Jakub przyjechał do Agnieszki, by wyczyścić jej akwarium. Zdjął pasek do spodni i udusił ją na oczach rybek

Jakub K., okrzyknięty przez media akwarystą, zajmował się rybkami swojej ofiary. Media spekulowały, że miał być też klientem Agnieszki, która prowadziła podwójne życie – zwykłej sąsiadki za dnia i kobiety do towarzystwa nocą. Napastnik poznał ją w sklepie zoologicznym, doradzał w kwestiach związanych z dbaniem o akwarium. Gdy ich znajomość przeszła na stopę prywatną, często przyjeżdżał i pomagał z rybkami. Potem miał zacząć rzekomo korzystać z jej innych usług, ale w sądzie wielokrotnie temu zaprzeczał. Co sprawiło, że ta zawiła, choć raczej pozbawiona agresji relacja, przerodziła się w makabryczne zabójstwo? Szczegóły są szokujące.

Jakub K. i Agnieszka K. poznali się w 2012 roku. On miał 26-lat, ona była o dziesięć lat starsza. Kobieta wynajmowała mieszkanie przy ulicy Bielawskiej w Konstancinie-Jeziornie, na luksusowym osiedlu, które zamieszkiwali głównie ludzie zamożni. Zielona okolica, cisza i spokój. Agnieszka miała pieniądze na wynajem, bo lubiła szybko i dobrze zarobić. Prowadziła bowiem podwójne życie: za dnia była zwyczajną, uroczą sąsiadką o nienagannej urodzie, a nocą – kobietą do towarzystwa, świadczącą usługi seksualne. Drobna, elegancka brunetka o jasnych oczach, mieszkała samotnie. Niedawno rozstała się z mężem i musiała jakoś odnaleźć się w życiu po rozwodzie. Szarość dni rozjaśniał jej ukochany pies: masywny pitbull, który dzielnie bronił swojej pani. W jego towarzystwie nikt nie odważyłby się nawet do niej zbliżyć.

Agnieszka prowadziła podwójne życie. Poznała swojego późniejszego oprawcę w sklepie zoologicznym

Agnieszka pochodziła z Gorzowa Wielkopolskiego, a kiedy wynajęła mieszkanie na strzeżonym osiedlu w Konstancinie-Jeziornie, znajomi zaczęli dopytywać, skąd ma na to pieniądze. 36-latka miała opowiadać o pracy w branży kosmetycznej, która przynosiła jej satysfakcjonujące zarobki. Dojeżdżała do Warszawy, a tam można liczyć na wyższe wynagrodzenie – tak się tłumaczyła. Tymczasem Hanna Dobrowolska, dziennikarka, która po latach przeczytała akta całej sprawy, donosiła w „Newsweeku”, że w rzeczywistości Agnieszka K. dorabiała jako prostytutka, która trudniła się tym – jak mawia popularne określenie - najstarszym zawodem świata od ponad dekady. Na specjalnym portalu randkowym ogłaszała się jako „Kaja Piaseczno”. Jak często w tej specyficznej branży bywa, chciała pozostać anonimowa, więc nie mogła ujawnić nawet prawdziwego imienia. Ryzyko, że ktoś ją rozpozna i wieść rozniesie się po okolicy, tym samym trafiając do najbliższych i przyjaciół, było zbyt duże.

Poznaj więcej historii: Pokój Zbrodni

Pewnego razu Agnieszka pojechała do sklepu zoologicznego w Jankach. Miała w mieszkaniu akwarium i rybki, którymi lubiła się zajmować. Chciała kupić kolejne okazy. Gdy rozglądała się po regałach, podszedł do niej młodziutki Jakub, który tam wówczas pracował. Z oficjalnych źródeł wynika, że mężczyzna zaprzyjaźnił się z kobietą i odwiedzał ją w mieszkaniu, by czyścić akwarium, doradzać w sprawach związanych z pielęgnacją rybek, a czasem przywoził jej nowe okazy do kolekcji. Nieoficjalnie mówiło się natomiast, że relacja tych dwojga przerodziła się w coś bardziej osobistego, intymnego. Mężczyzna miał stać się klientem Agnieszki. Ostatecznie charakter ich spotkań do samego końca pozostał niejasny, nawet wtedy, gdy prokuratura postawiła Jakuba K. w stan oskarżenia. Proces toczył się za zamkniętymi drzwiami, a śledczy nie byli zbyt wylewni, ujawniając ledwie skrawki szczegółów dotyczących zbrodni czy jej motywów.

26-latek miał opinię człowieka skrytego, zamkniętego w sobie. Nie zarabiał zbyt wiele, a do mediów nie przeniknęło zbyt wiele informacji na temat życia prywatnego. Człowiek-duch, jak określali go niektórzy dziennikarze, miewał jednak problemy z agresją. Cztery lata po pierwszym spotkaniu, 7 listopada 2016 roku, Jakub K. znowu miał odwiedzić Agnieszkę w jej mieszkaniu. Pojawił się tam dwukrotnie. Najpierw po to, by dokonać serwisu akwarium. Wrócił jednak jeszcze wieczorem – w innym celu, którego prokuratura nie zdradza. Można się jednak domyślić.

- Około godziny 19:00 pomiędzy nim a pokrzywdzoną doszło do nieporozumienia. Wtedy ją odepchnął, rzucił na łóżko i dwukrotnie uderzył pałką w tył głowy. Następnie udusił ją za pomocą paska – relacjonowała prokurator Magdalena Sowa z Prokuratury Okręgowej w Warszawie. To wyjaśnienia, które w toku postępowania złożył sam Jakub K.

Gdy pokrzywdzona już nie żyła, mężczyzna umieścił jej zwłoki w walizce i wyniósł z mieszkania, po czym włożył je do bagażnika swojego samochodu, który zaparkował na pobliskim parkingu. Po wszystkim sprawca przewiózł walizkę z ciałem na posesję swojej matki w Belsku Dużym i ukrył bagaż w tamtejszym garażu. Przez kilka dni żył normalnie, jak gdyby nigdy nic. Z ustaleń śledczych wynika, że odwiedzał nawet mieszkanie ofiary, by nakarmić jej psa i sprzątnąć odchody przerażonego zwierzęcia. Nie wiadomo, czemu masywny pitbull w dniu morderstwa nie stanął w obronie swojej ukochanej pani. Być może został wcześniej zamknięty w innym pomieszczeniu.

Jakub wyjechał do Szwecji po nowe okazy ryb akwariowych. W międzyczasie ktoś znalazł ciało jego ofiary

Jakub K. zachowywał się tak, jakby nie zdawał sobie sprawy z powagi sytuacji. Kiedy więc pojawiła się możliwość wyjazdu za granicę, nawet się nie zastanawiał. Nie chodziło jednak o ucieczkę z kraju, a sprawy zawodowe. Miał pojechać do Szwecji po nowe okazy ryb akwariowych. Tak też zrobił, kilka dni po zabójstwie opuścił Polskę. Podczas jego nieobecności ktoś zgłosił, że Agnieszka K. nie daje znaku życia. Ruszyło policyjne śledztwo, sprawdzanie kamer monitoringu, lokalizowanie telefonu kobiety. W drodze powrotnej do kraju, dokładnie 19 listopada 2016 roku, Jakub został zatrzymany przez policjantów. Złapali go na pokładzie promu Polonia, gdy ten cumował w Świnoujściu. Mężczyzna miał przy sobie komórkę i dokumenty ofiary.

Już po schwytaniu podejrzanego, ten szybko pękł. Podczas przesłuchania przyznał się do popełnienia zarzucanych mu czynów i złożył obszerne wyjaśnienia. Działania operacyjne wskazywały na to, że 26-latek próbował zacierać po sobie ślady, usuwał dane z telefonu zamordowanej, przejeżdżał też przez monitoringowe „martwe punkty”, by nie rzucać na siebie podejrzeń. W zderzeniu z ogniem pytań śledczych, nie wytrzymał jednak presji. Wskazał miejsce ukrycia ciała Agnieszki, wtedy został tymczasowo aresztowany.

Zobacz galerię zdjęć. Dalsza część materiału znajduje się pod nią.

Prokurator Magdalena Sowa przekazywała, że w toku śledztwa zostało przesłuchanych ponad stu świadków. Dokonano też oględzin nagrań z monitoringu, uzyskano opinie biegłych z zakresu medycyny sądowej, toksykologii, daktyloskopii badań genetycznych, badań chemicznych, a także przeprowadzono szereg eksperymentów procesowych. Udało się odtworzyć trasę przejazdów Jakuba, później zrekonstruowano przebieg zdarzeń na podstawie monitoringu miejskiego, zabezpieczono również ślady elektroniczne.

Czytaj także:  Przez 8 dni więzili i grupowo wykorzystywali Monikę. Wkładali w nią kij od szczotki! 26-latka nie żyje

Mężczyzna musiał jeszcze zostać zbadany pod kątem poczytalności, ponieważ pojawiły się przesłanki, że może objawiać cechy osoby z problemami psychicznymi. Ostatecznie biegli orzekli jednak, że Jakub K. był w pełni poczytalny w chwili zbrodni, świadomy tego, co robił – nie działał pod wpływem alkoholu czy narkotyków, nie miał zaburzeń psychicznych. Mógł odpowiadać za to, czego się dopuścił. Wszystko wskazywało na to, że „akwarysta” może spodziewać się wysokiego wyroku.

Wielu ludzi z zapartym tchem śledziło poczynania śledczych, ponieważ zbrodnia w Konstancinie-Jeziornie miała duży rozgłos medialny. Ale proces toczył się finalnie za zamkniętymi drzwiami, a to za sprawą rodziny ofiary, która z uwagi na swoje dobro i pamięć o kobiecie, prosiła o wyłączenie jawności rozpraw. Sąd się do tego wniosku przychylił. Wtedy dopływ informacji do dziennikarzy został niemal całkowicie odcięty. Do tego stopnia, że nigdy nie ujawniono publicznie dokładnego motywu zbrodni, nie opublikowano też treści zeznań. Sąd nie zgodził się nawet na ujawnienie treści ustnego uzasadnienia wyroku. Nieoficjalnie niektórzy dziennikarze spekulowali, że motyw zabójstwa był seksualny. Funkcjonariusze tego nie potwierdzili, ale też nie zdementowali.

Sąd nie miał wątpliwości, że Jakub jest winny. Karę podtrzymano w procesie apelacyjnym

- Dlaczego Jakub zabił Agę? Z zazdrości? Z poniżenia? Z zemsty za odrzucenie? Proces, zamiast rozwiać wątpliwości, pozostawił sporo domysłom i spekulacjom – donosił „Super Express”. - Lektura akt sądowych rzuca na tę sprawę nowe światło: to on mógł być jej klientem, a zabił, bo wystraszył się krwi menstruacyjnej – opisywała później na łamach „Newsweeka” Hanna Dobrowolska. Sam Jakub K. kilkakrotnie miał zaprzeczać, jakoby korzystał z usług seksualnych kobiety. Agnieszka miała go jednak czasem namawiać, by został „chociaż na godzinkę”.

Zobacz również:  Grzegorz B. dusił 2-letnią Lenę i zabił półrocznego Maksia. Strach dzieci dawał mu frajdę. "Uwalniał stres"

- Ja nie chciałem. Bardzo się obawiałem kontaktu z nią, boję się chorób i brudu. Brzydzi mnie to – miał powiedzieć, co zapisano w protokole sądowym. Według wersji Jakuba, opisanej przez „Newsweek”, kobieta miała go obrażać i wyśmiewać, być tego dnia agresywna. - Rzuciła w niego śmieciami, miała mu grozić i go upokarzać. Śledczy wysnuli wniosek: Jakub wpadł w szał, gdy jego męskość została podważona. Działał z pełną świadomością: nie w afekcie, lecz z zamiarem zabójstwa – relacjonowała gazeta.

Po dwóch latach od zbrodni, w 2018 roku, Sąd Okręgowy w Warszawie uznał Jakuba K. za winnego zabójstwa i przywłaszczenia dokumentów ofiary. Mężczyzna został skazany na 25 lat pozbawienia wolności. Ponadto wskazano, że musi zapłacić 160 tysięcy złotych zadośćuczynienia rodzicom zamordowanej. Od wyroku odwołała się prokuratura, która uważała, że Jakub K. zamordował swoją ofiarę w brutalny sposób, z błahych powodów i z zimną krwią, więc powinien zostać skazany na dożywocie. Obrońca z kolei wnosił o uniewinnienie lub przynajmniej złagodzenie wyroku. Rok później, w 2019, Sąd Apelacyjny w Warszawie uznał, że motyw nie jest wystarczająco jasny, by zastosować najsurowszy wymiar kary, ale jednocześnie dowody nie pozwalają też na zmniejszenie wyroku. Tym samym decyzja sądu pierwszej instancji została utrzymana w mocy, a Jakub K., już prawomocnie, został skazany na 25 lat więzienia.

Sonda
Czy w Polsce powinna obowiązywać KARA ŚMIERCI?
Pokój Zbrodni - Akwarysta

Player otwiera się w nowej karcie przeglądarki