani Grażyny do szpitala klinicznego. Lekarze zbyt późno dowiedzieli się, że rodząca ma gronkowca.

Od gronkowca do tragedii

Zaraziła się nim - jak uważają pani Walentyna i jej córka - w szpitalu przy ul. Warszawskiej. I to tam zaczął się dramat.

Lekarze z ul. Warszawskiej nie mają sobie nic do zarzucenia. Dr Edward Kobylec, ordynator porodówki, zapewnia, że na jego oddziale kobieta na pewno się nie zaraziła. Sugeruje, że mogło się to stać wcześniej, na przykład w poradni dermatologicznej, gdzie pacjentka się leczyła. Zakażenie mogło wywołać skurcze macicy, a te z kolei doprowadziły do pęknięcia pęcherza płodowego i odejścia wód.

- Zabezpieczyliśmy dokumentację medyczną tej pacjentki - powiedziała nam Katarzyna Pietrzycka z białostockiej Prokuratury Rejonowej, która bada sprawę.

Kiedy prof. Maciej Jóźwik myślami powraca do tego koszmarnego wieczoru, zapewnia, że zachowałby się tak samo.

- Zrobiłem wszystko, co do mnie należało.

Personalia pacjentki i jej matki zostały zmienione

W Polsce co piąty pacjent zaraża się w szpitalu

Co dziesiąty zakażony w szpitalu pacjent umiera - to smutna prawda o bezpieczeństwie w polskiej służbie zdrowia. W porównaniu z innymi krajami Unii wypadamy fatalnie.

Dla przykładu, w UE 5 proc. pacjentów ulega szpitalnemu zakażeniu. W Polsce ich liczba jest trzykrotnie większa, w niektórych szpitalach zagrożonych jest nawet 20 proc. pacjentów.

Nawet 60 procent chorujących na żółtaczkę typu B zaraziło się podczas kontaktu ze służbą zdrowia. Jeszcze gorzej jest w przypadku nieuleczalnej żółtaczki typu C - ponad 80 proc. zakażonych zaraziło się w szpitalu lub przychodni.

Najbardziej ryzykowne są zabiegi ambulatoryjne i chirurgiczne. Najczęściej pacjenci zarażają się szczepami gronkowca, pałeczkami ropy błękitnej i paciorkowca.

Player otwiera się w nowej karcie przeglądarki