Dwa małżeństwa, to samo miasto, ci sami sprawcy. Brutalne morderstwa na Śląsku połączono i wyjaśniono po latach

Dorota i Zbigniew Sobańscy zginęli w tajemniczych okolicznościach. Młode małżeństwo z Gliwic zostało porwane i zamordowane. Trzy lata później w podobny sposób życia straciła inna para: Małgorzata i Paweł Siudzińscy, również małżonkowie z Gliwic. W czasie śledztwa prowadzonego nad tymi dwoma sprawami początkowo nikt nie przypuszczał, że zabójstwa mogą być ze sobą powiązane. A jednak w końcu wyszło na jaw, że śmierć tych osób nie była przypadkowa.

Pierwszy akt tych straszliwych wydarzeń rozegrał się we wrześniu 2001 roku, kiedy media w całej Polsce obiegła informacja o zaginięciu młodego małżeństwa, pochodzącego z Gliwic w województwie śląskim. Początkowo policjanci uznali, że Dorota i Zbigniew Sobańscy zaginęli w tajemniczych okolicznościach, a pod uwagę brano różne scenariusze, w tym między innymi ucieczkę za granicę, która miała być rzekomo spowodowana długami, w jakie para wpadła podczas prowadzenia swojego biznesu: mieli bowiem własny bar, który nie prosperował dobrze. Po jakimś czasie od rozpoczęcia poszukiwań małżeństwa, świadkowie natknęli się na porzucony w odludnym miejscu samochód. Wezwano mundurowych, którzy potwierdzili, że auto należy do Sobańskich, lecz pary nie było w pobliżu. Zabezpieczono jedynie łopaty i kominiarki, nieznanego pochodzenia. Mimo szeroko zakrojonej skali działań, długo nie udawało się ustalić, co mogło przytrafić się parze. Dopiero 14 lat później, w 2015 roku, w lesie okalającym jezioro Dzierżno w Gliwicach wykopano ludzkie szczątki. Po przeprowadzeniu szczegółowych badań DNA, zleconych przez prokuraturę, biegli potwierdzili, że ciała, a w zasadzie to, co z nich pozostało, należą do zaginionego małżeństwa. To wciąż nie pozwoliło jednak wytypować sprawców, a przynajmniej nie wszystkich. Tempo śledztwu nadało zaginięcie kolejnej pary z Gliwic, w 2004 roku.

Roman C. i Tobiasz W. wytypowali małżeństwo, któremu dobrze się wiodło. Chcieli się obłowić

Przemysław Gluma, dziennikarz „Super Expressu”, opisywał na łamach gazety, że szokujące wydarzenia rozegrały się dokładnie 12 lutego 2004 roku. Małgorzata i Paweł Siudzińscy mieszkali w domu w dzielnicy Łabędy i uchodzili za zgrane, szczęśliwe małżeństwo. Zadbana posesja, dwa samochody i opinia wśród sąsiadów, jakoby prowadzili dostatnie życie, przykuła uwagę Romana C. oraz Tobiasza W., mężczyzn, którzy postanowili obserwować parę z ukrycia.

Poznaj więcej historii: Pokój Zbrodni

Z ustaleń śledczych wynika, że chcieli szybko się wzbogacić, a ewentualny rozbój na małżeństwie miał być środkiem do tego celu. Do pomocy planowali jeszcze zaangażować 17-letniego chłopaka, Sergiusza, który był bratem Tobiasza. On także został wtajemniczony w ich niecny plan. Tego dnia Paweł Siudziński wyjechał samochodem z domu, pozostawiając żonę samą w środku. To był dzień jak co dzień, nikt nie mógł przypuszczać, że kobieta padnie ofiarą zwyrodnialców. Oficjalnie małżeństwo nie miało wrogów, nie mieli też powodów, by kogokolwiek się obawiać. Tymczasem napastnicy wykorzystali fakt nieobecności mężczyzny i włamali się do domu. Od razu rzucili się na Małgorzatę, która zaskoczona i przerażona nie zdążyła zareagować. Została powalona na ziemię, uderzona, a później skrupulatnie związana.

Roman C. i Tobiasz W. planowali prędko dokonać rabunku i uciec, ale mąż zaatakowanej kobiety niespodziewanie wrócił do domu, ponieważ zapomniał zabrać ze sobą telefonu. Gdy wszedł do środka, jego oczom ukazało się istne pobojowisko. Zdezorientowany Paweł Siudziński niemal natychmiast został jednak uderzony w głowę i stracił przytomność. On również został związany.

Spanikowani bandyci musieli przeorganizować całą akcję. Nie wiadomo, czy zakładali pozbawienie życia swoich ofiar, czy chcieli ich tylko pokiereszować. Pewne jest natomiast to, co zrobili po powrocie głowy rodziny: spętane i obezwładnione małżeństwo zapakowali do jednego z samochodów. Nie użyli nawet własnego pojazdu, tylko wykorzystali auto należące do Siudzińskich. Chcąc się obłowić i mając z tyłu głowy pierwotny cel rabunku, zabrali jeszcze ze sobą telefony i komputer należące do pary. Po drodze chwycili butelkę whisky, której wypicie miało dodać im odwagi. Ruszyli, w nieznanym kierunku. Dziennikarz „Super Expressu”, Przemysław Gluma, opisywał że co najmniej kilka godzin jeździli z pokrzywdzonymi w bagażniku po terenach Śląska, Małopolski i województwa świętokrzyskiego. Zachowywali się tak, jakby nie do końca wiedzieli, co mają teraz zrobić. Silne emocje, zmęczenie i doza paniki sprawiły, że kierowca stracił panowanie nad kierownicą. W Zbeltowicach, niewielkiej miejscowości w Świętokrzyskiem, doszło do dachowania pojazdu. Samochód wpadł do rowu.

Czytaj także:  Jakub przyjechał do Agnieszki, by wyczyścić jej akwarium. Zdjął pasek do spodni i udusił ją na oczach rybek

Dalszy przebieg zdarzenia jest dość niejasny i mgliście opisywany w polskich mediach. Według jednej z relacji, na miejsce wypadku zleciała się prawie cała wieś, by pomóc wyciągnąć z rowu auto, ale nikt nie wezwał policji. Pojazd, mimo groźnie wyglądającego zdarzenia, był zdolny do dalszej jazdy, więc sprawcom porwania udało się jakoś przekonać mieszkańców, że mogą się rozejść. Dziennik „Fakt” podawał, że podczas późniejszego procesu wyszło na jaw, że opaski, które miały na oczach ofiary, spadły podczas dachowania, dlatego nikogo ze świadków nie zdziwiła obecność małżeństwa na tylnych siedzeniach auta. Nie wiadomo, czy para nie próbowała krzyczeć, czy po prostu nie było ich słychać z zamkniętego samochodu, ani czemu żadnej osobie będącej na miejscu nie przyszło do głowy, by jednak wezwać odpowiednie służby. Kobieta zobaczyła za to twarz sprawców, którzy zdjęli kominiarki na czas prowadzenia samochodu, i to przesądziło o losie pary. Roman C. i Tobiasz W. odjechali z miejsca zdarzenia i zaciągnęli małżeństwo do lasu pod Zbeltowicami, gdzie rozpoczęli wstrząsającą zbrodnię. Próbowali udusić Małgorzatę, a później wbili jej nóż w szyję, bo za bardzo się szamotała – walczyła, kopała napastników, jednak niestety nie miała z nimi większych szans. Wykrwawiła się na miejscu. Paweł Siudziński został z kolei przywiązany do drzewa. Jego też na początku duszono, by następnie dobić mężczyznę uderzeniami w głowę za pomocą klucza francuskiego, który agresorzy zabrali z samochodu. Być może sądzili, że to załatwiło sprawę, bo pokrzywdzony stracił przytomność, ale Paweł nadal żył. Gdy zwyrodnialcy uciekli, zdołał uwolnić się z więzów i przeczołgać trzysta metrów dalej. Niestety, nie udało mu się wezwać pomocy i niedługo później zmarł.

- Te bestie nie zasługują na nic innego, tylko na śmierć – mówił podczas późniejszego procesu pan Włodzimierz, ojciec zamordowanej Małgorzaty i teść Pawła, który przyszedł do sądu, by spojrzeć w oczy morderców. – To potwory, za moje dzieci powinni dostać dożywocie – podkreślał.

Roman C. i Tobiasz W. bardzo szybko wpadli w ręce funkcjonariuszy. Zaledwie dwa dni od zdarzenia zostali aresztowani, kiedy zaliczyli kolejny wypadek samochodem Siudzińskich. Nadal nim bowiem podróżowali, jak gdyby nigdy nic. Tym razem świadkowie wezwali policjantów, a zatrzymani mężczyźni nie potrafili wytłumaczyć, skąd mają auto zaginionego małżeństwa. Pojazd, wymazany krwią, stał się głównym dowodem w sprawie. „Nowiny Gliwickie” opisywały na swoich łamach, że Tobiasz W. znany był w przestępczym środowisku jako „Gruby”, a Roman C. nosił pseudonim „Bleki”. Obaj przyznali się do popełnienia zbrodni i wskazali miejsce, w którym ukryli ciała swoich ofiar. Nie wykazali skruchy, stojąc przed wymiarem sprawiedliwości.

Zobacz galerię zdjęć. Dalsza część materiału znajduje się pod nią.

Przełom po latach. Okazało się, że dwa przestępstwa są ze sobą powiązane. Mroczna tajemnica wyszła na jaw

Wspólne działania, nie tylko w przestępczym półświatku, podejmowali od wielu lat. Znali się bardzo dobrze, mieszkali w jednej dzielnicy, wspólnie imprezowali, kradli i zażywali środki odurzające. W morderstwie Siudzińskich miały im pomagać jeszcze cztery inne osoby, które zostały skazane na więzienie w osobnych procesach, lecz to ich uznano za głównych prowodyrów napaści oraz osoby, które zdecydowały o zabójstwie. „Nowiny Gliwickie” ujawniły, że Tobiasz W. po środkach odurzających, które brał regularnie, czuł się „lekki jak piórko”, co w kontekście jego pseudonimu, „Gruby”, brzmiało dość kuriozalnie. Napoje procentowe pił od 12. roku życia, nie skończył szkoły i utrzymywał się z drobnych kradzieży. Roman C. mieszkał natomiast w wielopokoleniowym domu, wspólnie z dziadkami. Finansowo pomagała mu babcia, był jej ulubionym wnuczkiem, dzięki czemu nie narzekał na brak gotówki. Stoczył się dopiero w czwartej klasie technikum, kiedy wpadł w patologiczne środowisko. Przestał się uczyć, znikał z domu na wiele godzin, czasem dni. Matka wnioskowała nawet o umieszczenie go w ośrodku odwykowym, ponieważ używki wzmacniały w nim agresję i wulgarność. Gdy stał się pełnoletni, odmówił jednak leczenia i zamieszkał w hotelu robotniczym w Łabędach. Tam poznał się z Tobiaszem W.

Zobacz również:  Przez 8 dni więzili i grupowo wykorzystywali Monikę. Wkładali w nią kij od szczotki! 26-latka nie żyje

W procesie sądowym obaj zostali uznani za winnych morderstwa małżeństwa Siudzińskich i skazani na karę dożywotniego pozbawienia wolności, ale na tym ich historia się nie zakończyła. To, co z pozoru wydawało się niepołączonymi sprawami, w rzeczywistości okazało się posiadać wspólny mianownik w postaci osób zaangażowanych w zbrodnie. I mowa tutaj o zabójstwie innego małżeństwa z Gliwic, sprzed lat, o którym wspomniałem na początku tego materiału, czyli Doroty i Zbigniewa Sobańskich. Funkcjonariusze połączyli bowiem ślady zabezpieczone w aucie ofiar oraz materiały genetyczne z ciał pokrzywdzonych, znalezione po czternastu latach od przestępstwa. Udało się wyodrębnić kod genetyczny niejakiego Bogdana G., pseudonim „Bodzio”, który już wtedy miał bogatą kryminalną kartotekę i był znany lokalnym policjantom. Dalsze śledztwo wykazało, że to właśnie on, we współpracy z Tobiaszem W., uprowadził Sobańskich z domu przy ulicy Okrzei w Gliwicach. Przekazali ich Romanowi C., temu samemu, który z Tobiaszem uśmiercił trzy lata od tych wydarzeń małżeństwo Siudzińskich. W tej skomplikowanej układance pojawiają się jeszcze dwie osoby: Piotr S. oraz Vladimirs A., obywatel Łotwy lub Rosji, bo nadano mu ksywkę „Rusek”.

Ten ostatni miał być mózgiem całej operacji. Był wierzycielem Sobańskich, któremu zalegali ze spłaceniem długu, i to on – zdaniem prokuratury – zlecił porwanie. „Rusek” nie planował morderstwa pary, chciał ich przez kilkanaście godzin przetrzymać w studzience kanalizacyjnej, by pokazać, że potrafi być groźny, więc mają natychmiast zwrócić mu pożyczone pieniądze. W toku śledztwa wyszło jednak na jaw, że para nie miała pieniędzy i nie może spełnić tego żądania. Wtedy zostali pobici i zakopani pod ziemią – zgodnie z hipotezą mundurowych, żywcem, ale Piotr S. podczas procesu zapewniał, że małżeństwo na pewno już nie żyło, gdy wrzucono ich do głębokiego wyrobiska piaskowego. - Kiedy zasypywałem zwłoki dwukrotnie sprawdziłem na przegubie i tętnicy szyjnej, czy żyją. Nie było pulsu. Miałem stuprocentową pewność, bo jestem ratownikiem medycznym – wyjaśniał oskarżony przed sądem.

Vladimirs A. przyleciał do Polski w 2000 roku, a do naszego kraju ściągnęła go miłość – zakochał się bowiem w Polce, z którą wziął później ślub. Mieszkali na osiedlu Waryńskiego, utrzymywali się głównie z pieniędzy teścia i prac dorywczych. Mężczyzna nie miał stałego zatrudnienia. Według Piotra S., to właśnie „Rusek” zlecił napad i wynajął do tego kolejne osoby. Cała czwórka zjawiła się przed mieszkaniem Sobańskich dokładnie 13 września 2001 roku. Wykręcili korki na klatce, więc działali w ciemnościach. Zapukali do drzwi pokrzywdzonych, uzbrojeni w nogi od taboretu i ubrani w kominiarki. Gdy otworzyła im kobieta, błyskawicznie wepchnęli ją do środka i zaatakowali. Skatowali też jej męża oraz owczarka niemieckiego, który próbował bronić swoich opiekunów. Dali mu najpierw zatrutą kiełbasę, a kiedy konał: skręcili mu kark. - Chcieliśmy ich tylko postraszyć, bo podobno byli winni pieniądze. To miał być napad – twierdził przed sądem Piotr S., pseudonim „Pyjo”, który został powiązany ze sprawą dopiero w 2014 roku, kiedy odsiadywał wyrok za kradzież. Na początku twierdził, że można mu tylko zarzucić złodziejstwo, lecz - jak już wiemy - para została nie tylko okradziona, ale i zamordowana bez żadnych skrupułów.

Tobiasz W., pseudonim „Gruby”, w tej konkretnej sprawie złożył kluczowe zeznania. W 2008 roku w więziennej świetlicy obejrzał program „997 – Michał Fajbusiewicz na tropie”, w którym pojawiła się informacja o zaginionym małżeństwie z Gliwic. Wtedy jeszcze zwłoki pary nie zostały ujawnione. Mężczyzna skojarzył jednak wydarzenia ze zleceniem porwania, które wtedy otrzymał – twierdził, że nie wiedział o tragicznym finale, bo po przekazaniu małżeństwa kolejnym sprawcom nie interesował się ich losem. Co ciekawe, dokładną datę, podaną w programie Fajbusiewicza, skazaniec wytatuował sobie na lewym przegubie, na wszelki wypadek, żeby nie uleciała mu z pamięci. To przydało się w późniejszym procesie, kilka lat do przodu, gdy znaleziono ciała ofiar.

Sąd bezlitosny dla sprawców zbrodni. Nie było taryfy ulgowej

Być może Tobiasz W. liczył na łagodniejszy wyrok, bo o zabójstwie Sobańskich miał dowiedzieć się od Romana C. w dniu ogłoszenia wyroku w sprawie zamordowania małżeństwa Siudzińskich. Zeznania złożył dopiero w kwietniu 2015 roku, po wznowieniu śledztwa. – Gdy mieliśmy przerwę w sieczkarni, czyli w takim pokoju niedaleko sali rozpraw, Romek przechwalał się, że tamtych też zabił. Dokładnie to powiedział, że tamci też nie żyją – zeznał świadek i jednocześnie oskarżony. Jego plan częściowo się powiódł: za uprowadzenie ze szczególnym udręczeniem usłyszał wyrok zaledwie 3,5 roku więzienia. Tyle że i tak miał już na koncie dożywocie za morderstwo z 2004 roku, więc na niewiele się to zdało. Internauci spekulowali po latach, że może ruszyło go sumienie, dlatego złożył zeznania obciążające dawnego kolegę. Roman C. w procesie za zabójstwo został bowiem skazany na kolejne dożywocie, podobnie jak obcokrajowiec Vladimirs A. Dzięki współpracy z organami ścigania niższy wyrok usłyszał jeszcze Piotr S., który został skazany na 12 lat więzienia. Bogdanowi G. wlepiono natomiast 3,5 roku więzienia.

Sąd zakwalifikował morderstwo małżeństwa Sobańskich jako zaplanowane, wyjątkowo brutalne i dokonane z motywów rabunkowych. Potwierdzono, że ciała zabitych małżonków zostały zakopane w lesie, a śledztwo w tej sprawie stało się jednym z najdłuższych, prowadzonych przez gliwicką i śląską policję, co było spowodowane między innymi skomplikowanymi przebiegami zdarzeń, na przestrzeni różnych lat, kiedy jedna sprawa miała miejsce wcześniej niż druga, mimo że została prędzej rozwiązana. Ostatecznie zbrodnie popełnione na małżeństwach Sobańskich i Siudzińskich, choć wykonane z różnych motywacji, okazały się mieć wspólne podłoże w postaci sprawców. Pozostaje mieć nadzieję, że - zgodnie z wyrokiem sądu - resztę swoich dni spędzą za kratkami.

Sonda
Czy w Polsce powinna obowiązywać KARA ŚMIERCI?
Pokój Zbrodni - mordowali małżenstwa

Player otwiera się w nowej karcie przeglądarki