Był dobrym i cenionym kardiologiem i internistą. W rodzinnej Łodzi miał prywatny gabinet. Do Pleszewskiego Centrum Medycznego przyjeżdżał tylko na weekendowe dyżury. – Wszyscy go bardzo lubiliśmy. Pacjenci go wręcz uwielbiali – mówią o Łukaszu K. jego współpracownicy ze szpitala. Był pracowity i sumienny. Niestety, jego ostatni dyżur skończył się tragicznie.
Do szpitala przyjechał w piątek o 16. Wcześniej pokonał autem blisko 180 km dzielące Łódź od Pleszewa. To prawie trzy godziny jazdy. W szpitalu miał być niedzielnego poranka. – Na takim systemie pracy zależało właśnie panu doktorowi. Pracował tak u nas od pół roku – mówi Ireneusz Praczyk, rzecznik placówki.
Dyżur przebiegał standardowo. Łukasz K. badał pacjentów, rozdysponowywał leki, sprawdzał wyniki badań. Zachowywał się normalnie. Z soboty na niedzielę o 1.20 ostatni raz udzielał pomocy pacjentowi. – Zajęło mu to 10 minut. Potem poszedł do dyżurki, żeby się zdrzemnąć. Zamknął drzwi od środka. O 8 rano znaleźli go tam koledzy lekarze. Już nie żył – mówi Maciej Meler z Prokuratury Okręgowej w Ostrowie Wielkopolskim, która odtworzyła bieg wydarzeń.
Teraz śledczy muszą ustalić przyczyny śmierci lekarza, który osierocił troje dzieci. - Był zatrudniony także na terenie innego województwa, więc musimy przejrzeć dokumentację z różnych placówek, by cokolwiek powiedzieć o realnym wymiarze czasu pracy lekarza – mówi Maciej Meler. Sprawą medyka zajmuje się też Państwowa Inspekcja Pracy.