Ta historia zaczyna i kończy się na cmentarzu Miłostowo w Poznaniu. To tam z małym Edmundem codziennie chodziła i przez długie godziny przebywała jego matka, która była w żałobie po śmierci drugiego syna - Andrzeja. Choć nie ma dowodów naukowych, że samo częste przebywanie na cmentarzu w dzieciństwie prowadzi do rozwoju zaburzeń czy zachowań przestępczych, nie sposób nie powiązać czasu spędzonego przez Edmunda przy grobie brata z tym, co wydarzyło się potem.
Jego kłopoty zaczęły się już w szkole podstawowej. Nie miał głowy do nauki, często powtarzał klasy. Z chorą fascynacją jako dziecko chodził podglądać przez okno pracę w prosektorium i tak pierwszy raz zetknął się ze zwłokami. Chodził też do kostnic i… masturbował się tam, rozładowując swoje napięcie. Kradł też damską bieliznę i od dziecka był odludkiem.
Potem było już tylko gorzej. Kolanowski w młodości otarł się o zakład poprawczy i miał próbę samobójczą, ale mimo to marzył o założeniu rodziny. Wziął ślub z Zofią, urodziły im się dwie córki. Podobno właśnie wtedy, gdy żona odmawiała mu seksu, budziła się w nim bestia.
Kolanowski nad jeziorem Rusałka w Poznaniu atakował swoje pierwsze ofiary. Zawsze były to kobiety, które chciał dotykać. Właśnie za to trafił do więzienia na 7 lat. Wtedy nikt jeszcze nie wiedział, że ma już na swoim koncie morderstwo 21-letniej kobiety z Baborówka, do którego przyznał się dopiero kilkanaście lat później.
W więzieniu zdobył zawód ślusarza, ale też rozwiodła się z nim żona. Gdy wyszedł zza krat, czuł się samotny, więc szybko związał się ze znajomą i zamieszkał w centrum Poznania. Z tego związku urodziło się dziecko. Mimo pozorów normalności, życia rodzinnego, stabilnej pracy palacza w farmaceutycznej spółdzielni, Edmund Kolanowski prowadził drugie, mroczne życie. Jego sekretem była… fascynacja zwłokami.
6 lutego 1982 r. po raz pierwszy wykradł zwłoki z cmentarnej kaplicy na Naramowicach. W trumnie zostawił buty i książeczkę do nabożeństwa 69-letniej kobiety, a ciało wyciągnął na pobliskie pole, gdzie wyciął z niego jej okolice intymne, by przyszywać do manekina, z którym współżył. Robił to na strychu domu, w którym mieszkał. Rok przed tym zdarzeniem zabił jeszcze 20-latkę w Warszawie. Wtedy też wyciął swojej ofierze narządy płciowe, wsadził do foliowej torby i pociągiem wrócił do Poznania.
Do następnego morderstwa doszło w listopadzie 1983 r. Gdy 11-letnia Alina K. późnym popołudniem wyszła po trawę dla swojego królika na poznańskich Naramowicach, Kolanowski zaatakował ją i zabił. Z jej ciała też wyciął to, co było mu potrzebne do szycia manekina… Zwłoki dziecka odnaleziono dopiero w grudniu. Później, konkubina Kolanowskiego przyznała śledczym, że widziała, jak Edmund palił w piecu resztkami ludzkich ciał. Odpruwał je od manekina i pozbywał się ich. A potem znów potrzebował nowych…
Po zabójstwie dziecka, Poznań opanował strach. Policja postawiła sobie za cel znalezienie bestii. Jednak poszukiwania zwyrodnialca trwały długo i były żmudne. Policjanci patrolowali cmentarze, licząc że sprawca w końcu popełni błąd. Tak też się stało. 7 maja 1983 r. Kolanowski wybrał się do kina na horror „Wilczyca”, w reżyserii Marka Piestraka. Na głównego bohatera filmu klątwę rzuca jego zmarła żona, która po śmierci mści się zza grobu i zamienia w bestię.
Rozochocony fabułą Kolanowski postanowił w nocy znów wykopać ciało na cmentarzu. Tym razem jednak został zauważony przez patrol. Zdołał uciec uciekł, raniąc się na twarzy, ale w popłochu zostawił ślad buta i saperkę owiniętą w papier z pieczątką „Pollena Łaskarzew”. Okazało się, że w Poznaniu tylko jeden zakład handlował wtedy z Polleną i była to firma, w której pracował właśnie Kolanowski. Po nitce do kłębka, funkcjonariusze zatrzymali mordercę i nekrofila dziewięć dni później.
Za kratkami nadał sobie ksywkę „Zimny Chirurg”. Ze szczegółami opowiadał śledczym, że współżył z lalką, która miała przyszyte narządy. Po kilku dniach narządy odpruwał i palił w piecu kaflowym w pokoju. Biegli orzekli, że w chwili popełniania zbrodni był poczytalny.
Mimo że w czasie procesu wszystko odwołał - za trzy morderstwa i pięć profanacji zwłok - został skazany na karę śmierci, którą wykonano 28 lipca 1986 r. Został powieszony i była to w Poznaniu ostatnia wykonana egzekucja.