Kamilka z Częstochowy można było uratować. Wyrok dla oprawców odbiera nadzieję. Nowe kulisy szokują

2026-05-11 9:06

Kamilek z Częstochowy umierał w męczarniach, katowany przez ojczyma i matkę. Wyrok sądu dla jego oprawców, który niedawno zapadł, odbiera nadzieję na zmiany, bo nowo ujawnione kulisy tego, co działo się w domu chłopca, pokazują niebywałe okrucieństwo agresorów. Kamilka można było uratować, gdyby reakcja wymiaru sprawiedliwości była bardziej stanowcza. Teraz, kiedy pojawiła się szansa zadośćuczynienia za błędy, morderca 8-latka nie usłyszał dożywocia. Rodzina Kamilka, przedstawiciele fundacji, osoby zaangażowane w sprawę i Rzeczniczka Praw Dziecka są oburzeni taką decyzją. Czeka nas proces apelacyjny. Poznajcie szczegóły.

Kamilek z Częstochowy przeszedł przez piekło, które opisaliśmy w książce "Dzieci odchodzą w ciszy". Dawid B., jego ojczym, zwracał uwagę chłopcu na najdrobniejsze zachowania, które mu się nie podobały. Wydawało się, jakby przeszkadzało mu w zachowaniu dziecka dosłownie wszystko, choć maluch miał zaledwie kilka lat. Raz denerwował go „za głośnym płaczem”, innym razem miał się wściec, bo Kamilek „popuścił w majtki” na widok wzburzonego mężczyzny. We wściekłość wpędziła go też nieuważność dziecka, które przez przypadek zrzuciło ze stolika jego telefon komórkowy. Z czasem Dawid B. zaczął używać coraz mocniejszych słów, w końcu sięgnął po wulgaryzmy i wyzwiska. Obrywało się zresztą nie tylko Kamilowi, lecz również młodszemu o rok bratu – Fabianowi. Jak wynika z dokumentacji zgromadzonej przez prokuraturę, na krótko przed szóstymi urodzinami Kamilka oprawca przeszedł ze słów do czynów.

Książka o sprawie Kamilka z Częstochowy: Dzieci odchodzą w ciszy

W okresie od 27 listopada 2020 roku do 3 kwietnia 2023 roku, zarówno w Olkuszu, jak i Częstochowie, miał stosować wobec obu chłopców przemoc fizyczną i psychiczną. Poniżał ich, bił bez opamiętania przy użyciu gołych dłoni i różnych przedmiotów. Ich malutkie ciała zamienił w ludzkie popielniczki, bez żadnych skrupułów gasząc na nich papierosy, czym spowodował liczne rany i ślady po przypalaniu. W przypadku Kamilka doprowadził również do złamania kości prawego i lewego przedramienia oraz prawego podudzia.

Niebywałe okrucieństwo Dawida B. wobec Kamilka i innych dzieci. Lista zarzutów jest długa

Prokuratura zarzucała mężczyźnie, że w tym samym okresie znęcał się także nad własnym synem, Mateuszem B., jeszcze młodszym od Kamilka. Niemowlęciem. Miał nim potrząsać, szarpać, uderzać po całym ciele i rzucać na łóżko z wysokości, doprowadzając do wielu obrażeń. Jego kolejną ofiarą, według ustaleń służb, był pasierb Damian J., pasierb Dominik J. oraz pasierbica Julia J. – Znieważał ich słowami powszechnie uznawanymi za obelżywe, wzbudzał w nich poczucie zagrożenia, niepokoju i obawy o ich los, poprzez demonstrowanie i używanie przemocy w stosunku do innych dzieci, a także rzucał w nich różnymi przedmiotami i naruszył ich nietykalność cielesną – wylicza prokurator Mariusz Marciniak, rzecznik prasowy Prokuratury Regionalnej w Gdańsku.

Czytaj również:  Debata "Super Expressu": Ochrona dzieci w Polsce. Stop przemocy! "Musimy nauczyć się reagować"

Bestialstwo Dawida B. zdawało się nie mieć granic, bo – jak okazało się w toku śledztwa – ten miał również dopuścić się molestowania seksualnego kilkuletniej pokrzywdzonej, do czego miało dochodzić w latach 2020–2022. Prokuratura ustaliła, że kilkakrotnie doprowadzał ją do poddania się „innej czynności seksualnej, polegającej na dotykaniu dziewczynki w miejsca intymne”. Z uwagi na dobro dziecka, służby prosiły o nieujawnianie szczegółów tych wstrząsających zdarzeń. Część zarzutów, o jakie prokuratura oskarżyła Dawida B., miała zaistnieć w warunkach recydywy. Mężczyzna miał dopuścić się tych przestępstw w ciągu pięciu lat po odbyciu dwuletniej kary pozbawienia wolności. Podejrzany znany jest bowiem służbom. Pierwsze zapiski pochodzą jeszcze z czasów jego dzieciństwa, kiedy w 2003 roku wraz z bratem bliźniakiem bawili się nad wodą. Towarzyszyła im 9-letnia Sandra, oni mieli po siedem lat. Chłopcy z miejsca zdarzenia wrócili sami, bez dziewczynki, której przez kilka dni szukała cała okolica. Okazało się, że Sandra utonęła w niewyjaśnionych okolicznościach. Sąd Rodzinny w Częstochowie, który przyglądał się tej sprawie, uznał ostatecznie, że doszło wtedy do nieszczęśliwego wypadku.

14 lat później, 28 stycznia 2017 roku, Dawid B. trafił do więzienia, skazany przez Sąd Okręgowy w Częstochowie za „przestępstwo przeciwko życiu i zdrowiu”. Miało dojść wtedy do rozboju z jego udziałem. Na wolność wyszedł po dwóch latach, 27 stycznia 2019 roku. W przeszłości, jeszcze przed zamknięciem, także dopuszczał się przestępstw. Wśród nich funkcjonariusze wyliczają rozboje, groźby karalne, pobicia oraz kradzieże. Resocjalizacja, jak już wiemy, w przypadku mężczyzny nie zaistniała.

29 marca 2023 roku, Kamilek doznał z jego strony najpoważniejszych obrażeń. Ledwo miesiąc wcześniej skończył osiem lat. Feralnego dnia chłopiec wstał w dobrym humorze, pogoda za oknem zaczęła się poprawiać, zima ustępowała wiośnie. Oprócz zajęć w szkole i lekcji do odrobienia, wśród planów miał zapewne zabawę. Dziecięce dokazywanie ponownie rozwścieczyło jego ojczyma. Do tego stopnia, że ten nie tylko pobił chłopca, lecz – jak ustalili śledczy – miał rzucić nim na rozżarzony piec węglowy. Przed tym siłą zaciągnął go pod prysznic, gdzie polewał twarz malucha gorącą wodą. Przeraźliwy krzyk dziecka, zdolny rozedrzeć kamienicę na pół, nie zaalarmował sąsiadów. Nie wzbudził też współczucia pozostałych domowników. Przez kolejnych kilka dni nikt nie wezwał karetki pogotowia, ani nie udzielił chłopcu szczególnej pomocy, której tak bardzo potrzebował. Matka nieudolnie próbowała jedynie smarować jego głębokie rany maścią.

Nikt nie pomógł, chłopiec umierał w męczarniach i samotności. Kamilek przeżył piekło na ziemi

Łzy, spływające po twarzy dziecka, zatrzymywały się na licznych śladach poparzeń. Nieleczone, zaczęły pękać, pogłębiać się. Niemal w każde z nich wdało się zakażenie. Upadając, Kamilek doznał ponadto stłuczenia głowy i złamania lewej kości ramiennej. 25 procent jego ciała pokrywały blizny, piekące tak bardzo, że ośmiolatek nie mógł się nawet dotknąć. Każdy ruch potęgował ból, więc większość czasu maluch spędził siedząc skulony w kącie. W pewnym momencie nie miał już nawet siły, by dalej płakać.

Czytaj także:  Matka i ojczym katowali Kamilka latami, nikt mu nie pomógł. 8-latek zginął. "Umierał w męczarniach"

Przez pięć dni pozostawiono go samemu sobie. Sytuacja, w której reszta domowników nie dostrzegłaby cierpienia chłopca, jest niemożliwa. Musieli omijać go beznamiętnie. W niewielkim, dwupokojowym mieszkaniu, mogliby wręcz go podeptać, a mimo tego pozostawali ślepi na krzywdę dziecka. Za tę znieczulicę przed sądem prokuratura postawiła także matkę Kamilka, Magdalenę B. Zdaniem służb, kobieta w tym samym okresie miała pomagać swojemu mężowi Dawidowi w znęcaniu się ze szczególnym okrucieństwem nad synami: Fabianem i Kamilem. Jak podkreślono, miała też udzielić mężczyźnie „pomocy w zabójstwie Kamilka”.

– Zaniechała działania i nie podejmowała żadnych reakcji chroniących synów, a także tolerowała, nie reagowała i nie przeciwdziałała w adekwatny i skuteczny sposób nasilającemu się sadystycznemu zachowaniu Dawida B., co w konsekwencji doprowadziło do spowodowania przez niego licznych ciężkich obrażeń ciała dziecka – przekazuje prokurator Mariusz Marciniak.

Ale nie tylko brak reakcji znalazł się wśród zarzutów wobec matki dzieci. Ona również miała psychicznie i fizycznie znęcać się nad nimi. W długiej liście wymienionych zachowań wyliczano, że „krzyczała bez powodu”, zabraniała wychodzenia z domu z innymi dziećmi na podwórko, wyzywała i przeklinała, traktowała w sposób poniżający. Utrzymywała też maluchy w warunkach niehigienicznych, nieodpowiednich dla ich wieku. Ponadto groziła porzuceniem i stosowała przemoc fizyczną. „Biła po całym ciele, w tym również przy użyciu różnych przedmiotów”, wylicza prokuratura. Zarzuty usłyszeli także pozostali, dorośli lokatorzy mieszkania: Wojciech J., Aneta J. i Artur J., którzy mieli zaniechać udzielenia pomocy dziecku w okresie największej stosowanej wobec niego przemocy, czyli od 29 marca 2023 roku do 3 kwietnia 2023 roku w Częstochowie. To wtedy, gdy Dawid B. rzucił Kamilkiem na rozgrzany piec.

3 kwietnia stał się datą graniczną wyznaczoną w okresie zarzutów wobec „opiekunów dziecka”, bo to właśnie wtedy do mieszkania przyszedł biologiczny tata Kamilka, Artur Topól. Widząc, w jakim stanie jest jego syn, wybrał na komórce numer alarmowy. Chłopiec wymagający „bardzo pilnej interwencji lekarskiej” trafił do Górnośląskiego Centrum Zdrowia Dziecka w Katowicach, gdzie zaczęła się nierówna walka o jego życie. Niestety, po 35 dniach nadeszły jednak koszmarne wieści: Kamilka nie udało się uratować. Zmarł dokładnie 8 maja 2023 roku.

Zobacz galerię zdjęć. Dalsza część materiału znajduje się pod nią.

Bezradność czy bezczynność służb? Wciąż pozostaje wiele pytań. Kamilka można było uratować

Pojawia się pytanie: dlaczego nikt nie zareagował wcześniej? Czy naprawdę nie zauważono cierpienia chłopca? Sąsiedzi przed kamerami powtarzali jak mantrę, że po prostu nic nie słyszeli, ani nic nie widzieli. Okna ich mieszkań w odrapanej kamienicy ktoś obrzucił później kamieniami. W końcu wszyscy się stamtąd wyprowadzili, a budynek został wyłączony z użytkowania - to miejsce jest teraz opustoszałe. Urzędnicy z ośrodków pomocy społecznej twierdzą, że również nie dostrzegli niczego niepokojącego. Nauczyciele zarzekają się, że próbowali reagować, ale mieli związane ręce. Matka często ich zresztą okłamywała. Niefortunne wypowiedzi osób ze szkoły specjalnej 8-latka, mówiąc delikatnie, nie pomogły w ratowaniu ich wizerunku. Placówka o takim charakterze powinna być przecież szczególnie wyczulona na tego typu przypadki, a jednak po drodze coś „poszło nie tak”. Kiedy Kamilek wielokrotnie uciekał z domu, policjanci za każdym razem oddawali go z powrotem w ręce oprawców – dziś mówią, że musieli tak zrobić, bo matka była jego prawną opiekunką. Za każdym razem pytali chłopca, czy jest ofiarą przemocy, lecz on z uwagi na strach i różne niepełnosprawności, w tym problemy z mową, nie potrafił wydusić z siebie słowa. Nikt nie drążył tematu.

Czytaj również:  35 dni umierania, 8 lat życia, zero pomocy. Kamilek z Częstochowy zakatowany na śmierć

Do sądu ostatecznie wpłynął wniosek o ograniczenie władzy rodzicielskiej, lecz wnioskodawcy nie wskazali w źródłach na przemoc, a tylko na „trudne warunki mieszkaniowe” – wymiar sprawiedliwości odrzucał więc dokumentację i nie wyrwał dziecka z piekła, jakie mu zgotowano. Ci, którzy powinni go chronić, zawiedli na całej linii. Nikt nie dopytywał, nikt nie wysłał do chłopca wyspecjalizowanego psychologa, który mógłby poznać od niego prawdę. Mało tego, służby oraz różne instytucje nie mają sobie nic do zarzucenia: mówią, że działali w granicach prawach i zrobili wszystko, co na tamten czas mogli. Postępowanie dotyczące niedopełnienia obowiązków umorzono, na razie nieprawomocnie, co oznacza, że urzędnicy nie odpowiedzą za śmierć chłopca. Nikt nie poniesie konsekwencji. Trudno jednak uwierzyć, że nie można było zrobić nic więcej. Może „jakieś” działania podjęto, ale ludzie nie dali sobie wmówić absurdalnych tłumaczeń. Kamilek padł ofiarą także bezduszności systemu, rutyny i braku pochylenia się nad jego konkretnym przypadkiem. Dlatego tak ważne są zmiany w prawie.

Oprawcy Kamilka z Częstochowy, po ponad dwóch latach od śmierci chłopca, stanęli wreszcie przed sądem. Proces w sprawie śmierci 8-letniego dziecka rozpoczął się 30 czerwca 2025 roku przed Sądem Okręgowym w Częstochowie. W sprawie oskarżeni byli matka i ojczym Kamilka, a także ich krewni. Proces toczył się z wyłączeniem jawności, co oznacza, że nie jest publiczny, aby chronić dobro rodzeństwa chłopca i zapobiec samosądowi. Zgodnie z aktem oskarżenia, Dawidowi i Magdalenie B. grozi kara dożywotniego pozbawienia wolności, a pozostałym bliskim Kamilka, którzy nie reagowali na jego cierpienie, do trzech lat więzienia. 

Wyrok zapadł na początku maja 2026 roku. Dawid B. usłyszał karę łączną 25 lat więzienia, a matka chłopca, Magdalena B., karę 16 lat więzienia. Taka decyzja oburzyła bliskich Kamilka, a także przedstawicieli Fundacji jego imienia i Rzeczniczkę Praw Dziecka. Dlaczego Dawid B. nie dostał dożywocia? Działał z wyjątkowym okrucieństwem, w warunkach recydywy, nie okazał skruchy. Nic więc dziwnego, że zapowiedziano apelację, ponieważ taki wyrok odbiera nadzieję na zmiany. Tym bardziej w obliczu nowych kulisów, które pokazują, że Kamilka naprawdę można było uratować, że zgłoszenia lekarzy dotyczyły też przemocy, wbrew wcześniejszym zapewnieniom służb, a prokuratura, próbująca ukryć akta sprawy w toku postępowania, prawdopodobnie próbowała ukryć też nieudolność organów ścigania w ratowaniu dziecka. 

Zobacz także:  Zaniedbania, które kosztowały życie dziecka. Bartosz Wojsa o tragedii Kamilka w programie "Express Biedrzyckiej"

Książka o sprawie Kamilka z Częstochowy. Musimy chronić najmłodszych

Książka pt. „Dzieci odchodzą w ciszy. Sprawa Kamilka z Częstochowy” to reportaż o tym, jak bardzo zawiedliśmy – instytucjonalnie, ale też jako społeczeństwo, wraz ze wskazaniem, co zrobić, by podobna tragedia nigdy już się nie wydarzyła. Nie tylko o samej sprawie Kamilka, lecz szerzej o problemie przemocy wobec najmłodszych w Polsce. Rozmawiamy z bliskimi chłopca, przedstawicielami służb, lekarzami, ekspertami i psychologami, przypominamy podobne, najgłośniejsze zbrodnie w naszym kraju, zastanawiamy się nad znieczulicą społeczną, ale też brakiem reakcji ze strony instytucji państwowych, które powinny w porę zauważyć cierpienie chłopca, a jednak tego nie zrobiły. W końcu dokonujemy szerokiej analizy – wraz z różnymi specjalistami. To książka-oskarżenie. I książka-apel: do każdego z nas, by nie pozostawać obojętnym na krzywdę dziecka. Swój honorowy patronat objęła nad nią Fundacja To Ja Dziecko – im. Kamilka Mrozka, której założyciel i prezes Piotr Kucharczyk, ogromne zaangażowany w sprawę, zgodził się skomentować te wstrząsające wydarzenia. Reportaż zawiera mnóstwo szczegółów, nieznanych dotąd faktów i informacji. To lektura zwłaszcza dla tych, którym leży na sercu dobro dzieci. Autorem jest Bartosz Wojsa. 

Warto dodać, że w styczniu 2026 roku Sąd Rejonowy w Kielcach zdecydował ponadto, że prokuratura ma ponownie zająć się sprawą odpowiedzialności niektórych instytucji i urzędów w sprawie śmierci Kamilka. Mundurowi ponownie sprawdzą, po wcześniejszym umorzeniu postępowania, czy doszło do zaniedbań ze strony urzędników. Jednocześnie sąd oddalił zażalenie w zakresie odpowiedzialności lekarzy i nauczycieli. Gdy przygotowywaliśmy ten materiał, postępowanie nadal było w toku. Podobnie jak rozważania na temat procesu apelacyjnego w sprawie oprawców Kamilka. Będziemy do tej historii jeszcze nieraz powracać. 

Sonda
Czy kary za dzieciobójstwo w Polsce są odpowiednie?
Ten dom był dla Kamilka katownią

Player otwiera się w nowej karcie przeglądarki