Sprawie Joanny Gibner, która zaginęła 13 września 1996 roku, w olsztyńskim sądzie nadano przydomek „sprawy Switezianki”. Nawiązano w ten sposób do znanej ballady Adama Mickiewicza. Dziennikarz Marek Książek, autor reportażu opublikowanego na ten temat w magazynie „Reporter”, opisywał że wszystko ze względu na mroczną tajemnicę, skrytą w wodnej toni, z którą bardzo długo borykała się matka Joanny. Młoda żona zamordowana przez męża, której ciało zatopił następnie w jeziorze. Kiedy wydawało się, że prawda nigdy nie ujrzy światła dziennego, to po 24 latach śledztwa wreszcie ujawniono szczątki ofiary. Wtedy stało się jasne, że nigdy nie było żadnego zaginięcia. Że Joanna Gibner po prostu została zamordowana. Ale po kolei.
Ojciec zmarł, gdy miała 6 lat. Joanna Gibner miała tylko mamę. To ona walczyła o prawdę do końca
Danuta Januszewska, matka kobiety, o szczegółach sprawy opowiedziała świętej pamięci Januszowi Szostakowi w książce pt. „Urwane ślady”. Wspominała, że jej córka w dniu zaginięcia miała 23 lata. Joanna Gibner miała tylko mamę, bo jej ojciec zmarł w wieku 39 lat, gdy ta miała zaledwie 6 lat. Była z nim bardzo związana emocjonalnie, w swoim pokoju nad drzwiami powiesiła nawet zdjęcie taty – najważniejsza pamiątka, której nikomu nie pozwoliła ruszyć. Jej mama nie chciała jednak reszty życia spędzić w samotności. Jakiś czas po śmierci męża, związała się z innym mężczyzną, którego córka nie zaakceptowała – zresztą z wzajemnością. Joanna miała różne problemy, o których nie mówiła najbliższym. Od 1990 roku trzykrotnie próbowała odebrać sobie życie, łykając garść tabletek. Jak opisywał Szostak, natychmiast informowała o tym matkę, co sugerowało, że tak naprawdę nie chciała odejść z tego świata, tylko zwrócić na siebie uwagę. Za każdym razem błyskawicznie udzielano jej pomocy lekarskiej i prędko dochodziła do zdrowia. - Rozpoznano wówczas u niej cechy emocjonalnej niedojrzałości. Joanna Gibner wydawała się zresztą osobą nieco pogubioną w życiu – wskazywał autor książki „Urwane ślady”.
Poznaj więcej historii: Pokój Zbrodni
W aktach sprawy zapisano, że pokrzywdzona była postrzegana przez znajomych jako bardzo wrażliwa, zamknięta w sobie, inteligentna i zdolna. Jednocześnie była nerwowa, wybuchowa i buntowniczo nastawiona do życia, o trudnym charakterze. Przy tym wszystkim podkreślono, że w przeszłości nie zdarzyło się, by kiedykolwiek zerwała kontakt z matką. Zawsze informowała, gdzie przebywa. Wobec matki była prawdomówna i otwarta. To przeczyło jednej z teorii, która mówiła, że rzekomo zaginiona Joanna zwyczajnie uciekła, by zacząć gdzieś indziej nowe życie. Zupełnie to do niej nie pasowało, a zwłaszcza porzucenie matki bez słowa wyjaśnienia.
23-latka z dobrymi wynikami ukończyła liceum, lecz nie przystąpiła do matury. Postanowiła zrobić sobie przerwę i rozpocząć pracę zawodową, myślała też o założeniu rodziny. Śledczy potwierdzili, że nie nadużywała alkoholu czy narkotyków, nie znaleziono na to żadnych dowodów, pod tym względem była czysta. Wreszcie wpadła w sidła miłości, zakochując się w chłopaku, który nie chciał się z nią ożenić. Przeciwna temu była też zresztą jej matka, ponieważ uważała, że mężczyzna ma skłonności do nadużywania alkoholu. I choć Joanna nie narzekała na brak adoratorów, bo odznaczała się nieprzeciętną urodą, filigranową figurą oraz urokiem osobistym, to jednak jej wyboru uczuciowe pozostawiały wiele do życzenia. Serce nie sługa, jak to mówią.
Rodzina odradzała jej szybki ożenek, ale nie posłuchała. Znajomi mówią, że Joanna chciała zemścić się na byłym
Andrzej M., bo tak określa go w książce Janusz Szostak, był w związku z Joanną przez trzy lata. Para rozstała się w 1996 roku, a niedługo później – na dyskotece w Dywitach – kobieta poznała niejakiego Marka W., dwa lata młodszego od niej. 21-letni mężczyzna niczym specjalnym się nie wyróżniał. Miał tylko podstawowe wykształcenie, trudnił się dorywczymi pracami, świadkowie relacjonowali, że nie grzeszył też urodą. Mimo tego miał w sobie coś, czym zauroczył Joannę. Wydarzenia między nimi potoczyły się błyskawicznie, wręcz dziwnie i nienaturalnie. Zaręczyli się zaledwie po miesiącu od pierwszego spotkania, a dwa miesiące później – 24 sierpnia 1996 roku – wzięli ślub. 23-latka nie zważała na protesty rodziny, która odradzała jej tak szybki ożenek.
Czytaj także: Wiktorek miał tylko miesiąc, ojciec skatował go na śmierć. Liczne złamania, obrażenia głowy. Nie do wiary
Co ciekawe, jedna z koleżanek kobiety twierdziła, że ta wcale nie wychodziła za Marka z miłości, tylko po to, by zrobić na złość poprzednikowi, który nie chciał powiedzieć jej uroczystego „tak”. - Przypuszczałam, że zrobiła to na pokaz po rozpadzie jej związku z Andrzejem, ale ona tylko sobie uczyniła tym krzywdę – mówiła po latach matka Joanny.
Bo małżeństwo szybko się rozpadło, nim jeszcze w zasadzie zdążyło się rozpocząć. Pierwszy zgrzyt pojawił się już na weselu, podczas którego 23-latka miała być szarpana przez świeżo upieczonego męża i jego matkę, a swoją nową teściową. Wcześniej została nawet przez nią wyrzucona z domu, kiedy poddała w wątpliwość płynność finansową rodziny męża: w jej ocenie mieli oni popaść w długi i dopuścić się wyłudzenia kredytu. Sprawy nigdy nie zweryfikowano, ale taka zniewaga ze strony synowej spotkała się z szybką reakcją. Joanna wróciła do domu rodzinnego, dwa dni później pojawił się Marek z bukietem kwiatów i przeprosinami. Kobieta mu wybaczyła. Pani Danuta, choć przeciwna temu małżeństwu, chciała pomóc zakochanym. Miała na względzie przede wszystkim dobro córki. Wynajęła im mieszkanie w Olsztynie przy ulicy Partyzantów, żeby mogli zacząć budować wspólną przyszłość. Wzięli nawet pieska, którego mieli razem wychować.
Mimo napiętej atmosfery, ślub i wesele odbyły się w planowanym terminie. Joanna przyjęła nazwisko męża, a świadkiem ze strony pana młodego był jego przyjaciel Tomasz H., który odegrał w całej zbrodni dość poważną rolę. Miał pomagać przewozić zwłoki ofiary, a w przeszłości mianować się kochankiem Marka. Sam zainteresowany przyznał w sądzie, że tworzył niegdyś z Tomkiem związek homoseksualny. Dziewczyny były dla nich tylko przykrywkami, lecz Marek po poznaniu Joanny postanowił z tym skończyć. Chciał wziąć ślub, założyć rodzinę, spłodzić dzieci. Tomkowi się to nie podobało. W pewnym momencie Marek próbował nawet zrzucić na niego całą winę. - Kochałem żonę, jednak Tomek mi ją odradzał, przekonywał, płakał, czuł się odrzucony. Gdy Joanna zaginęła, Tomasz jak wierny pies pocieszał mnie i mówił, że ma nawrót miłości. Mimo że był żonaty, przychodził do mojego mieszkania, nakłonił do orgii. Na skutek jego perswazji prawie do tego doszło, gdyż tańczyliśmy razem nago – to jego zeznania, cytowane przez dziennikarza Janusza Szostaka. W końcu na sali sądowej padło najważniejsze zdanie: według Marka W. to jego dawny kochanej Tomasz mógł zamordować Joannę – z zazdrości o niego.
Rzucił w nią obrączką, teściowa zrzuciła ją ze schodów. Joanna Gibner noc poślubną niemal przypłaciła życiem
Ale dowody i wydarzenia z przeszłości działały na niekorzyść męża rzekomo zaginionej kobiety. Jeszcze podczas wesela Marek W. rzucił w Joannę obrączką ślubną, którą niedawno założył na palec, co było wynikiem kolejnej sprzeczki, w której uczestniczyła też jego matka. 23-latka, zrzucona ze schodów w sukni ślubnej, ze łzami w oczach przerwała wtedy imprezę i wróciła do wynajmowanego mieszkania w Olsztynie. Niedługo potem zjawił się tam również Marek. Znowu przepraszał, jak kameleon zmieniał swoją osobowość. Namówił żonę do skonsumowania związku małżeńskiego. Noc poślubną Joanna niemal przypłaciła życiem, ponieważ mężczyzna miał zacząć ją dusić i grozić pozbawieniem życia. Kobieta w ostatniej chwili wyrwała się i uciekła, a o wszystkim opowiedziała matce. Miała na ciele liczne obrażenia: zadrapania i siniaki na szyi. - Ja muszę unieważnić ten związek, ja nie mogę dłużej żyć z kimś, kto mi to zrobił. Złapał mnie za szyję, wisiałam w powietrzu i tak się broniłam – przytaczała słowa córki pani Danuta.
Zobacz również: 17-letnia Dominika Paćkowska wyszła do kościoła i zniknęła bez śladu. Kamera nagrała niepokojący moment
- Chciała iść do urzędu anulować małżeństwo, ale ją powstrzymałam. Poprosiłam, by jeszcze trochę poczekała, że gdy wyjdę ze szpitala i nic się nie zmieni, wtedy złoży pozew o rozwód – wspominała mama Joanny, która w tamtym okresie musiała podreperować swoje zdrowie. Niestety, w tej relacji nic nie zmieniło się na lepsze. Podejrzany miał przesiadywać w domu z bratem i Tomaszem, całymi dniami pijąc z nimi alkohol. W tym czasie Joanna, zupełnie ignorowana przez męża, zaczęła spotykać się z kimś innym. W międzyczasie nie przedłużono z nią umowy o pracę, straciła zatrudnienie i musiała przejść na zasiłek dla bezrobotnych.
11 września 1996 roku, nieco ponad dwa tygodnie od ślubu, Joanna i Marek wspólnie zakomunikowali pani Danucie, że zamierzają się rozstać. Do rozwodu jednak nie doszło, bo dwa dni od tej rozmowy ślad po 23-latce zaginął. Mama widziała ją po raz ostatni 13 września.
Zobacz galerię zdjęć. Dalsza część materiału znajduje się pod nią.
Autor książki „Urwane ślady”, który dotarł do akt sprawy, wskazał w swojej publikacji, że śledztwo było trudne i wyczerpujące, ale funkcjonariusze finalnie doszli do jednego wniosku: Joanna wcale nie zniknęła, tylko została zamordowana. Sąd ustalił, że po wizycie w szpitalu 13 września, Joanna wróciła do mieszkania przy ulicy Partyzantów. Następnie pomiędzy 13 a 16 września wychodziła z mieszkania i nie nocowała w nim przynajmniej jedną noc. Z tego powodu doszło do kłótni pomiędzy Joanną a Markiem, w czasie której kobieta na pytanie męża, gdzie była, prowokacyjnie odpowiedziała, że u byłego chłopaka Andrzeja M., z którym nadal utrzymuje stosunki seksualne. W czasie kłótni miała też zarzucać mężczyźnie, że nie zaspokaja jej i jest kiepski w łóżku.
- Wówczas pomiędzy małżonkami doszło do szarpaniny – napisano w aktach sprawy. Dalej czytamy: - Oskarżony przewrócił swoją żonę na wersalkę i dusił tak długo, aż przestała dawać oznaki życia. Zanim to nastąpiło, broniła się, drapiąc mocno oskarżonego paznokciami. Gdy Marek W. stwierdził, że jego żona nie żyje, wystraszył się tego. Jednak nie próbował udzielić jej pomocy. W obawie przed konsekwencjami swojego czynu, ukrył ciało w pojemniku na pościel wersalki i posprzątał mieszkanie – wskazano.
Rzekome zaginięcie i telefon do matki ofiary. Miała przeczucie, że ukrył Asię w wersalce
W śledztwie potwierdzono, że Joanna kilka razy spotkała się i sypiała z Andrzejem, już po ślubie z Markiem. Rzekome zaginięcie kobiety zgłosił natomiast jej mąż. 17 września odwiedził panią Danutę i roztrzęsionym głosem poinformował ją, że Joanna wyszła na dyskotekę z koleżanką i nie wróciła. Wtedy ruszyły poszukiwania: najpierw prowadzone przez bliskich, później – gdy sprawa została zgłoszona na policję – także przez służby. Mama kobiety od początku miała złe przeczucia, bo córka nie odebrała nawet zasiłku. Gdyby chciała gdzieś wyjechać i zacząć nowe życie, wzięłaby przecież ze sobą pieniądze, których w dodatku nie miała zbyt dużo. - Poszłam do mieszkania, które im wynajęłam. Marek leżał na wersalce, kiedy w środku było prawdopodobnie ciało Asi. Wtedy tego nie podejrzewałam, a policja nic nie zrobiła, niczego nie sprawdziła – żaliła się pani Danuta.
W jej ocenie mundurowi początkowo zbagatelizowali zaginięcie Joanny, dlatego jej ciała tak długo nie udało się odnaleźć. Zdjęcie poszukiwanej obiegło media w całej Polsce, pojawił się nawet reportaż w programie telewizyjnym „Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie”, zaangażowano jasnowidzów, dzwoniono po szpitalach i kostnicach. O pomoc przed kamerami apelował też sam Marek W., który prosił, by żona wróciła i obiecywał udzielenie zgody na szybki rozwód. Bezczelnie kłamał, niewzruszony i bez żadnych emocji na twarzy. Joanny nigdzie nie było, bo – jak już dzisiaj wiemy – została przez niego zamordowana.
Czytaj także: Krystyna zabiła dzieci, poderżnęła im gardła i podcięła swoje żyły. Makabra! "Chciała się zemścić"
Pewnego dnia, dosyć niespodziewanie, Marek W. wyjechał za granicę – do Niemiec. Twierdził, że Joanna może się tam ukrywać, więc jedzie jej poszukać, choć nie znał języka ani żadnych szczegółów. W międzyczasie znalazł sobie też nową partnerkę, niejaką Emilię. Konflikt między nią i Markiem a rodziną mężczyzny, który niedługo później wybuchł, doprowadził niemal do wyjawienia tajemnicy. Janusz Szostak twierdził bowiem, że matka mordercy miała grozić mu ujawnieniem prawdy dotyczącej tego, co zrobił z Joanną, jeśli się nie opamięta. Emilia groziła z kolei naskarżeniem na kobietę do urzędu skarbowego za oszustwa. Wszyscy zainteresowani nawzajem obarczali się winą i nawzajem sobie grozili. Ale to za sprawą nowej partnerki Marka, zdaniem pani Danuty, sprawa ruszyła z kopyta. Bo ostatecznie kobieta nie potrafiła żyć z takim ciężarem, po pijaku wyciągnęła od ukochanego, co zrobił z żoną. Emilia nie od razu zgłosiła się jednak na policję. Dopiero, gdy wraz z Markiem i dziećmi wyprowadzili się do Olsztyna, postanowiła zakończyć własną gehennę. Zeznała na policji, że stała się jego ofiarą, nad którą miał się znęcać i katować. Na komisariacie opowiedziała, jaką krzywdę wyrządził Joannie i że zagroził jej taką samą śmiercią, jeśli nie będzie mu posłuszna. Zeznania kobiety były zbieżne z tymi, które zdecydowała się złożyć także matka Marka. To wszystko dało już solidne podstawy do zatrzymania podejrzanego, który został aresztowany 16 września 2003 roku. Co prawda najpierw zamknął się w swoim mieszkaniu, do klamki podłączył kable pod napięciem, a sam schował się do kanapy, lecz funkcjonariuszom udało się do niego dostać i go złapać.
Marek W. pod naciskiem mundurowym, kiedy dowiedział się o złożonych przez świadków zeznaniach, przyznał się do zbrodni. Później jednak wszystko odwołał, podając podczas procesu, że policja wymusiła na nim przyznanie się do winy. Często zmieniał wersje wydarzeń, lecz prawda i tak wyszła na jaw: udowodniono mu, że zamordował Asię, spakował jej ciało do dużej torby ortalionowej i wywiózł nad jezioro. Miał obciążyć torbę metalowymi przedmiotami, by całość poszła na dno. Obciążały go w tym zakresie zeznania dawnego kochanka Tomasza, który przyznał, że tego dnia pojechał z nim do mieszkania w Olsztynie, by zabrać ciało Joanny. Zwłoki znajdowały się wówczas w pojemniku na pościel. Obaj pojechali do Dywit na posesję rodziny Marka, gdzie ten przełożył zwłoki do niesprawnego żuka swoich rodziców, a wieczorem wraz z bratem ukryli je w kanale garażu. Później bracia przenieśli ciało do mercedesa i zawieźli nocą nad brzeg Jeziora Dywickiego. Tam Marek napompował ponton, na który zapakował ciało żony, po czym wypłynął na środek akwenu. W książce „Urwane ślady” opisywano, że brat ubezpieczał Marka z brzegu za pomocą linki uwiązanej do pontonu. Po wszystkim poszli na piwo do baru, jak gdyby nigdy nic.
Brak ciała i przeciągające się śledztwo. Fala błędów w sprawie Joanny Gibner
Mimo zatrzymania mordercy oraz jego pomocników, i niezbitych dowodów na winę podejrzanego, dochodzenie nie mogło się zakończyć z uwagi na brak ciała ofiary. Funkcjonariusze dysponowali mapką, którą narysował im w końcu sam oskarżony, ale nie potrafili znaleźć Joanny. Swoje zeznania wycofała też niespodziewanie Emilia, która wyjechała z Polski w obawie przed zemstą partnera. Sąd teoretycznie nie mógł więc wziąć pod uwagę niczego, co wcześniej powiedziała.
Prokuratura i tak oficjalnie oskarżyła Marka W. o zabójstwo Joanny, dysponując zeznaniami innych osób i pierwotnym przyznaniem się do winy podejrzanego. 3 października 2003 roku w czasie jednej z rozpraw Marek stwierdził jednak, że to jego matka wraz z bratem mogli zabić Joannę, a on jest niewinny. Znowu wycofywał i zmieniał swoje zeznania, a o małżeństwie z żoną opowiadał w samych superlatywach. Przekonywał, że ją kochał. - Nasz związek był wprost cukierkowy. Joasia miała ze mną jak w bajce, zawsze zwracałem się do niej z miłością i słodkością. Była kochana i szanowana. Nie wiem, dlaczego mówiła o unieważnieniu małżeństwa. Sądzę, że to skutek jej fanaberii – wyjaśniał w sądzie, ku zaskoczeniu wszystkich.
W 2006 roku nurkowie z Akademii Marynarki Wojennej natrafili na obiekt znajdujący się pod wodą, który mógł okazać się obciążonymi zwłokami człowieka. I choć było to wysoce prawdopodobne, to ciała nie wyłowiono, ponieważ warunki panujące w tamtym miejscu, przede wszystkim znaczne zamulenie, nie pozwoliły na identyfikację czy wydobycie „obiektu”. Dziś specjaliści mówią, że zawiódł sprzęt, który nie był w tamtych czasach tak nowoczesny, jak teraz.
Danuta Januszewska, mama Joanny, była pewna, że ciało jej córki może znajdować się w jeziorze w Dywitach. Ale w momencie publikowania książki „Urwane ślady”, nie odnaleziono tych zwłok. Nie pomógł nawet jasnowidz Jackowski, który snuł wizje, jakoby Joanna uciekła za granicę ze starszym od siebie mężczyzną, by ułożyć sobie życie na nowo. Okazało się, że to wierutna bzdura. Szczegóły poniżej.
Wyrok mimo wszystko zapadł: 9 listopada 2006 roku Marek W. został skazany na 15 lat więzienia za to, że zabił żonę Joannę poprzez uduszenie, a także za to, że znęcał się nad swoimi rodzicami. Sąd Okręgowy w Olsztynie dołączył do kary także oszustwo wobec PZU, a na poczet wyroku wliczono tymczasowe aresztowanie do 2003 roku. Oznaczało to, że mężczyzna wyjdzie szybciej, niż myślano. I tak też się stało: chodził po ulicach w 2018 roku, wolny człowiek. Znalazł nową kobietę, która szybko go rzuciła. Pod koniec lutego 2019 roku media obiegła zaskakująca informacja: Marek W. zmarł za granicą, w niewyjaśnionych okolicznościach, mając 44 lata. Sekcja wykazała, że do jego śmierci nie przyczyniły się osoby trzecie. Los dopełnił sprawiedliwości.
W sprawę śmierci Joanny Gibner było zamieszanych więcej osób. Sieć powiązań została w końcu rozwiązana
Oprócz Marka, wyrok w sprawie Joanny Gibner usłyszał też Arkadiusz W., brat mordercy, za utrudnianie postępowania karnego i pomaganie sprawcy w ukryciu ciała. Dostał karę dwóch lat pozbawienia wolności. Cały ten wyrok był jednym z pierwszych w Polsce, który zapadł w ramach postępowania poszlakowego, bez ciała ofiary. Sprawa stała się przełomem i równocześnie była jedną z najtrudniejszych spraw w karierze sędziego, który się nią zajmował – jak sam przyznawał.
- W pokoiku Asi urządziłam jej grób, bo nie mam nawet najmniejszego szczątka ciała, by pochować ją na cmentarzu – mówiła w tamtym okresie Danuta Januszewska. - Jeśli teraz nie odnajdziemy jej szczątków, to cierpienie będzie mi towarzyszyć do końca życia. Nigdy nie przestanę się zastanawiać, gdzie jest moja córka – dodawała.
Gehenna kobiety trwała przez lata, ale w końcu została przerwana: po 24 latach poszukiwań Joanny Gibner. 26 maja 2020 roku, w Dzień Matki, nurkowie odnaleźli szczątki młodej kobiety na dnie Jeziora Dywickiego – włożone do worka na pościel, dociążone metalowymi przedmiotami i cegłami, dokładnie tak jak ustalono w czasie śledztwa. Badania DNA potwierdziły, że ciało należy do zaginionej kobiety. Poszukiwania prowadzono tam na zlecenie Fundacji Na Tropie z Januszem Szostakiem na czele. Dziennikarz, który przez lata pomagał wraz z fundacją w poszukiwaniach osób zaginionych, nie pozwolił, by sprawa nie została zamieciona pod dywan. Doprowadził ją do końca, ściągając na miejsce wyspecjalizowanego płetwonurka. Marcel Korkuś, dwukrotny rekordzista świata w nurkowaniu wysokogórskim, po pięciu godzinach natknął się na pakunek pod wodą. - Zanurkowałem celem identyfikacji, co to za obiekt, i potwierdziło się wtedy, że na dnie znajduje się sporych rozmiarów torba obciążona metalowymi elementami. Przez dziurę w tej torbie udało mi się dostrzec cegłę – relacjonował mężczyzną. Wśród tych rzeczy było też ciało kobiety.
- Dostałam szoku. Wyłam, całe ciało drżało, każda komórka ciała nie pozwalała mi wstać na nogi. Nie mogłam wydostać się z samochodu, bo cała się trzęsłam. Powietrza mi zabrakło, musiałam tlen dostać – mówiła Danuta Januszewska w rozmowie z dziennikarzami magazynu TVN24. - Okulary, te, które miała na ślubie, miała przy sobie. Wrzucił te okulary. Ubranie, torebka, którą z Francji przywiozła, gdy była na wymianie szkolnej. Opisałam, jak ta torebka wygląda, a policjantka potwierdziła, że ma czarną rączkę i urwany pasek. To skóra, a skóra się przecież w wodzie nie rozpuściła. Były tam dezodorant, notes, długopis, szczotka do włosów – wyliczała. Później padły poruszające słowa Janusza Szostaka. - Chciała w Dzień Matki otrzymać ten najpiękniejszy dla niej prezent. To tragiczne wyznanie: żeby odnaleźć zwłoki córki, o tym matka marzy – wyznał. Miejsce, w którym przebywała Joanna, było dokładnie tym, które przed laty wskazał sam zabójca. Prawda jest więc taka, że ciało można było odnaleźć znacznie wcześniej, a tłumaczenia służb o niewystarczająco wyspecjalizowanym sprzęcie wydają się dziś niewystarczające. Rodzina nie chce jednak roztrząsać sprawy. Najważniejsze jest dla nich to, że ich koszmar tego dnia się zakończył.
Miesiąc później, dokładnie 26 czerwca 2020 roku, Joanna Gibner została pochowana. Spoczęła w rodzinnym grobie, tym samym, gdzie niegdyś pochowano jej ojca. Matka kobiety zaniosła na grób córki kilkadziesiąt bukietów plastikowych kwiatów, które zbierała w danym pokoju Joanny przez minione 24 lata. Pogrzeb był niezwykle poruszający, a bliscy nareszcie mogą zaznać spokoju.