- Dziś w Waszyngtonie odbędzie się kluczowe spotkanie dotyczące przyszłości Grenlandii.
- Duńsko-grenlandzka delegacja zmierzy się z amerykańskimi władzami, w tym z wiceprezydentem.
- Rozmowy mogą być przełomowe, ale niektórzy eksperci przewidują "ostry przebieg" i ryzyko fiaska.
- Jakie konsekwencje dla Grenlandii i regionu przyniesie to ważne dyplomatyczne starcie?
Już dziś (środa, 14 stycznia) około godz. 16.30 polskiego czasu, w Waszyngtonie dojdzie do spotkania duńsko-grenlandzkiej delegacji z władzami USA. Tematem będzie oczywiście przyszłość Grenlandii. Media w Danii podkreślają, że środowe rozmowy mogą być przełomem, a także najważniejszą misją w karierze politycznej szefa duńskiej dyplomacji Larsa Lokke Rasmussena.
"Grenlandia jest w rękach dobrego negocjatora"
Z gośćmi z Danii i Grenlandii spotkają się sekretarz stanu USA Marco Rubio, a także wiceprezydent J.D. Vance. Rasmussen, będący w przeszłości kilkakrotnie premierem Danii, jest jednym z najbardziej doświadczonych duńskich polityków. "Dania i Grenlandia są w rękach dobrego negocjatora. Rasmussen potrafi wyczuć atmosferę i być zarówno czarujący, jak i poważny, a jednocześnie wywierać presję" - uważa komentator gazety "B.T." Joachim B. Oelsen.
"Vance bywa niestosowny i niegrzeczny"
Z kolei były szef duńskiej dyplomacji, Mogens Lykketoft przewiduje, że rozmowy w Waszyngtonie mogą mieć "ostry przebieg". "Zwłaszcza, że Vance bywa niestosowny i niegrzeczny". Jeszcze dalej idzie prof. Derek Beach z Uniwersytetu w Aarhus. Mówi, że spotkanie może zakończyć się fiaskiem, jak w przypadku prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego, który w lutym 2025 r. został wyproszony z Białego Domu przez prezydenta Donalda Trumpa. Były szef MSZ Danii Per Stig Moeller też nie spodziewa się niczego dobrego po amerykańskim wiceprezydencie. "Vance wykorzysta każdą rozbieżność między stanowiskiem władz Danii i Grenlandii".
Przypomnijmy, na początku tego roku Donald Trump powtórzył, że posiadanie arktycznej wyspy jest kluczowe dla bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych. Oświadczenie prezydenta zbiegło się w czasie z amerykańską interwencją wojskową w Wenezueli.