Dziś polscy wolontariusze pomagają już Syryjczykom budować od podstaw strukturę ratowniczą K9. Nie chcą przywieźć do Aleppo gotowego europejskiego modelu. Chcą sprawić, by za kilka lat Syryjczycy potrafili szkolić własnych przewodników i własne psy. W kraju, który po upadku reżimu Baszara al-Asada próbuje na nowo stworzyć instytucje państwa, nawet taki projekt staje się częścią znacznie większej opowieści o odbudowie.
Sierpniowe popołudnie w Poznaniu. Ciepło, herbata, budynki Ochotniczej Straży Pożarnej przy jednostce ratowniczo-gaśniczej nr 4. Na pierwszy rzut oka Syria jest stąd bardzo daleko. A jednak właśnie tutaj prowadzi jedna z nici łączących Poznań z Aleppo.
W tej jednostce od ćwierć wieku pracuje się z psami ratowniczymi. Są zwierzęta doświadczone i są szczeniaki, które dopiero zaczynają szkolenie. Przede wszystkim jest jednak wiedza i doświadczenie, nabywane przez lata. Są też w praktyce wypracowane procedury. To wszystko ma teraz pomóc w powstaniu profesjonalnej grupy, której w Syrii do niedawna właściwie nie było.
— Moje OSP, Grupa Ratownictwa Specjalistycznego w Poznaniu, zajmuje się psami ratowniczymi od ćwierć wieku. Tylko tym. Nie gasimy pożarów, zajmujemy się tego typu ratownictwem i wspieramy grupę poszukiwawczo-ratowniczą właśnie w dziedzinie psów — opowiada Przemysław Rembielak, zawodowy strażak, który struktury straży budował nie tylko po upadku komunizmu w Polsce, ale też choćby w Sudanie Południowym.
W Syrii partnerem Polaków są Białe Hełmy — Syria Civil Defence. Organizacja, która wyrosła podczas wojny z ochotniczych zespołów niosących pomoc ludziom bombardowanym przez siły reżimu, a po zmianie władzy weszła w nowy etap. W czerwcu 2025 roku ogłosiła decyzję o pełnej integracji z syryjskim państwem. Programy reagowania kryzysowego mają być przenoszone do Ministerstwa Zarządzania Kryzysowego i Klęsk Żywiołowych, tak by budować jednolity, ogólnokrajowy system ratowniczy. W tej nowej strukturze ma znaleźć się również komponent K9 — zespoły przewodników i psów wyszkolonych do lokalizowania ludzi. I właśnie w tym miejscu pojawiają się Polacy.
Pomysł zrodzony po katastrofie
Początek tej historii prowadzi jednak nie do Poznania i nie do Aleppo, ale na turecko-syryjskie pogranicze w lutym 2023 roku. 6 lutego ziemia zatrzęsła się tam z siłą, jakiej region nie doświadczył od dziesięcioleci. Pierwszy z wielkich wstrząsów miał magnitudę 7,8. Niedługo później nastąpił kolejny, niemal równie silny. Potem przyszły setki wstrząsów wtórnych. Katastrofa objęła ogromne obszary Turcji i północnej Syrii.
Rok później Światowa Organizacja Zdrowia podsumowała, że w obu krajach zginęło ponad 59 tysięcy ludzi — ponad 53,5 tysiąca w Turcji i około 8,5 tysiąca w Syrii. Dziesiątki tysięcy ludzi zostało rannych.
W samej Syrii ONZ mówiła o około sześciu tysiącach zabitych i blisko 13 tysiącach rannych. Katastrofa uderzyła w państwo już wcześniej wyniszczone ponad dekadą wojny, kryzysem gospodarczym i masowym przesiedleniem ludności. W pierwszych dniach po trzęsieniu było jeszcze gorzej. ONZ szacowała, że w dotkniętych katastrofą obszarach Syrii mieszkało około 8,8 miliona osób.
W Turcji pojawiły się międzynarodowe ekipy ratownicze, specjalistyczny sprzęt, psy. Po syryjskiej stronie granicy możliwości były znacznie bardziej ograniczone.
Poznańska działaczka społeczna, od lat pracująca na rzecz Syrii, Paulina Kuntze widziała tę dysproporcję z bliska.
— W czasie, kiedy było trzęsienie ziemi w Turcji, oczywiście, byłam na miejscu i pomagałam swoim przyjaciołom. Tam zrodził mi się pomysł tego, że po drugiej stronie granicy, tuż obok, czyli po stronie syryjskiej, nie ma takiego wsparcia, jeśli chodzi o sprzęt, ludzi itd., gdzie po tej tureckiej stronie praktycznie cały świat się zleciał — wspomina.
Kuntze była związana z Syrią od ponad dekady. Działała społecznie, zajmowała się prawami człowieka, organizowała pomoc. Kiedy doszło do trzęsienia ziemi, pojechała nie jako przedstawicielka dużej organizacji, lecz przede wszystkim do ludzi, których znała.
— Przez wiele, wiele lat jestem wolontariuszką, działaczką społeczną, aktywistką, jakkolwiek by tego nie nazwać, związaną z prawami człowieka, ja to nazywam pro-człowiecznym działaniem. (…) Wtedy leciałam po prostu do moich przyjaciół, którzy stracili w tym trzęsieniu ziemi bliskich.
Na stronie uruchomionej później zbiórki opisuje, że właśnie wtedy nabrała pewności: sama odwaga syryjskich ratowników nie wystarczy. Potrzebne są psy poszukiwawczo-ratownicze. To z tej potrzeby zrodził się późniejszy K9 NosePrint Project Syria.
Telefon w nocy
Kuntze zaczęła szukać w Polsce ludzi, którzy wiedzą, jak taki system stworzyć. Przez wspólnego znajomego dostała numer do Przemysława Rembielaka. Było późno, ale mimo to zadzwoniła.
— Dostałam ten numer i naprawdę późnym wieczorem zdecydowałam się, że dzwonię do tego faceta. Zadzwoniłam, Przemek odebrał i przez bite pół godziny opowiadałam mu o tym, kim jestem, co robię, gdzie jestem, jakie widzę potrzeby. I ten człowiek ze stoickim spokojem, zupełnie obcej osobie, z tą chaotyczną moją wypowiedzią, z którą musiał się pewnie zmierzyć, odpowiedział mi: słuchaj, ja w to wchodzę, ale to jest bardzo, bardzo wymagająca i ciężka praca.
Przemysław Rembielak od razu zastrzegł jedno - nie będzie szybkiego sukcesu.
— Musisz zrozumieć to, że praca z psem i tworzenie czegoś takiego od podstaw to są lata.
Dla osoby przyzwyczajonej do działania w kryzysie — reagowania tu i teraz, szukania natychmiastowych rozwiązań — był to zupełnie inny, nowy rytm.
— I wtedy mi się to otworzyło, że okej, ja jestem gotowa na działania szybkie, rozwiązania, bo w takich warunkach przyszło mi pracować. Natomiast po tym, co Przemek mi powiedział wtedy, wzruszyłam się bardzo i jak odłożyłam telefon, to się popłakałam, bo ten człowiek mi zaufał, zupełnie obcej osobie.
Dopiero później odkryli jeszcze jeden szczegół. Oboje są z Poznania i pochodzą z Dębca (dzielnica w południowej części miasta – przyp.red.) Świat, który w tej historii rozciąga się od Poznania do turecko-syryjskiej granicy, nagle skurczył się więc do jednej dzielnicy.
Aleppo. Sierpień 2025
Minęły ponad dwa lata od trzęsienia ziemi. Pomysłodawcom zbiórki - Przemkowi i Paulinie oraz Krystianowi, w sierpniu 2025 roku udało się przeprowadzić pierwszą misję szkoleniową. Zaangażowany w nią Krystian Faltyn także ma doświadczenie ratownicze. Działa jako ratownik górski i medyk, pracujący także z psami w grupie poszukiwawczej GOPR. Miejscem pierwszego treningu były ruiny Aleppo.
Trudno byłoby znaleźć bardziej dosłowną „salę szkoleniową”. Miasto, które przez lata było jednym z najważniejszych pól bitewnych syryjskiej wojny, stało się więc poligonem, na którym przewodnicy mają nauczyć psy odnajdywania człowieka pod gruzami.
W tym szkoleniowym przetarciu szlaków wzięło udział kilkunastu przyszłych przewodników z Syria Civil Defence, wraz z czworonogami. Pierwszym celem, jaki postawili sobie w trakcie tego spotkania wolontariusze z Polski, było jednak rozpoznanie. Czego brakuje? Jakie są psy? Co umieją przyszli przewodnicy? Jak wygląda infrastruktura? Jakie są możliwości organizacyjne?
— Assessment (ang. - ocenę sytuacji. Przyp.red) robi się na każdej misji jako krok pierwszy. Zdiagnozuj, co jest grane, przygotuj do tego plan i potem realizuj. My tu polecieliśmy, żeby zdiagnozować, co jest grane, to znaczy co jest, czego nie ma, jak to wygląda, ilu ludzi, jakie miejsca, warunki, co wiedzą, czego nie mają.
Syryjczycy mieli jednak zupełnie inną koncepcję pierwszego dnia. Chcieli ćwiczyć niemal natychmiast i od razu zadawali dziesiątki pytań.
— Od pierwszego spotkania po przyjeździe oni byli nastawieni: kiedy zaczynamy trening? To znaczy za 20 minut czy za pół godziny, nie jutro, pojutrze czy za tydzień.
Rembielak wspomina, że polska ekipa została postawiona pod ścianą nie argumentami, ale entuzjazmem gospodarzy.
— Ta siła z ich strony, nie perswazji, to była moc taka, emanowali energią: robimy i nie oczekujemy wytłumaczeń ani wykrętów.
Czterdzieści kilka stopni. I jeszcze jedno pytanie
Upał był potężny - ponad 40 stopni w cieniu. Zegar wskazywał już siódmą wieczorem, ale szkolenie — przynajmniej z punktu widzenia syryjskich ratowników — wcale nie powinno się kończyć.
— Czterdzieści kilka stopni z nieba w cieniu, bardzo ciężkie warunki, mimo że już zbliżał się wieczór, a koledzy mówią: a jeszcze to, a jeszcze jedno pytanie, a słuchaj, jak z tym? To się nie kończyło, to znaczy oni najchętniej 24 godziny by nas mieli i tam maglowali, żeby wyciągnąć jak najwięcej.
Dla Rembielaka właśnie to stało się jednym z najmocniejszych obrazów Syrii. Euforia działania.
— Dumni, z dokonaniami, pełni energii, cały czas głodni edukacji, nienasyceni nowymi informacjami, chętni. To właśnie tworzy to, co nazywam „kręgosłupem ratowniczym”. Oni mają bardzo mało i widzą, czemu ma to służyć, w związku z tym są tak głodni, tak energiczni, tak pełni poświęcenia, że w tym upale 40 paru stopni byli w stanie pracować przez 23 godziny na dobę. Oczywiście nie powinni i psy nie powinny, więc my hamowaliśmy, robiliśmy przerwy.
To nie byli ludzie z ulicy, którzy właśnie postanowili zostać ratownikami. Białe Hełmy przez lata zdobywały doświadczenie w warunkach, w których katastrofa przychodziła wraz z kolejnym bombardowaniem. Kiedy poznański strażak zobaczył ich pracę z bliska, mówił już bez wahania:
— To jest pierwsza liga światowa. Jeszcze nie teraz, nie w pełni, ale będzie, bo oni mają etos, kręgosłup ratowniczy, mają coś, czego nie da się kupić.
Najlepszy pies okazał się nie tym psem
Jedną z najważniejszych lekcji pierwszego pobytu przyniosły same zwierzęta. Syryjczycy mieli już psy. Próbowali z nimi pracować. Problem polegał na tym, że część metod prowadziła w niewłaściwą stronę. Psy, które początkowo zaprezentowano Polakom jako najlepsze, wykonywały zachowania niezbyt pożądane u zwierzęcia przygotowywanego do pracy ratowniczej.
A potem pokazano im inne. Te uznane za „gorsze” i mniej sprawne.
— Psy odsunięte, taka szósta liga, osiemnasty rząd w kinie. Labradory. Oni mówili: nie, te to nic nie umieją, do niczego się nie nadają, one nam na razie tylko są.
Polscy szkoleniowcy chcieli je jednak zobaczyć.
— I okazało się, że te, które nic nie robią, nic nie umieją, rokują, zachowują się w taki sposób, jakiego byśmy oczekiwali przy szkoleniu.
Można było więc zaangażować czworonogi do działania i pokazać gospodarzom nowy sposób szkolenia.
— Nie przez tłumaczenia i przekonywanie, tylko przez pokazanie: ten pies działa tak, a zobaczcie tego. Oni sami sobie porównali, w którą stronę się idzie, jak to być powinno i przestawili sobie punkt widzenia: aha, czyli w zasadzie to my skręciliśmy nie w tę stronę.
W tym jednym epizodzie mieści się w zasadzie cała filozofia projektu.
„My ich nie szkolimy”
Rembielak konsekwentnie unika określenia, że Polacy „szkolą Syryjczyków”. Nie dlatego, że nie przekazują wiedzy. To słowo sugeruje jego zdaniem niewłaściwą relację.
— Pomoc rozwojowa polega na tym, że partnerowi oferuje się pomoc, ale on wybiera te rzeczy, które mu pasują, te elementy, które będzie mógł adoptować do siebie, a nie forsuje się, wciska na siłę swoją wersję.
I zaraz dopowiada:
— To partnerstwo, a nie szkolenie. Ja celowo tak mówię. My ich nie szkolimy, my im podpowiadamy, my im sugerujemy, my im pokazujemy, demonstrujemy, a oni mówią: aha, to mnie przekonuje, bo to działa.
To szczególnie ważne w kraju, który przez lata był areną działania zagranicznych armii, organizacji, wywiadów, sponsorów politycznych i rozmaitych programów pomocowych.
Projekt K9 ma działać inaczej. Nie na zasadzie jak mówią jego pomysłodawcy: „przyjedziemy i zrobimy wam ratownictwo”, ale: „pokażemy, jak robimy to u siebie, przekażemy doświadczenie, a wy zdecydujecie, co przydaje się w waszych warunkach”.
— Trudno jest w innym języku, w innej części świata, w innej kulturze, w innej religii kogoś przekonać. Ale w świecie ratowniczym nie trzeba, bo to jest otwarta oferta, czyli: my to robimy tak, ja to tak robię i zobacz, jak to działa. A w tym momencie odbiorca sam zdecyduje, czy chce to wziąć i naśladować, czy odrzuca.
Syria między ruiną a odbudową
Kiedy polska ekipa zaczynała tę współpracę, Syria była już innym krajem niż w lutym 2023 roku. 8 grudnia 2024 roku upadł reżim Baszara al-Asada. To wtedy siły opozycyjnych rebeliantów zdobyły Damaszek.
Zakończyło to ponad pół wieku rządów rodziny Assadów i niemal 14 lat wojny rozpoczętej po brutalnym stłumieniu antyrządowych protestów w 2011 roku. W styczniu 2025 roku Ahmed al-Sharaa został prezydentem okresu przejściowego. W marcu powołał nowy rząd, a transformację oparto na tymczasowych rozwiązaniach konstytucyjnych; władze deklarowały kilkuletni okres przejściowy prowadzący ostatecznie do wyborów. Syryjskie państwo zaczęło się budować na nowo. To jednak nie zakończony proces, a już tym bardziej nieprosty.
Nadal istnieją napięcia w społeczeństwie, pytania o bezpieczeństwo mniejszości, odpowiedzialność za zbrodnie wojenne. Równocześnie postępuje jednak tworzenie struktur państwa. Pod koniec sierpnia 2026 roku formalnie rozwiązane zostały kierowane przez Kurdów Syryjskie Siły Demokratyczne, których oddziały mają zostać włączone do struktur państwowych. Był to jeden z najważniejszych dotąd etapów procesu ponownego podporządkowywania znacznej części kraju władzom w Damaszku.
Odbudowa odbywa się również w wymiarze międzynarodowym. Unia Europejska w maju 2025 roku zniosła sankcje gospodarcze wobec Syrii, pozostawiając ograniczenia dotyczące bezpieczeństwa oraz sankcje wymierzone w osoby i struktury związane z dawnym reżimem. W maju 2026 roku UE przywróciła pełne stosowanie umowy o współpracy z Syrią, co ma wspierać handel, odbudowę i ponowne włączanie kraju do międzynarodowego obiegu gospodarczego.
Dwie Polski w jednym syryjskim obrazie
Paulina Kuntze wróciła do Syrii już po upadku Assada. Opowiadając o tym, co zobaczyła, szuka polskich analogii. — Ja bym połączyła dwa takie tematy historyczne z Polski, czyli tuż po drugiej wojnie światowej i odzyskiwanie naszej wolności w 1989 i transformacja. To jest tak jakby zebrać te dwa momenty historyczne — to jest teraz Syria.
Z jednej strony — ruina, a z drugiej — gwałtowna zmiana systemu i nadzieja, że można urządzić kraj inaczej. W Damaszku widziała miejsca, których skala zniszczeń nie mieści się w wyobraźni.
— Jest taka dzielnica, w której jedzie się przez dwa bite kilometry i po prostu jest płaski horyzont, nie ma absolutnie ani jednego budynku, bo wszystko, całe, całe dzielnice… To tak jakbyśmy jechali tu z perspektywy Poznania przez całą Wildę, cały Grunwald, który byłby totalnie płaski.
Ale zaraz potem opowiada o drugim obrazie:
— Są też takie widoki, gdzie już to życie wkracza, już zaczynają to przemalowywać, odbudowywać, starać się sprzątać ulice, drogi.
Drugi z nich obrazuje ducha działania, o którym mówił wcześniej Przemysław Rembielak.
216 miliardów dolarów
Skala zniszczeń jest dziś policzona przynajmniej w przybliżeniu. Bank Światowy oszacował w 2025 roku bezpośrednie fizyczne szkody powstałe w Syrii między 2011 a 2024 rokiem na około 108 miliardów dolarów. Uszkodzeniu lub zniszczeniu uległa niemal jedna trzecia przedwojennego majątku trwałego kraju.
Koszt odbudowy Bank Światowy oszacował na około 216 miliardów dolarów, przy zastrzeżeniu, że może on sięgać aż 345 miliardów. Najbardziej dotknięte zniszczeniami były m.in. Aleppo, okolice Damaszku i Homs. Pierwsza kwota odpowiada mniej więcej dziesięciokrotności szacowanego PKB Syrii z 2024 roku.
Do tego dochodzi kolejny proces: powroty. Ludzie wracają do domów szybciej niż odbudowują się miasta. Według danych UNHCR do końca maja 2026 roku do Syrii po zmianie władzy wróciło około 1,67 miliona uchodźców przebywających wcześniej za granicą, a około 1,9 miliona osób przesiedlonych wewnętrznie powróciło do swoich rodzinnych miejscowości. Agencja ONZ podkreślała jednak, że te powroty wciąż trwają mimo utrzymujących się problemów z mieszkaniami, usługami publicznymi i pieniędzmi.
Psy, których nikt wcześniej nie chciał
Praca z psem dodaje do tego projektu jeszcze jeden wymiar. Kulturowy. Przemysław Rembielak zwraca uwagę, że relacja z psem w społeczeństwach Bliskiego Wschodu może wyglądać inaczej niż w Polsce.
— W tamtym rejonie świata pies jako zwierzę nie jest traktowany tak blisko, tak przyjaźnie jak w Polsce czy w Europie. U nas pies jest członkiem rodziny, mieszka w domu, traktuje się go z ogromną atencją, dba się o niego.
Ale od razu zastrzega: — Nie złe podejście, tylko inne. Więc rozumienie tego, co ten pies może zrobić dla ludzi, ile znaczy, to był pierwszy przełom.
A potem wydarzyło się coś, co zaskoczyło nawet jego. Syryjscy przewodnicy zaczęli budować z psami więź dokładnie taką, jaka jest potrzebna w ratownictwie.
— Jestem pod ogromnym wrażeniem, bo ci wszyscy kandydaci na przewodników, oni naprawdę, widać, że kochają te swoje psy. To nie było na pokaz. Dbają, zabiegają, bawią się z nimi, spędzają masę czasu. To już jest taka wersja, którą my znamy w Europie.
Najlepiej pokazuje to historia tłumaczki. Kiedy przyszła do grupy, otwarcie powiedziała, że boi się psów. Trzymała dystans. Po kilku dniach zaczęła pomagać przy ćwiczeniach jako pozorantka — osoba, której pies ma szukać.
— Kilka dni pobytu z nami przełamała się tak daleko, że zaczęła pozorować, zaczęła być pozorantką dla psów ratowniczych. Ona złamała wewnętrzną obawę. Ma to wielkie znaczenie.
Później przyprowadziła koleżanki.
— Ona się teraz do psa przytula, w ogóle nie ma hamulców i mówiła tak szczerze: miałam ogromne obawy, jak padła propozycja tłumaczenia. Jak weszłam tu, trzymałam dystans. (…) A teraz mija kilka dni, ja siebie nie poznaję. Przyprowadziła dorosłe kobiety i pokazała im, co ona wyrabia z tymi psami. One nie wierzyły. – wspomina Rembielak.
Właśnie dlatego polski strażak widzi przyszłość syryjskiej K9 szerzej niż tylko jako grupy jeżdżącej na gruzowiska. Przewodnicy, podobnie jak w Polsce - mogą odwiedzać szkoły i uczyć dzieci, jak zachowywać się wobec psa czy reagować, kiedy zwierzę jest agresywne. Ale też uczyć jak się nim opiekować, a przy okazji uświadamiać, że pies może ratować człowieka.
— Ja myślę, że ten element również tam powstanie. To znaczy ci przewodnicy z K9 będą to robić w szkołach, przedszkolach dla ludności.
Nie kupić psa. Zbudować system
Na stronie zbiórki na portalu pomagam.pl lista potrzeb jest bardzo konkretna. Organizatorzy chcą finansować kolejne sesje w Syrii, kupić profesjonalne uprzęże i kamizelki, maty chłodzące, lokalizatory GPS oraz sprzęt ochronny. Potrzebne są specjalistyczna karma i opieka weterynaryjna. Potrzebna jest baza: kojce, teren treningowy, materiały dydaktyczne, komunikacja. Plan obejmuje również zajęcia z pierwszej pomocy i reagowania na katastrofy dla mieszkańców.
Ale najważniejsza rzecz nie mieści się w żadnej skrzyni ze sprzętem. To kadra.
— Naszym planem generalnie od samego początku jest to, żeby wyszkolić dla nich grupę trenerów, ekspertów, którzy to później będą mogli szkolić dalsze osoby — tłumaczy Paulina Kuntze.
Jeżeli projekt polegałby jedynie na tym, że co kilka miesięcy dwóch Europejczyków przylatuje do Aleppo i przeprowadza szkolenie, jego trwałość zależałaby zawsze od pieniędzy na bilety, czasu instruktorów i sytuacji politycznej. Jeżeli jednak powstanie syryjska kadra instruktorska, wiedza zacznie się reprodukować na miejscu. Organizatorzy na stronie zbiórki nazywają to przyszłością „pierwszej profesjonalnej kadry psów ratowniczych” w Syrii, a później — całego centrum szkoleniowego.
Rembielak najbardziej obawia się przerwy.
— Rozmawiamy rok później, jestem ekstremalnie niezadowolony, że dopiero teraz będziemy tam wracać, bo myśleliśmy, że uda nam się wrócić dużo wcześniej, nie będzie takiej przerwy, ale finanse stoją tu na przeszkodzie. Bez finansów nie można takich misji realizować.
Bo psa ratowniczego nie da się szkolić od czasu do czasu i z doskoku. Nie da się przez dwa tygodnie intensywnie pracować, zrobić rocznej przerwy i wrócić dokładnie w to samo miejsce. To proces trwający lata. Polacy znaleźli jednak na to sposób. Monitorują postępy również zdalnie. Na stronie projektu organizatorzy zbiórki na rzecz budowy syryjskiej grupy poszukiwawczo-ratowniczej, podkreślają, że praca z ochotnikami jest kontynuowana online. Co oczywiste - Internet nie zastąpi jednak wspólnych ćwiczeń na gruzowisku.
— Chcemy im powiedzieć, że to nie jest złoty strzał. My nie przyjechaliśmy się zareklamować: my z Europy wam tu coś zrobimy. Tylko pomożemy wam, żeby to zbudować waszymi rękoma, waszymi psami. Lata będzie to trwało, ale nie opuścimy was, bo mamy przeszkody, bo mamy brak finansów czy tego typu rzeczy.
11 tysięcy z potrzebnych 25
Dlatego powstała zbiórka „Psy ratujące życie w Syrii”.
Według stanu widocznego 1 września 2026 roku na Pomagam.pl organizatorzy zgromadzili 11 307 zł z zakładanych 25 000 zł. Projekt wsparło 95 osób. To nie są pieniądze przeznaczone na jedną symboliczną wizytę. Według organizatorów mają podtrzymywać proces: kolejne treningi, wyposażenie, karmienie i opiekę nad psami, budowanie bazy oraz przygotowanie miejscowych instruktorów.
Kuntze podkreśla to także w rozmowie:
— To nie jest sobie mały projekt, który gdzieś tam zaczynamy A, kończymy B, koniec, kropka. To nie wygląda tak. My chcemy zaimplementować tam działania, zasiać ziarno, które później będzie rosło.
I dodaje, że doświadczenie z Syrii może w przyszłości zostać wykorzystane również w innych państwach, które nie mają rozwiniętego ratownictwa z udziałem psów. Projekt ma więc ambicję stać się modelem i wzorem do naśladowania. Ale najpierw trzeba dokończyć pierwszy rozdział – Syrię.
Kiedy Syryjczycy przyjadą do Polski
Jeden z kolejnych etapów mógłby odbyć się nie w Aleppo, lecz w Poznaniu. Przemysław Rembielak chce, by przyszli syryjscy instruktorzy mogli przejść część szkolenia w Polsce. U nas są poligony, psy na różnych poziomach zaawansowania, doświadczeni przewodnicy i system, który można obserwować w codziennym działaniu. Dotychczas barierą były między innymi dokumenty.
— Oni nie mieli w ubiegłym roku dokumentów, więc po pierwsze nie mieli paszportów, po drugie nie są ze strefy Schengen i są z Syrii, która dopiero co miała przewrót.
Zmieniające się państwo może jednak stopniowo rozwiązać również tę kwestię. Zwłaszcza jeśli ratownicy staną się formalnymi pracownikami państwowego systemu reagowania kryzysowego. Polska grupa ma już doświadczenie we współpracy międzynarodowej. Rembielak wspomina ratowników z Ukrainy, Litwy i Łotwy, a wcześniej także Białorusi i Rosji.
Bo — jak powtarza — w ratownictwie granice polityczne mają mniejsze znaczenie niż podczas politycznych debat. Jeżeli pod gruzami leży człowiek, pytanie o narodowość pojawia się znacznie później.
Białe Hełmy po wojnie
Zmienia się zresztą nie tylko postrzeganie jednostki K9. Zmieniają się same Białe Hełmy. W wojennej Syrii ich znakiem rozpoznawczym był biały kask i kamera rejestrująca akcję ratunkową kilka minut po bombardowaniu. W powojennej Syrii organizacja musi znaleźć dla siebie inne miejsce. Decyzja z 2025 roku o włączeniu jej struktur ratunkowych do syryjskiego Ministerstwa Zarządzania Kryzysowego i Klęsk Żywiołowych oznacza przejście od modelu organizacji działającej w szczególnych realiach wojny do budowania państwowego systemu bezpieczeństwa.
To może być jedna z najważniejszych transformacji całego syryjskiego ratownictwa. Organizacja ma ludzi, sprzęt, pojazdy i doświadczenie, którego nie da się kupić, wyniesione z tysięcy akcji. Trzeba jednak do tego doświadczenia dopisywać stopniowo procedury typowe dla pokojowego państwa: reagowanie na katastrofy naturalne, pożary, wypadki, powodzie czy zawalenia budynków.
„Psia” jednostka K9 jest jednym z brakujących ogniw.
— Białe Hełmy to nie jest ochotnictwo, które się skrzyknęło już teraz, tylko jest organizacja, która ma ciężarówki, buldożery, autobusy, samochody gaśnicze, ubrania jednolite, hełmy białe i tym podobne rzeczy. Tylko ta gałąź ratownictwa się tam tworzy.
To szczególnie ważne w Syrii, rejonie świata wciąż aktywnym sejsmicznie, bo trzęsienie ziemi z 2023 roku pokazało brutalnie, jak wielką różnicę robi zdolność do szybkiego przeszukiwania gruzowisk. Kiedy budynek się zawala, ciężki sprzęt może usunąć gruz, ale najpierw trzeba wiedzieć, gdzie kopać. W takich miejscach nie ma widocznych drogowskazów. Uwięziony człowiek może być po pierwsze nieprzytomny, albo może nie mieć siły wołać. Elektroniczne urządzenia w takiej sytuacji to za mało. Pomoc może przyjść na czterech łapach. Dobrze wyszkolony pies potrafi pracować w środowisku, w którym ludzkie zmysły mają wręcz znikome możliwości.
Polski palec na syryjskiej mapie
Pod koniec rozmowy Rembielak wraca do historii Polski i czasu, kiedy to Polska potrzebowała pomocy innych.
— My byliśmy odbiorcą pomocy ze świata przed 1989 rokiem. Nam pomagali wejść do Unii, zrozumieć, uzbroić się w sprzęty, ratownictwo zmienić. Więc myślę, że powinniśmy też to robić w innych kierunkach, my jako Polacy. Dlaczego? Bo chcemy, bo mamy co do zaoferowania.
Po czym natychmiast zastrzega: — Nie powiem, że jesteśmy najlepsi. Nie ma takiej kategorii w ratownictwie.
I chyba właśnie to zdanie najlepiej tłumaczy sens tej współpracy. Nie chodzi o polską flagę na syryjskim gruzowisku, ale o przekazanie czegoś, co Polska sama budowała przez dziesięciolecia — doświadczenia.
— Ja to robiłem 25 lat temu tu na terenie Polski od zera. (…) Teraz jesteśmy dużo dalej, bo możemy już wykluczyć błędy, potknięcia różne, wtopy, które mieliśmy na koncie przez ten czas, których było wiele, żeby oni mieli łatwiej.
Paulina Kuntze nazywa to mostem między Polską a Syrią. — Jeśli my to zasiejemy, a już to zasialiśmy i będziemy kontynuować, będziemy mieli możliwość kontynuowania tego, to to jest ogromna rzecz nie tyle też dla nich, ale również wydaje mi się tworzenia takiego mostu pomiędzy Polską a Syrią i takich braterskich, siostrzanych działań po prostu.
Jeśli więc wszystko pójdzie zgodnie z planem, to być może za kilka lat – jeśli zajdzie taka potrzeba, podczas kolejnego trzęsienia ziemi albo zawalenia budynku, na gruzowisko w Aleppo, Homs, Idlibie czy Damaszku wbiegnie pies wyszkolony już całkowicie przez syryjskiego instruktora. Polaków nie będzie wtedy na miejscu, ale właśnie to będzie oznaczało, że projekt się udał.
Bo prawdziwym celem tej pomocy nie jest sprawić, żeby Syria potrzebowała polskich ratowników jak najdłużej. Jest dokładnie odwrotnie. Chodzi o to, żeby pewnego dnia już ich nie potrzebowała.
Link do zbiórki: https://pomagam.pl/yhamkd