Obalony przez USA Nicolas Maduro trafił do aresztu w Nowym Jorku. W poniedziałek ma usłyszeć zarzuty związane z narkotykami i terroryzmem
A jednak Donald Trump to zrobił - mimo zapewnień o tym, że teraz zajmie się problemami wewnętrznymi Ameryki, mimo pozornej rezygnacji z roli żandarma świata, uderzył militarnie na Wenezuelę. 3 stycznia obalił jej dyktatora i ogłosił, że Amerykanie przejmują władzę w tym kraju, a obecności wojsk z Waszyngtonu resztki współpracowników Maduro unikną tylko wtedy, gdy całkowicie ugną się pod wszelkimi żądaniami USA. Co więcej, w wyniku brawurowej operacji sił specjalnych porwał z ich własnej sypialni prezydenta Nicolasa Maduro i jego żonę Cilię Flores, a potem wywiózł do Stanów Zjednoczonych, by postawić ich przed sądem. Minionej nocy, z 3 na 4 stycznia naszego czasu, w sieci i na portalach informacyjnych pojawiły się już zdjęcia i filmy przedstawiające przestraszonego eks dyktatora prowadzonego do nowojorskiego aresztu. Tam w poniedziałek, czyli jutro, 5 stycznia, niegdysiejszy prezydent Wenezueli ma usłyszeć poważne zarzuty związane z narkotykami i działalnością terrorystyczną. Najcięższy z nich dotyczy uczestnictwa w zmowie odnośnie narkoterroryzmu, za samo to przestępstwo grozi od 30 lat więzienia do dożywocia.
Trump mówi, że chodzi o wolność i walkę z narkobiznesem. Czy na pewno?
Bo to właśnie napływem narkotyków przez Wenezuelę do USA Trump tłumaczy swoje radykalne działania, choć mnożą się komentarze, które głoszą, że to wcale nie Wenezuela jest głównym źródłem, z którego nielegalne środki płyną do Ameryki, a Waszyngton po prostu znów bierze na celownik kraj, w którym dziwnym trafem jest bardzo dużo ropy naftowej - co więcej, w tym wypadku eksportowanej głównie do Chin. Oczywiście Trump podkreśla, że chce "zapewnić wolność narodowi" i faktycznie mało kto będzie płakał po Maduro, ale przyszłość Wenezueli jest teraz bardzo niepewna. Kraj może pogrążyć się w chaosie, a Amerykanie mogą w nim utknąć na lata, co nie jest zresztą zbyt korzystne dla Polski, bo sytuacja będzie zapewne jeszcze długo skutecznie zajmować Trumpa i odwracać jego uwagę od Ukrainy i Rosji.
Tymczasem podano liczbę ofiar amerykańskich ataków, w tym cywilów, którzy ponieśli śmierć. Póki co według wenezuelskich władz pozostałych w Caracas - a reprezentuje je głównie wiceprezydent Delcy Rodriguez - zabitych zostało czterdzieści osób. Rodriguez ogłosiła, że nie zamierza się poddać i potępiła amerykański atak, co zresztą zrobiły także m.in. Chiny i Rosja.
Trump żądał zwrotu "ropy, ziemi i aktywów". "Muszą być zwrócone USA NATYCHMIAST"
Spekulacje na temat możliwości takiego rozwoju wydarzeń pojawiały się od miesięcy, odkąd Donald Trump zaczął oskarżać prezydenta Wenezueli Nicolasa Maduro o kierowanie kartelem narkotykowym, wzywał go bezskutecznie do ustąpienia ze stanowiska i ucieczki z kraju. W połowie grudnia ogłosił blokadę tankowców w portach Wenezueli, wcześniej wielokrotnie atakował łodzie na Morzu Karaibskim, argumentując, że to łodzie przemytników i zabijając w ten sposób ponad setkę osób. Kilka dni temu zaatakował też port w Wenezueli dronami. Aż w końcu zdecydował się na otwartą wojskową interwencję i obalanie władz w Caracas. „Nielegalni cudzoziemcy i kryminaliści, których reżim Maduro wysłał do USA podczas słabej i nieudolnej administracji Bidena, są zawracani do Wenezueli w szybkim tempie. Ameryka nie pozwoli kryminalistom, terrorystom ani krajom na okradanie, grożenie albo wyrządzanie szkody naszemu krajowi i tak samo nie pozwoli wrogiemu reżimowi na zabieranie naszej ropy, ziemi ani żadnych innych aktywów, wszystkie z nich muszą być zwrócone USA NATYCHMIAST” - pisał Trump i trudno powiedzieć, co miał na myśli, mówiąc o tym zwrocie. Dziś mówi, mając na myśli przemysł naftowy w Wenezueli: "Cóż, myślę, że będziemy w to mocno zaangażowani. Co mogę powiedzieć, mamy najwspanialsze firmy naftowe na świecie, największe, najlepsze i będziemy bardzo zaangażowani".