Tobiasz Miński od roku studiował na wydziale sztuk pięknych uniwersytetu w Huddersfield (30 km od Leeds). Do Wielkiej Brytanii wyjechał razem ze swoją dziewczyną - Gosią (20 l.). Razem zamieszkali, studiowali na tym samym kierunku. Tobiasz dorabiał sobie, pracując w miejscowym barze.
Feralnego wieczoru, kiedy chłopak wyszedł na imprezę, Gosi nie było razem z nim.
- Nie wiem, jak teraz będę żyła. Od trzech lat byliśmy razem. Nie wyobrażam sobie życia bez Tobiasza - łka Gosia. O tym, że jej ukochany nie żyje, dowiedziała się raptem kilka godzin temu.
Ostatni raz Polaka widziano w nocy z 8 na 9 listopada. Przechodził obok klubu Camel w Huddersfield, a potem około 5 rano wsiadał do taksówki. Policja ustaliła, że w samochodzie było jeszcze trzech zupełnie obcych mu mężczyzn. Potem ślad się urwał.
- Nikt nie zainteresował się tą sprawą. Dopiero teraz wzięli się do roboty - mówi ojciec Tobiasza. - Tylko że nikt mu już nie pomoże! Policjantka, która prowadziła śledztwo, poszła na 6-dniowy urlop. W tym czasie sprawa leżała w szufladzie - podkreśla załamany ojciec.
Wciąż nie wiadomo, w jaki sposób nasz rodak zginął. Jego ciało leżało nad kanałem. Policja w West Yorkshire aresztowała w tej sprawie dwie osoby: 25-letniego mężczyznę i 22-letnią kobietę.