Przez długi czas informacje o tym, co stało się w Lutoryżu pod Rzeszowem, były bardzo szczątkowe i przekazywane przez media w sposób chaotyczny. To wszystko dlatego, że śledczy nie chcieli oficjalnie potwierdzić prowadzonych działań na terenie posesji. Radio Eska jako pierwsze donosiło, że podczas prac ziemnych na terenie jednego z domów natrafiono na ludzkie szczątki. Według wstępnych ustaleń, mogło chodzić o co najmniej 13 płodów. Dziś, jak już wiemy, liczba ta wzrosła do ponad 30, choć były i takie nieoficjalne ustalenia, które mówiły o 50 – okazały się jednak przesadzone i nie zostały potwierdzone przez służby. Na miejscu przez wiele godzin pracowali funkcjonariusze, technicy kryminalistyki oraz prokurator. Teren został zabezpieczony i odgrodzony policyjną taśmą. Do makabrycznego odkrycia doszło w środę, 10 czerwca 2026 roku. Kiedy operator koparki podczas robót ziemnych odsłonił pierwsze szczątki, na miejsce natychmiast wezwano służby. Później z każdym kolejnym przekopanym fragmentem terenu, czego dokonywano z dużą ostrożnością, pojawiały się kolejne.
Sprawa była owiana tajemnicą. Lekarka-patomorfolog poprzednią właścicielką nieruchomości
Działka, na której to wszystko się działo, została niedawno kupiona przez nowych właścicieli. To oni wezwali mundurowych, byli w równie wielkim szoku. Głównym zadaniem stało się więc ustalenie, do kogo wcześniej należał ten teren, i te wieści pojawiły się akurat stosunkowo szybko. Dziennikarze Radia Eska ustalili, że poprzednią właścicielką była lekarka, specjalizująca się w patomorfologii. I choć po całonocnych działaniach służb liczba odnalezionych płodów się zwiększała, a media nieoficjalnie ustalały kolejne rewelacje w sprawie, służby oficjalnie milczały. Głos chętnie zabierali za to mieszkańcy, bo wydarzenia stały się tematem numer 1 w miejscowości.
Poznaj więcej historii: Pokój Zbrodni
- Wszyscy o tym mówią. Mówią, że znaleźli tam jakieś płody czy coś takiego. Słyszałem jak mówili, że 30. Naszło się obcych ludzi nie wiadomo skąd, tak że połowa wioski to jest obca. Przykra sprawa - powiedział reporterowi Radia ESKA jeden z mieszkańców.
W piątek rano, 12 czerwca 2026 roku, na miejscu pojawili się kolejni mundurowi. Poszerzono również strefę działań biegłych. Teren pozostawał zabezpieczony, a dostęp do niego miały wyłącznie osoby uczestniczące w prowadzonych czynnościach. W międzyczasie wyszło na jaw, że wspomniana lekarka to niejaka Magdalena H., która zakopywała na swojej działce nie tylko ludzkie płody, lecz również odpady medyczne, utylizując je w sposób nielegalny. W ostatnich latach prowadziła w okolicy swój prywatny gabinet, a wcześniej pracowała jako specjalistka w rzeszowskim szpitalu. W związku z tymi informacjami, prokuratura zabezpieczyła dokumentację medyczną, w tym kartoteki pacjentów lekarki, i rozpoczęła ich analizę. Ruszyło śledztwo na szeroką skalę, o którego szczegółach nadal jednak nie informowano opinii publicznej. Musieliśmy więc polegać tylko na tym, czego drogami nieoficjalnymi dowiadywali się dziennikarze.
Właściciele posesji w Lutoryżu, którzy odkryli ludzkie szczątki na terenie swojego wymarzonego domu, byli zdruzgotani. Kupili nieruchomość, byli szczęśliwi, to miało być ich miejsce na ziemi. Aż podczas remontu natrafili na ludzkie płody i cały plan runął jak domek z kart. Okoliczni mieszkańcy, zaniepokojeni tą sytuacją, nie wiedzą, co dalej. „Super Express” ustalił, że praktycznie wszystkie domy na tym terenie zostały już oddane do użytku. Ci, którzy natrafili na płody, zakupili dom w 2025 roku. – Widziałam tylko funkcjonariuszy w białych kombinezonach. Wyglądali jak technicy pracujący na miejscu zbrodni. Nikt z nami nie rozmawia o tym, co się stało – wyznała na gorąco reporterowi „Faktu” starsza kobieta mieszkająca przy uliczce, gdzie prowadzone były działania. Stacja RMF podawała dodatkowo, że właściciele feralnej posesji odkryli szczątki, przygotowując się pod wylewkę tarasu. Nikt nie mógł przypuszczać, że coś takiego znajduje się w tej lokalizacji. W natłoku informacji poskładanych z plotek, domysłów i relacji sąsiadów, w pewnym momencie wreszcie przebił się oficjalny komunikat służb.
Zbezczeszczenie zwłok i nielegalne składowanie niebezpiecznych odpadów. Magdalena H. usłyszała zarzuty
Prokuratura w Rzeszowie poinformowała o zatrzymaniu 57-letniej Magdaleny H., lekarki – patomorfolog, którą oskarżono o zbezczeszczenie zwłok i nielegalne składowanie niebezpiecznych odpadów medycznych. Z tej drugiej kategorii dowodów zabezpieczono głównie bloczki parafinowe, szkiełka mikroskopowe, różne pojemniki oraz setki kartek papieru, które najprawdopodobniej stanowią zniszczoną dokumentację medyczną. Wśród odnalezionych materiałów znajdowały się ponadto płody ludzkie oraz inne szczątki, które mogły stanowić płody we wczesnej fazie rozwoju lub ich fragmenty. Identyfikacji znaleziska dokonali biegli z dziedziny medycznej.
Czytaj także: Ojciec zabił mu matkę, on zamordował dziadków. 29-latek ich zaszlachtował. "Wziął prysznic i wezwał policję"
- Prokurator wydał polecenie zatrzymania 57-letniej Magdaleny H. – potwierdził prokurator Krzysztof Ciechanowski, rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej w Rzeszowie. – Kobieta została zatrzymana 12 czerwca rano na terenie Zamościa. Jeszcze tego samego dnia sprawę przejęła do dalszego prowadzenia Prokuratura Okręgowa w Rzeszowie – dodawał.
Postępowanie jest prowadzone w kierunku czynów z artykułu 262 kodeksu karnego, dotyczącego zbezczeszczenia zwłok, oraz artykułu odnoszącego się do porzucenia odpadów niebezpiecznych w miejscu nieprzeznaczonym do ich składowania lub magazynowania. Za tego typu przestępstwa grozi odpowiednio do 2 oraz do 12 lat pozbawienia wolności.
- Śledczy planują przesłuchać zatrzymaną w charakterze podejrzanego. Dopiero po wykonaniu czynności procesowych zostanie podjęta decyzja dotycząca ewentualnych środków zapobiegawczych – precyzował prokurator Krzysztof Ciechanowski.
I choć służby nie chcieli ujawniać szczegółów dotyczących lekarki, z uwagi na dobro prowadzonego postępowania, to Radiu Eska udało się nieoficjalnie ustalić, że patomorfolożka miała wyznać prawdę. Wyjaśniała, że wynosiła martwe płody ze szpitala w czasie pandemii koronawirusa i wykorzystywała je w swoim domu do celów badawczych. Po zakończeniu rzekomych eksperymentów medycznych, pakowała szczątki do jutowych worków i grzebała na działce, gdzie stał wówczas opuszczony budynek. Nie pamiętała dokładnej liczby ukrytych płodów. W tamtym czasie była zatrudniona w jednym z rzeszowskich szpitali, dojeżdżając z rodzinnego Zamościa. Co dodatkowo niepokojące, w makabryczny proceder mogło być zaangażowanych więcej osób i lokalizacji, dlatego śledczych czeka jeszcze mnóstwo pracy. Warto jednak podkreślić, że na razie są to tylko podejrzenia. Wszystkie szczątki zostaną poddane specjalistycznym badaniom DNA, do sprawdzenia jest około pięciu arów ziemi, więc prace poszukiwawcze mogą długo potrwać.
Co jeszcze wiemy o 57-letniej Magdalenie H.? Kobieta miała nabyć ziemię w Lutoryżu w celach inwestycyjnych. Wynajęci przez nią fachowcy rozpoczęli prace budowlane, ale ona w pewnym momencie przestała płacić, więc ekipy zeszły z placu budowy. Ostatecznie nieruchomość przejął komornik, który sprzedał ją deweloperowi w celu postawienia nowoczesnych domów jednorodzinnych w ramach urokliwego osiedla. Jeden z budynków, jak już wiemy, trafił w ręce młodego małżeństwa. Inwestor na początku skontaktował się z samą Magdaleną H, która obiecała „posprzątać teren”, lecz do celu nigdy nie dotarła, przestała odbierać telefony i odpisywać na wiadomości, więc na miejsce wezwano służby. Coś, co początkowo wydawało się dzikim wysypiskiem, stało się mrocznym cmentarzyskiem, wypełnionym ponad 30 ludzkimi płodami. Część szczątków znajdowała się w dobrze zachowanym stanie.
Teorie spiskowe i domysły mieszkańców. Służby apelują o rozsądek w przekazywaniu informacji
Jak nietrudno się domyślić, ta historia stała się przyczynkiem do powstania wielu podejrzeń, jak chociażby tych mówiących o dokonywaniu w prywatnym gabinecie nielegalnych aborcji. To jedna z najczęściej szerzonych hipotez w mediach społecznościowych, do tego stopnia, że postanowiła się do niej odnieść prokuratura. – Nie mamy żadnych dowodów, które na chwilę obecną mogłyby potwierdzać taką wersję, ale nie jest to wersja wykluczona – mówił prokurator Krzysztof Ciechanowski. – Przyjętych jest kilka wersji, żadna na chwilę obecną nie została wyeliminowana. Nie ukrywam, że kluczowe dla nas będzie wykonanie czynności procesowych z podejrzaną – dodawał w tamtym okresie śledztwa. Przy okazji wstępnie wykluczono możliwość znajdowania się odpadów na terenie okolicznych posesji. Georadar, którym sprawdzano sąsiednie działki, niczego nie wykrył, podobnie jak wyszkolony do tych celów policyjny pies. - Zwierzę wskazało na kolejne płody na tej jednej działce. Nie podjął żadnych czynności na posesjach obok, więc najprawdopodobniej są one czyste – precyzował prokurator.
Czytaj także: Mateusz zabił rodziców, bo "ględzili mu" o pracę i studia. Makabry dokonał na oczach młodszego rodzeństwa
Jednym z kluczowych elementów śledztwa ma być ustalenie, sprzed ilu lat pochodzą odnalezione szczątki. Mają one zostać poddane szczegółowym badaniom, a biegli spróbują określić ich wiek oraz czas, przez jaki znajdowały się w ziemi. Analizowany ma zostać także wątek ewentualnych współpracowników podejrzanej, którzy mogli pomagać jej w wynoszeniu płodów ze szpitala, w którym pracowała. Nie wiadomo bowiem, czy byłaby w stanie działać samodzielnie.
- To śledztwo jest na bardzo wczesnym etapie, jeszcze bardzo dużo pracy przed nami. To, czy kobieta działała sama, czy ktoś jej pomagał, jest przedmiotem ustaleń. Cały czas trwają czynności, są przesłuchiwane kolejne osoby, aby zebrać jak największy obraz całego zdarzenia – komentował prokurator Ciechanowski.
Utrudnieniem w tej sytuacji jest między innymi stan zdrowia podejrzanej. Magdalena H. przed złożeniem zeznań zasłabła i trafiła do szpitala. Ale po trzech godzinach badań uznano ją za zdolną do stawienia się w prokuraturze, gdzie finalnie usłyszała zarzuty. Skierowano też wniosek do sądu o tymczasowy areszt kobiety. 57-latka złożyła wyjaśnienia, lecz nie powiedziała wprost, czy przyznaje się do winy. Twierdziła, że działała samodzielnie – przywoziła i zakopywała płody oraz inne odpady na swojej posesji własnoręcznie. Jednocześnie doprecyzowano, że liczba znalezionych szczątków zatrzymała się na 32 lub 34 płodach, które spoczywały w kilku miejscach na głębokości od 120 do 160 centymetrów.
Zobacz galerię zdjęć. Dalsza część materiału znajduje się pod nią.
Opinie dawnych sąsiadów na temat Magdaleny są podzielone: jedni mówią, że była normalna i miła, inni wskazują na ekscentryczny wygląd i zachowanie. Znajomy lekarki w rozmowie z reporterami programu „Uwaga! TVN” opisał ją jako dowcipną, barwną postać, wyróżniającą się kolorowymi włosami. Przyznał również, że nigdy nie podejrzewałby jej o tak szokujące czyny. - Magda jest doktorem nauk medycznych, patolożką, przez pewien czas pracowała z mamą-lekarką, po czym przejęła po niej gabinet i pracowała sama – opowiadał dziennikarzom. Mężczyzna nie krył swojego zaskoczenia całą sytuacją. - Nigdy bym nie przypuszczał, że coś takiego mogłoby się zdarzyć. Przez tyle lat Magda nie wykazywała cech, które wskazywałyby na to, że ona: osoba wykształcona, mądra, znająca procedury, mogłaby dokonać czegoś takiego – dodawał.
Trudna przeszłość i prywatne perypetie lekarki. Magdalena H. w końcu przerwała milczenie
Lekarka do 2017 roku pracowała jako biegła sądowa w dziedzinie patomorfologii. Zrezygnowała z tej posady i nie ubiegała się o przedłużenie kadencji, choć w kuluarach plotkowano o błędzie, jakiego miała się dopuścić podczas pełnienia swoich obowiązków. Zatrzymana patomorfolożka prowadziła również własny gabinet medyczny na terenie Rzeszowa. W programie „Uwaga! TVN” opowiedziano ponadto o życiowym zakręcie Magdaleny H., który rozpoczął się od rzekomej wakacyjnej znajomości z młodszym mężczyzną arabskiego pochodzenia.
- Wyjechała na wakacje, poznała człowieka, z którym tutaj wróciła. Ten człowiek był dużo młodszy. I od tego momentu wszyscy zaczęliśmy stwierdzać, że z Magdą zrobiło się coś nienaturalnego – twierdził znajomy lekarki przed kamerami. Według relacji bliskich, ten właśnie związek zapoczątkował jej potężne kłopoty finansowe i zawodowe. Zatrzymana patomorfolożka przestała regulować swoje zobowiązania, w tym pensje dla pracownic laboratorium. Jej długi urosły do kwoty kilkuset tysięcy złotych, co zaowocowało 19 sprawami sądowymi o zapłatę. W efekcie kobieta straciła rzeszowski gabinet oraz dom, zmuszając się do przeprowadzki z Lutoryża, gdzie nowi nabywcy działki odkryli zakopane szczątki.
Zobacz również: Joanna i Marek wzięli ślub, ale świadek Tomek okazał się kochankiem jej męża. Po zbrodni tańczyli razem nago
Co istotne, Magdalena H. za pośrednictwem swojego adwokata zdążyła częściowo zdementować te doniesienia: zaprzeczyła, że wdała się w romans z cudzoziemcem poznanym na urlopie i nie miała aż tak dużych problemów finansowych, jak zasugerowano w telewizji. Podkreśliła, że mocno przeżywa przekazywanie tych nieprawdziwych informacji. – W czasie pandemii ciężko zachorowała i nie mogła pracować. Nie zarabiała, zaczęła się zadłużać. Do tego doszły problemy rodzinne. Do pracy wróciła dopiero kilka miesięcy temu – tłumaczyła adwokatka kobiety. Z nieoficjalnych informacji wynika ponadto, że Magdalena H. broni się przed prokuratorskimi zarzutami, powołując się na rzekome umowy podpisane z różnymi szpitalami. Kontrakty te miały dotyczyć utylizacji odpadów medycznych, w tym nieodebranych przez rodziny płodów pochodzących z poronień. Prokurator Krzysztof Ciechanowski w oficjalnym komunikacie potwierdził, że „na przestrzeni ostatnich lat podejrzana, wykonując zawód lekarza-patomorfologa, współpracowała z wieloma placówkami medycznymi i obecnie jest to też przedmiotem prowadzonych czynności w śledztwie”.
Do tej pory kobieta nie widniała w policyjnych kartotekach: nie była karana. Mimo tego, sąd przychylił się do wniosku prokuratury o jej tymczasowe aresztowanie, więc podejrzana trafiła za kratki, gdzie będzie oczekiwać na proces w swojej sprawie.
Lekarka twierdzi, że umowy ze szpitalami upoważniały ją do badań. Tak Magdalena H. odpiera zarzuty
Jakub Kosikowski, rzecznik Naczelnej Izby Lekarskiej, poinformował również o wszczęciu procedury dyscyplinarnej z uwagi na związek zarzucanych czynów z wykonywaną przez Magdalenę H. profesją. Jej sprawą ma zająć się Rzeszowska Izba Lekarska, w której ta jest zrzeszona. Ostateczne decyzje będą zależały od ustaleń zebranych podczas śledztwa. Jeżeli sąd orzeknie zakaz wykonywania zawodu, procedury przed organami lekarskimi mogą zostać wstrzymane. – Katalog kar za tego typu przewinienia jest bardzo szeroki: od upomnienia, przez ograniczenia w wykonywaniu zawodu, aż po jego całkowite i bezpowrotne odebranie – wskazał rzecznik Naczelnej Izby Lekarskiej.
Gdy przygotowywaliśmy ten materiał, śledztwo wciąż miało bardzo rozbudowany charakter, a prokuratorzy brali pod uwagę kilka odrębnych koncepcji. Oczekiwano też na wyniki szczegółowych badań zabezpieczonego materiału, które pozwolą odtworzyć przebieg zdarzeń. Wstępnie wykluczono wątek dokonywania przez kobietę nielegalnych aborcji, na co nie znaleziono żadnych dowodów. – Doktor Magdalena H. chce wszystko wyjaśnić i będzie współpracować ze śledczymi. Wskaże, z jakimi szpitalami współpracowała. Czekamy na wyznaczenie terminów przesłuchań – przekazała mecenas Patrycja Chobel, reprezentująca podejrzaną lekarkę, w rozmowie z „Gazetą Wyborczą”. Adwokatka precyzuje, że wbrew medialnym spekulacjom jej klientka nie zabierała materiału medycznego ze szpitala bezpośrednio do domu, tylko do swojego prywatnego gabinetu w celu przeprowadzenia badań, do czego upoważniały ją umowy ze szpitalami. Po analizach faktycznie powinna poddać materiał utylizacji, jednak w przypadku płodów to rodzice decydują o tym, co stanie się ze szczątkami. W tych przypadkach do takich decyzji podobno miało nie dochodzić, a z uwagi na problemy finansowe lekarka zakopała płody na działce, zamiast zapłacić za ich właściwą utylizację. Oczywiście to wszystko będzie weryfikowane w toku prowadzonego postępowania.
Za zarzuty, które postawiono Magdalenie H., grozi kara do 12 lat więzienia. Śledztwo trwa.