Recep Erdogan mocno skrytykował Izrael. Prezydent Turcji mówił o "apokaliptycznych scenariuszach" i religijnej motywacji. O co chodzi?
"Kierując się iluzją ziemi obiecanej, izraelski rząd po Palestynie i Libanie weźmie na cel naszą ojczyznę" - tak powiedział jeszcze w 2024 roku Recep Erdogan w parlamencie. Zaatakowane zostały wtedy miejsca w Jemenie, Iranie, Libanie, w tym ostatnim kraju doszło nawet do inwazji lądowej, choć na ograniczoną skalę. "Izraelska agresja ma na celu również Turcję. Dla naszej ojczyzny i niepodległości będziemy stawiać czoło temu państwowemu terroryzmowi wszelkimi środkami, jakimi dysponujemy" - oznajmił wówczas prezydent Turcji. "To teoria spiskowa" - tak komentowała wówczas słowa tureckiego prezydenta dla PAP Amanda Paul z European Policy Centre. Dziś, kiedy Izrael atakuje Iran i Liban wspólnie z USA, Erdogan wrócił do tematu roli biblijnej idei "ziemi obiecanej", według niego odgrywającej kluczową rolę w wojnie na Bliskim Wschodzie i jej rzeczywistych powodach. Przemawiając w Ankarze, nazwał Izrael organizacją, która "zdobyła władzę, uważa się za lepszą od innych i krok po kroku wciąga nasz region w katastrofę".
"Ważne jest, aby zerwać z narzuconymi programami i wyjaśnić wszystkie te realia, to barbarzyństwo i ten stan szaleństwa całemu światu"
„Wszyscy wiemy, że celem ataków na Strefę Gazy, następnie na Jemen i Liban, a na końcu na Iran, nie jest wyłącznie bezpieczeństwo” - mówił turecki polityk. Stwierdził, że jego zdaniem mamy do czynienia z narracjami od „ziemi obiecanej” po „scenariusze apokalipsy” i dodał, że nie jest to przypadek. „Ważne jest, aby zerwać z narzuconymi programami i wyjaśnić wszystkie te realia, to barbarzyństwo i ten stan szaleństwa całemu światu w sposób, który będzie oddziaływał” - zaapelował Erdogan. Podniósł też temat meczetu Al-Aksa, co w podobnym kontekście zdarza się często. Jak powiedział prezydent Turcji, Izrael zamknął meczet Al-Aksa dla muzułmanów na 17 dni „bez żadnego upoważnienia i z arbitralnych powodów”.
Erdogan uzasadnia ataki militarne cytatami z Biblii. Twierdzi, że ma duchową misję
Erdogan poczynił wyraźne aluzje do religijnych uzasadnień wojny, jakie nie raz wygłaszał Netanjahu. Przykładowo na początku marca podczas wizyty w miejscu trafionym irańskim pociskiem oświadczył: „W tym tygodniu w Torze czytamy: »Pamiętajcie, co wam zrobił Amalek«. Pamiętamy i działamy”. W 2023 roku, gdy rozpoczęła się lądowa inwazja na Gazę, powiedział żołnierzom Sił Obronnych Izraela: „Musicie pamiętać, co wam zrobił Amalek, mówi nasza Święta Biblia. I my pamiętamy”. Amalek w Biblii to nazwa ludu – Amalekitów. Byli oni jednym z wrogów Izraela w Starym Testamencie. Z kolei w 2025 roku w wywiadzie dla i24 TV premier Izraela powiedział, że ma "historyczną i duchową misję” i stwierdził wprost, że jest mu bliska idea Wielkiego Izraela. Podczas wywiadu posłanka Sharon Gal wręczyła Netanjahu coś, co nazwała amuletem „mapy Ziemi Obiecanej”. „Czy utożsamia się pan z tą wizją?” – pytała. „Bardzo” – odpowiedział premier. „Wiesz, że często wspominam o moim ojcu. Pokolenie moich rodziców musiało założyć państwo. A nasze pokolenie, moje pokolenie, musi zagwarantować jego dalsze istnienie. I postrzegam to jako wielką misję”. „Wielki Izrael” obejmuje okupowane terytoria palestyńskie, a także części sąsiednich krajów, w tym Jordanię, Liban, Syrię i Egipt.
Nic dziwnego zatem, że ówczesne słowa premiera Izraela wywołały oburzenie w regionie. Jordania określiła je mianem „prowokacyjnej eskalacji”, Arabia Saudyjska mówiła o „planach ekspansjonistycznych przyjętych przez izraelskie władze okupacyjne”, a Katar potępił słowa Netanjahu jako „rażące naruszenie suwerenności państw, prawa międzynarodowego, Karty Narodów Zjednoczonych i rezolucji o legitymacji międzynarodowej”. „Takie wypowiedzi podważają stabilność regionalną, odrzucają drogę pokoju i przeczą aspiracjom podmiotów międzynarodowych i regionalnych dążących do zapewnienia trwałego bezpieczeństwa” – ogłosiło wtedy Ministerstwo Spraw Zagranicznych Egiptu.
Podobne obawy w regionie wywołał niedawny wywiad z ambasadorem USA w Izraelu
Z podobnymi reakcjami spotkała się niedawna głośna wypowiedź ambasadora USA w Izraelu. Tuż przed rozpoczęciem wojny z Iranem amerykański dziennikarz Tucker Carlsson zapytał Mike'a Huckabee, czy Izrael ma prawo do „zasadniczo całego Bliskiego Wschodu", skoro tak teoretycznie można interpretować fragment Biblii mówiący o ziemi między Nilem w Egipcie a Eufratem w Syrii i Iraku. Ambasador bynajmniej nie zaczął zaprzeczać, lecz odrzekł, że „byłoby dobrze, gdyby Izrael zabrał wszystko”, ale kraj ten nie dąży do tego, tylko... „prosi o przynajmniej przejęcie ziemi, którą obecnie okupuje”. Jak dodał, „to byłby duży kawałek ziemi” i to "nie jest to, o czym się teraz mówi". „Nie proszą o powrót i odebranie wszystkiego, ale proszą o odebranie przynajmniej ziemi, którą teraz zajmują, na której teraz mieszkają, którą teraz legalnie posiadają i która jest dla nich bezpieczną przystanią”. W dalszej części rozmowy dyplomata starał się tonować wypowiedź, mówiąc, iż słowa o zabraniu "całości" były "nieco przesadne", ale zdążyła już ona wybrzmieć. Potraktowano ją poważnie, a oświadczenie potępiające te słowa podpisały Zjednoczone Emiraty Arabskie, Egipt, Jordania, Indonezja, Pakistan, Turcja, Arabia Saudyjska, Katar, Kuwejt, Oman, Bahrajn, Liban, Syria i Państwo Palestyna, a także Organizacja Współpracy Islamskiej, Liga Arabska i Rada Współpracy Zatoki Perskiej. Nazwano słowa Huckabee „niebezpiecznymi i podburzającymi”.